Największy polski pracodawca rozszerzył program dobrowolnych odejść, ale to nie koniec redukcji w firmie.
Zarząd Poczty Polskiej zdecydował o rozpoczęciu przygotowań do zwolnień grupowych – wynika z informacji DGP. Zlecono m.in. analizę struktury zatrudnienia w spółce i możliwości przekwalifikowania pracowników. Procedura ma zostać uruchomiona po zakończeniu programu dobrowolnych odejść (PDO).
Ten ostatni planowano zamknąć w miniony poniedziałek. Tego dnia kierownictwo firmy postanowiło jednak przesunąć termin składania wniosków do 15 grudnia. W „dogrywce” będą mogli się zgłaszać wszyscy pracownicy. Dotychczas PDO obejmował tylko zatrudnionych w administracji, z wyłączeniem dyrektorów i wicedyrektorów, oraz osoby mające inne źródło utrzymania, czyli np. emerytów lub pracowników przechodzących na emeryturę.
Reklama
Teraz wniosek o objęcie PDO będzie mógł złożyć każdy, kto ma umowę o pracę na czas nieokreślony. Program gwarantuje odejście z firmy na korzystniejszych warunkach finansowych niż przewidziane prawem minimum. Do ustawowej, trzymiesięcznej odprawy Poczta Polska proponuje dwa rodzaje odszkodowania: dobrowolne i dodatkowe. Ich wysokość zależy od stażu pracy w firmie i terminu rozwiązania umowy o pracę. Maksymalnie można w sumie liczyć na dziewięciokrotność miesięcznego wynagrodzenia.
Poczta nie informuje, ile wniosków o dobrowolne odejście złożono w listopadzie. Nieoficjalnie wiadomo, że kierownictwo spółki liczyło na odchudzenie 80-tysięcznej załogi o ok. 3,5 tys. osób.
Jaka będzie skala zwolnień grupowych? Poczta nie komentuje sprawy. Teoretycznie duże zainteresowanie dobrowolnymi odejściami w grudniowej fazie programu mogłoby uchronić firmę przed zwolnieniami grupowymi. Nasi rozmówcy z Poczty wątpią jednak w taki obrót spraw.
Wynagrodzenia i inne koszty pracy stanowią 70 proc. ogólnej sumy kosztów Poczty. W ub.r. były o 4,6 proc. wyższe niż w 2018 r. i wyniosły 4,7 mld zł. Spółka, która w ostatnich latach skupiała się na zwiększaniu zatrudnienia, teraz szuka w tej dziedzinie oszczędności, bo jej główne źródło przychodów – czyli przesyłki listowe ‒ wysycha w coraz szybszym tempie. Epidemia zwiększyła dynamikę spadku w segmencie listów: w pierwszym półroczu br. ich wolumen (łącznie z przesyłkami reklamowymi) był o prawie 22 proc. mniejszy od zanotowanego w analogicznym okresie ub.r. W drugim półroczu tendencja jest podobna. To dwa razy szybszy spadek od przewidywanego przed COVID-19.
Poczta już we wrześniu br. deklarowała, że środki, które otrzymała od państwa i o które ubiega się jeszcze w ramach tarczy antykryzysowej, nie zrekompensują jej w pełni ubytku przychodów związanych z listami. Szybciej niż oczekiwano rośnie wprawdzie drugi segment działalności operatora, czyli rynek kurierski, jednak nie pokrywa to spadku przychodów z przesyłek listowych. Udział Poczty w rynku kurierskim nie wzrasta bowiem dostatecznie szybko.
Obecnie spółka pracuje nad modyfikacją strategii na najbliższe lata. Uwzględni w niej m.in. e-doręczenia. 1 lipca 2021 r. powinna wejść w życie ustawa o doręczeniach elektronicznych, zgodnie z którą zamiast papierowych wersji pism urzędowych każdy będzie mógł wybrać formę elektroniczną. Pierwsze nadania elektroniczne przewidziane są od 1 października 2021 r. Administracja publiczna będzie na ten model przechodzić stopniowo ‒ np. sądy dopiero w 2029 r. Poczta Polska na tym nie straci, bo będzie wyznaczonym operatorem cyfrowym do 2025 r. Pracy dla listonoszy nieuchronnie będzie jednak ubywać.
Już teraz nie są grupą, na którą spółka stawia najbardziej. Do obsługi szczytu paczkowego potrzebuje głównie pracowników sortowni, a także kierowców i kurierów. Na tegoroczny sezon przyjęła już tysiąc osób na takich stanowiskach (na umowy zlecenia), a rekrutacja potrwa jeszcze do końca roku. Skala zatrudnienia sezonowego jest mniejsza niż w poprzednich latach: w ub.r. przyjęto ponad 4 tys. osób (ponad połowę na umowy o pracę), a dwa lata temu ok. 3,7 tys. osób.