W razie ujawnienia pracy na czarno firmy twierdzą, że podwładny jest zatrudniony na podstawie umowy cywilnoprawnej, której nie trzeba zawierać na piśmie.
ikona lupy />
DGP
Jak dokładnie wygląda nielegalny proceder? W dniu rozpoczęcia kontroli przez Państwową Inspekcję Pracy firmy i zatrudnieni bez żadnej umowy składają oświadczenia, że ci drudzy dopiero rozpoczęli pracę (dzisiaj, przed chwilą) na podstawie umowy cywilnoprawnej. Takiego kontraktu nie trzeba potwierdzać na piśmie, więc nie naruszają prawa. Jednocześnie zatrudnionego należy zgłosić do ZUS w ciągu siedmiu dni od rozpoczęcia wykonywania np. umowy-zlecenia. Firma zapewnia więc, że dopełni tego obowiązku w najbliższym czasie, i unika w ten sposób kar za nielegalne zatrudnienie pracowników (grozi za to grzywna do 30 tys. zł). Ze sprawozdania PIP za 2018 r. wynika, że to powszechna praktyka.
– Luka ta od lat jest skutecznie wykorzystywana zarówno przez pracobiorców, jak i podmioty powierzające pracę – twierdzi inspekcja.

Stary syndrom

Taki sposób na obchodzenie przepisów w ostatnich latach zyskał jednak na znaczeniu w związku z obostrzeniami, jakie objęły zatrudnienie pracownicze. Do 1 września 2016 r. kodeks pracy przewidywał, że firmy muszą potwierdzić na piśmie umowę o pracę do końca pierwszego dnia pracy zatrudnionej osoby. W razie ujawnienia przypadków zatrudnienia na czarno firmy wskazywały więc, że dane osoby właśnie zaczęły świadczyć obowiązki i do końca dnia podpiszą z nimi umowy (tzw. syndrom pierwszej dniówki). Trzy lata temu weszła jednak w życie nowelizacja kodeksu pracy z 13 maja 2016 r. (Dz.U. poz. 910), zgodnie z którą pracodawca musi zawrzeć pisemną umowę (lub potwierdzić na piśmie jej warunki), zanim dopuści zatrudnionego do świadczenia zadań. W razie ujawnienia pracy na czarno firmy nie mogą się więc powoływać już na kodeks pracy. Ale wciąż mają prawo twierdzić, że zatrudniony bez żadnej umowy właśnie zaczął świadczenie obowiązków np. na zleceniu. To nowy (choć stosowany też już wcześniej) syndrom pierwszej dniówki. Cel wciąż jest ten sam – zatrudnienie na czarno umożliwia oszczędności nie tylko na składkach i podatkach, ale też na kosztach związanych z zatrudnieniem na etacie (wynagrodzenie w okresie wypowiedzenia, badania lekarskie, prowadzenie dokumentacji pracowniczej).
– Nie jest to niespodzianka. Wiemy, że pomysłowość przedsiębiorców jest ogromna – ocenia Andrzej Radzikowski, przewodniczący OPZZ.
Dlatego w swoim sprawozdaniu PIP postuluje zmianę przepisów, która ograniczyłaby omawiane przypadki. Jej zdaniem barierą w skutecznym nadzorze jest brak obowiązku potwierdzania umowy cywilnoprawnej na piśmie jeszcze przed rozpoczęciem świadczenia zadań (w przeciwieństwie do umowy o pracę).

Duża ingerencja

– Wprowadzenie takiego rozwiązania byłoby racjonalne. Praca powinna być świadczona na podstawie pisemnej umowy bez względu na rodzaj kontraktu. Dla porównania – przedsiębiorca nie wejdzie na teren innej firmy, dopóki nie zawrze z nią umowy dotyczącej współpracy – zauważa Andrzej Radzikowski.
Taki pomysł negatywnie oceniają jednak pracodawcy.
– Konieczność zawierania na piśmie np. zlecenia byłaby bardzo istotną ingerencją w prawo cywilne – tłumaczy prof. Jacek Męcina, przewodniczący zespołu ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Wiązałoby się to z wieloma skutkami.
– Pojawia się pytanie, czy umowę cywilnoprawną należałoby zawierać na piśmie pod rygorem nieważności. W obecnych czasach dążymy do uproszczenia i przyspieszenia obrotu, więc takie nowe wymogi byłyby sprzeczne ze światowymi trendami. Możemy przewidzieć nawet wymóg zawierania takich umów w formie aktu notarialnego, który w sposób absolutny potwierdzałby stosunek prawny, ale czy na tym nam zależy? – wskazuje Adam Kraszewski, radca prawny z kancelarii GESSEL.
Podkreśla, że np. zlecenie to jedna z najczęstszych umów zawieranych w życiu codziennym.
– Załóżmy, że firma wzywa fachowca do naprawy sprzętu w biurze. Czy najpierw powinna zawrzeć z nim pisemną umowę? – zauważa.

Szybsze zgłoszenie?

PIP zwraca uwagę, że ograniczenie pracy na czarno jest też utrudnione ze względu na to, że firmy nie muszą zgłaszać zatrudnionych do ubezpieczenia społecznego jeszcze przed dopuszczeniem ich do pracy (tylko w ciągu wspomnianych siedmiu dni). Wprowadzeniu takiego rozwiązania sprzeciwiają się jednak pracodawcy.
– Jest zbyt radykalne. Zdarza się, że np. pracodawca zleca i płaci za badania lekarskie osoby, która ma być zatrudniona, po czym nie stawia się ona w firmie i nie rozpoczyna pracy. Gdyby zatrudniający musiał ją dodatkowo uprzednio zgłosić do ubezpieczenia, to następnie powinien ją wyrejestrować. A ZUS miałby dochodzić składek np. za te kilka dni zgłoszenia w systemie? – zauważa prof. Męcina.
Eksperci zwracają też uwagę na problemy organizacyjno-techniczne.
– W wielodziałowych przedsiębiorstwach przepływ informacji trwa dłużej, więc proces zgłaszania i wyrejestrowania z ZUS też zająłby sporo czasu – tłumaczy Adam Kraszewski.
Tego typu kwestie dostrzegają także związki zawodowe.
– Zmiana terminu zgłoszenia do ZUS rzeczywiście mogłaby wywoływać problemy, bo np. na zleceniu często zatrudnia się tylko na kilka dni. Dlatego przede wszystkim powinniśmy pomyśleć o konieczności zawierania umów cywilnoprawnych na piśmie jeszcze przed rozpoczęciem pracy. Jeśli to rozwiązanie się nie sprawdzi, to możemy rozważać inne zmiany – podsumowuje Andrzej Radzikowski.