Nie wiem, ile jeszcze wody musi upłynąć w Wiśle, zanim uświadomimy sobie powszechnie, że nie da się skutecznie prowadzić żadnej polityki bez fachowej i neutralnej administracji. Po prostu potrzebujemy profesjonalnej służby cywilnej.
W czasach II Rzeczypospolitej rozumiano tę prostą prawdę znacznie lepiej niż dziś. Pewnie dlatego, że ówczesne kadry urzędnicze w dużej mierze zostały zasilone ludźmi pracującymi w administracji zachodnich państw zaborczych, szczególnie Austro-Węgier, gdzie akurat tę kwestię rozumiano bardzo dobrze.
Dowodem było na to uchwalenie przez Sejm już w 1922 r. ustawy o państwowej służbie cywilnej – czyli już w czwartym roku od odzyskania niepodległości, podczas gdy w III Rzeczypospolitej ustawę o służbie cywilnej przyjęto dopiero po siedmiu latach od czerwcowego przełomu. Swoją drogą co to była, pożal się Boże, za ustawa. Na dobrą sprawę nie weszła nawet w pełni w życie, bo miała tak kuriozalne błędy, że trzeba było ją natychmiast po formalnym ogłoszeniu nowelizować. A właściwie to uchwalić na nowo.