Marcin i Olga

Wyrównywanie szans – to był cel reformy szkolnictwa. I wielkiej akcji propagandowej, która – prócz marzeń o lepszym życiu – zaganiała młodzież do szkół wyższych. Wyszło, jak wyszło. Dzisiaj niemal każdy młody człowiek, który nie ma dysfunkcji intelektualnych, zdaje maturę. I kończy wyższą uczelnię. Udało nam się w tej kwestii przegonić świat. To sukces. Jest nim również to, że dochowaliśmy się kolejnych elit. Jak mówi dr Maciej Bukowski, znów zaczęła się wykształcać klasa wyższa – choć można ją rozmaicie definiować. Czy to pod względem zamożności, jakości wykształcenia czy rodzaju wykonywanego zawodu. To przemysłowcy, bankowcy, top inteligencja, ludzie kultury. Czy choćby ta wyższa kadra menedżerska, która usiadła w dużych skórzanych fotelach. To różne grupy osób w sposób kosmiczny odstających pozycją od reszty społeczeństwa. A ich dzieci weszły już w wiek, kiedy człowiek stara się stawać na własne nogi. I właśnie one – w przeciwieństwie do reszty – z powodzeniem to robią. Nie będziemy bawić się w serwis plotkarski, by pokazać, jak syn lub córka Y czy X brylują na salonach i przejmują po rodzicielach imperium. Kwestia jest szersza. Nie dotyczy jedynie potomstwa celebrytów, ale osób, które coś mają. Więcej pieniędzy, znajomości, ambicji, którą przekazały młodym. I więcej wiedzy o tym, jak świat jest poukładany. Można powiedzieć – banał. Ale ten banał w zbiciu z marzeniami i ideą Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka sprzed 65 lat, jakie minęły od jej uchwalenia, tworzy mieszankę wybuchową. „Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw” – mówi dokument. Ale już nie szans.

Gdyby to był artykuł do któregoś z „tablozynów”, jak przyjęło się określać niby-opiniotwórcze magazyny, będące faktycznie tabloidami, przytoczyłabym tutaj pouczającą historię. Olgi, córki dziennikarza i bizneswoman, która od małego pojawiała się z rodzicami na premierach i wernisażach, chodziła do gimnazjum i liceum z wykładowym językiem francuskim (do tego angielski – nativ speaker przychodził do domu trzy razy w tygodniu). Jeździła na własnym koniu, a wakacje spędzała u zaprzyjaźnionych rodzin w Burgundii. W domu gonili ją do grania na pianinie. Ma wiele „wujków” i „cioć”, będących ważnymi ludźmi, którzy wypili z jej rodzicami morze wódki i wina, dyskutując o polityce i trendach.

A potem opowiedziałabym historię Marcina, chłopaka wychowywanego w rozbitej rodzinie. Od małego zarabiał na kieszonkowe, roznosząc ulotki. Dobrze się uczył, ale po lekcjach ganiał z kolegami z bloku. Po angielsku dziś mówi jak Kali, bo nigdy nie brał korepetycji. Olga dostała się bez problemu na publiczną uczelnię. Marcin poszedł na prywatną, też niezłą. Sam zarabiał na czesne. Jego zawodowym doświadczeniem można by obdzielić kilka osób. Średnią też miał dobrą. Skończył ten sam kierunek studiów co Olga. I... Wszyscy pointę tej bajki już znają. Ona w dużej kancelarii prawnej, on w dzień jeździ maszyną sprzątającą po supermarkecie, a w nocy palcem po mapie, wyznaczając kierunki emigracji. Olga jest czarująca, swobodna i kochana. Marcin to współczesny Raskolnikow, biedny i nieufny. Patrzy spode łba. Mówi, że jak stąd nie wyjedzie, to kogoś zabije albo coś wysadzi. Nawet mu się nie chce odbierać swojego dyplomu. Znam ich oboje osobiście. I wy też znacie takich młodych.

Jeszcze dziesięć lat temu Marcin nie miałby problemu ze znalezieniem pracy. Dziś mobilność pokoleniowa dochodów, choć nikt jej ostatnio nie badał w naszym kraju, jest zdaniem moich rozmówców na bardzo niskim poziomie. Czyli: biednym się rodzisz, biednym umrzesz, choćbyś miał trzy dyplomy. To oczywiście reguła, od której są odstępstwa. Klasyka gatunku. Już Pierre Bourdieu dowodził wiele lat temu, że to kapitał kulturowy tak naprawdę decyduje o tym, kim jesteś w życiu.

Selekcja i korupcja

Kiedy półka rynku pracy jest wąska i nie mieści wszystkich, ludzie szukają różnych sposobów, aby się na niej jakoś zagnieździć. Pierwsze, co przychodzi do głowy, to znajomości i nepotyzm.

Są zwłaszcza udziałem małych środowisk: samorządów, małych firm z udziałem Skarbu Państwa, gdzie posadę dostaje tylko „Antka kobity ojca szwagra brat” albo inny kumpel. A kiedy nastaje nowa ekipa, wymieniana jest cała załoga ze sprzątaczkami włącznie. To w tym szczególnym otoczeniu pojęcia konkurs czy przetarg nabierają nowego znaczenia. Ich wynik jest znany, nim jeszcze zostaną rozpisane.

Piotr Pawłowski, właściciel firmy doradztwa personalnego, head hunter, wcześniej dyrektor personalny w dużych zakładach, przekonuje jednak, że wbrew powszechnemu przekonaniu te mechanizmy nie działają w dużych firmach, gdzie liczy się zysk, więc każde CV, każdy kandydat, oglądani są ze wszystkich stron. Nacisk na doskonałość jest tak wielki, że w anonsach o naborze pracowników pojawiają się warunki nie do spełnienia lub kuriozalne. „Firma zatrudni młode osoby do sprzątania. Wymagane wykształcenie co najmniej średnie, znajomość języka angielskiego, umiejętność pracy w zespole i prawo jazdy”.

Ale, jak tłumaczą fachowcy od rynku pracy, w działach HR także toczy się walka o życie, o udowodnienie własnej niezbędności. To dlatego ludzie tam zatrudni wymyślają coraz to nowe narzędzia, listy umiejętności, testy i profile kompetencyjne, z których trudno w praktyce skorzystać, bo z założenia są bzdurne. HR-owcy mimo wszystko je tworzą, a ludzie uczą się, jak oszukiwać programy dokonujące wstępnej selekcji nadesłanych CV, jak wpisywać kluczowe słowa, aby przejść do następnej rundy.

Jeśli jednak już kilku kandydatów dojdzie do rozmowy kwalifikacyjnej i tak zwycięży ten, który wyszedł z lepszego domu i odebrał lepszą kindersztubę. No, chyba że jest geniuszem informatycznym.

Rzecz w pewnych miękkich kompetencjach, których nawet najbardziej zdesperowani pracownicy działów personalnych nie są w stanie dopisać do listy wymagań. Jak opowiada Piotr Wielgomas z Bigram SA, prócz ogłady i umiejętności znalezienia się między ludźmi liczy się to, aby pewne zachowania wypadały naturalnie. – Więc nie tylko to, czy ktoś wstaje, gdy do pokoju wchodzi starsza osoba, ale też to, w jaki sposób to robi – wyjaśnia. Znajomość języków obcych jest standardowym wymogiem, więc teraz będzie ważne, czy mówisz z dobrym akcentem.

Anegdota z początków lat 90. z rozmowy o pracę w koncernie medialnym: Are you speak English – pytał rekruter. Kandydat, w lekkim szoku, po chwili zastanowienia: Yes, I am.

Teraz to już nie przejdzie. Dziś istotną sprawą – poza samym językiem i perfekcyjnym akcentem – będzie też znajomość kodów kulturowych krajów osób, z którymi przyjdzie komuś pracować. – Dlatego podróżowanie po świecie z mamą i tatą od małego dziecka bardzo się tu przydaje. Nie nadrobi się tego, jeżdżąc wózkiem widłowym po magazynie w supermarkecie w Anglii. I tak dalej.

Zjawiska społeczne mają to do siebie, że ich początków nikt nie dostrzega. A gdy się już rozpędzą, trudno je zahamować, choćby prowadziły ich uczestników w przepaść. Tak jest i teraz – na coraz bardziej wymagający rynek pracy starają się wedrzeć coraz to gorsi kandydaci. Albo inaczej: mamy do czynienia z wąską elitą, która nie ma konkurencji, i masami dzieciaków z intelektualnej prowincji, wciąż myślącymi, że dyplom wystarczy, aby się wedrzeć do lepszego świata. Ale one już nie awansują. Bo są za słabe. W dodatku nie mają tej samoświadomości, która zmusiłaby je do wytężonej pracy nad sobą. Dr Krzysztof Łęcki opowiada, że jeśli jeszcze na początku edukacyjnego boomu na studia szli faktycznie ci najlepsi, to teraz wszyscy, więc gatunkowo roczniki są coraz gorsze. – Może dlatego, że w Polsce wciąż pokutuje mit, że jakiś kierunek jest dobry i daje szanse na przyszłość – irytuje się. Ale powoli rozumiemy to, co już dawno pojęli np. Amerykanie: to, że skończyłeś prawo, jest najmniej ważne. Liczy się to, na jakiej uczelni, z kim mieszkałeś w kampusie, z jakimi kolegami jeździłeś na narty i czy masz patrona, który wciągnie cię do dobrej korporacji.