To zmobilizowało rzeczników wolnego rynku, którzy podejrzewają, że tego typu informacje (szczególnie używanie określenia „umowa śmieciowa”) mogą sztucznie reanimować ducha klasowego konfliktu do kontrataku. Dowodzą oni, że mamy właśnie do czynienia z korzystnym również dla zatrudnionych procesem uelastycznienia, a jego, nie daj Boże, zahamowanie byłoby wielkim nieszczęściem. Ich zdaniem elastyczność trzeba po prostu rozszerzyć na cały rynek pracy.

Warto bez uprzedzeń rozważyć ich argumenty. Ale zmierzyć się trzeba z realnymi problemami. Należy do nich zjawisko wymuszania przez pracodawców na pracownikach przyjmowania statusu samozatrudnionego. Prowadzi to nie tylko do możliwości elastycznego regulowania zatrudnienia w przedsiębiorstwie, ale przede wszystkim pozwala uniknąć kosztów ubezpieczeniowych, urlopowych itp. Traci na tym oczywiście pracownik. Rozwiązanie, choć niezupełnie kompletne, jest proste: oskładkowanie przychodów z samozatrudnienia analogicznie jak przychodów z zatrudnienia. Znikną wtedy zasadnicze motywy patologicznej rozbudowy rzekomej przedsiębiorczości. Oczywiście zmiana ta – sama w sobie – oznacza dla części przedsiębiorstw podwyższenie kosztów pracy. Ale też trudno bronić obecnej sytuacji, gdy ta sama praca jest pozyskiwana przez jedne przedsiębiorstwa taniej, a przez inne dużo drożej. Liberalni ekonomiści powinni się zgodzić, że z punktu widzenia konkurencji jest to patologia.

Szkodzą zarówno sztywne, jak i zbyt elastyczne formy zatrudnienia

Jest oczywiście także problem klasycznego rynku pracy. To prawda, że jego sztywność przejawiająca się długimi okresami wypowiedzeń stwarza pewne problemy. Istotnie, zatrudnianie na stałych etatach może być nieraz dla pracodawcy ryzykowne, gdy firma narażona jest na rynkowe szoki. Jednak zatrudnienie pracownika na stałe wiąże go z firmą i jest korzystne dla jego motywacji. Przyjmijmy jednak, że skrócenie okresów wypowiedzeń jest z punktu widzenia przedsiębiorcy pożądane. Czy mogą na tym zyskać też pracownicy? Trudno powiedzieć. Być może elastyczność zatrudnienia sprzyja konkurencyjności gospodarki. Gwarancji jednak nie ma. Najbardziej elastyczny rynek pracy mają Stany Zjednoczone, a jednak kraj ten ma właściwie na stałe gigantyczny deficyt w obrotach handlowych. To oczywiście mimo elastyczności rynku pracy, a nie w jej następstwie. Ale uzasadnione są wątpliwości, czy elastyczność gwarantuje wyższy poziom zatrudnienia. Jest faktem, że większość krajów skandynawskich ma sztywne rynki pracy i... bardzo wysoki poziom zatrudnienia.

Na pewno natomiast – co ignorują liberałowie – wielka elastyczność rynku pracy niesie dla ludzi (rodzin) wielką niepewność. Działając racjonalnie, muszą uwzględnić podwyższone ryzyko utraty pracy. Powinni mieć zgromadzone buforowe oszczędności. Jednak ani ludzie młodzi, ani nisko opłacani pracownicy nie mają w praktyce szans na ich zgromadzenie. Takie możliwości mają profesjonaliści, menedżerowie lub młodzi z zamożnych rodzin. Ale ten problem można rozwiązać, ustanawiając hojne zabezpieczenie dla bezrobotnych. Tymczasem w Polsce (i nie tylko) z hojnego zabezpieczenia (w postaci gigantycznych nieraz odpraw) korzystają osoby o najwyższych dochodach, czyli menedżerowie. Zwykły pracownik po zwolnieniu ma krótko prawo do niskiego zasiłku (bezrobotny absolwent nie ma nawet tego).

Liberałowie mają oczywiście rację, gdy mówią, że nie ma obiadu za darmo – hojne zabezpieczenie dla bezrobotnych musi kosztować i, przyznajmy, ma też pewne wady. Ale domaganie się elastycznego rynku pracy (do tego obrona odpraw dla menedżerów) i utrzymania albo ograniczenia alimentacji bezrobotnych to są naprawdę klasowe postulaty, choć ubrane w kostium troski o zwykłych pracowników.

W sprawie modelu regulacji rynku pracy, jak w prawie każdej innej kwestii, przyjąć trzeba zrównoważone rozwiązania. Nie wolno zapominać, że zawsze będą one posiadać wady i zalety zarówno z perspektywy pracodawców, jak i pracowników. Obecna polska praktyka (w tym rozpowszechnienie samozatrudnienia) preferuje interesy pracodawców. Związkowcy palili opony, ale niewiele uzyskali. Pracodawcy mieli lepszy dostęp do ucha decydentów i uzyskali wiele z tego, co chcieli. Trzeba nam więcej równowagi.