Redukcje etatów dotyczą finansów, handlu czy sektora budowlanego. W ubiegłym roku pracodawcy zgłosili zamiar rozstania się w trybie zwolnień grupowych z ponad 30 tys. pracowników. To o prawie 13 proc. więcej niż w roku poprzednim – wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Reklama
DGP
– Wzrost liczby pracowników zgłoszonych do zwolnienia w trybie zwolnień grupowych dotyczy tylko specyficznych branż, a nie całej gospodarki. Większość przedsiębiorstw raportuje raczej problemy ze znalezieniem pracowników o odpowiednich kwalifikacjach – uspokaja Wiktor Wojciechowski ze Szkoły Głównej Handlowej.
– W ostatnich latach pracodawcy wielokrotnie zwracali uwagę nie tylko na rosnące koszty zatrudnienia, lecz także na trudności z pozyskaniem i utrzymaniem w zatrudnieniu pracowników. To mogło spowodować przyspieszenie w niektórych firmach podjęcia decyzji o zmianie modelu biznesowego i wprowadzeniu większej automatyzacji – uważa Monika Fedorczuk z Konfederacji Lewiatan. Zaznacza, że dla części pracodawców bodźcem do zgłoszenia planów w zakresie zwolnień grupowych mogły być informacje o zmieniającej się liczbie zamówień, a co za tym idzie – obawie dotyczącej konieczności dostosowania wielkości produkcji do zapotrzebowania zgłaszanego przez rynek. – Wzrost liczby zgłoszeń mógł wynikać również ze zmiany podejścia i kierunku interpretacji przepisów ustawy o zwolnieniach grupowych. Obecnie zgłoszenie może dotyczyć wypowiedzenia warunków pracy i płacy, które mimo zasygnalizowania zamiaru nie muszą się kończyć zwolnieniami pracowników – twierdzi Fedorczuk.
Według Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek z Uniwersytetu Warszawskiego, zwolnienia grupowe dotykają m.in. pracowników sektora bankowego. – To nic dziwnego, bo jest to lider we wdrażaniu nowoczesnych technologii, co sprawia, że zmniejsza się zapotrzebowanie na pracowników. Ponadto następuje też konsolidacja podmiotów tego sektora – ocenia ekonomistka.
– Zwolnienia grupowe miały miejsce także w budownictwie, i to mimo bardzo dobrej koniunktury w tej branży. Także dlatego, że część podwykonawców miała problemy z wyegzekwowaniem należności za wykonane usługi – twierdzi Starczewska-Krzysztoszek. Etaty tnie także handel.
Opinie analityków potwierdzają dane z urzędów pracy. Wynika z nich na przykład, że woj. śląskim zwolnieniami grupowymi objęci byli pracownicy m.in. banku PKO BP, sieci handlowej Tesco i firmy budowlanej Skanska. – Na Mazowszu najwięcej osób do zwolnienia zgłoszonych zostało przez Orange Polska i BGŻ BNP Paribas – informuje Wiesława Lipińska, rzecznik WUP w Warszawie. Pierwsza z nich działa w branży telekomunikacyjnej, druga to bank.
Z danych MRPiPS wynika, że choć wzrosła liczba pracowników zgłoszonych do zwolnienia, to spadła liczba tych, którzy zostali faktycznie zwolnieni – w porównaniu z rokiem poprzednim o ponad 3 tys., do 13,4 tys. To efekt tego, że część zwolnień przesunięta została na obecny rok, a z części pracodawcy zrezygnowali. Ale aktualnych zgłoszonych zwolnień było w końcu grudnia 19,3 tys., czyli o 28 proc. więcej niż w tym samym okresie roku poprzedniego.
– Zwolnienia grupowe to dziś nie problem. Ofert pracy jest tak dużo, że gdy pracownicy tracą zatrudnienie w jednej firmie, to szybko znajdują zajęcie w drugiej – ocenia Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
W związku z rozwiązaniem stosunku pracy w ramach grupowego zwolnienia pracownikowi przysługuje odprawa. Jest ona uzależniona od stażu pracy u danego pracodawcy. To jednomiesięczne wynagrodzenie, jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż dwa lata, dwumiesięczne – jeżeli był w firmie od 2 do 8 lat, oraz trzymiesięczne – jeśli pracował ponad 8 lat. Ustalony jest jednak limit – zgodnie z przepisami odprawa nie może przekroczyć 15-krotności minimalnego wynagrodzenia – w ubiegłym roku było to 31,5 tys. zł. Pracodawca może jednak wypłacić wyższe świadczenia, ponieważ ma zawsze możliwości stosowania wobec pracowników korzystniejszych warunków, niż przewidują to przepisy ustawowe.
Zdaniem ekonomistów na dane o zwolnieniach grupowych trzeba patrzeć w kontekście ogólnej sytuacji na rynku pracy. Stopa bezrobocia spadła w końcu 2018 r. do 5,8 proc., rekordowo niskiego poziomu, i była o 0,8 pkt proc. mniejsza niż przed rokiem.
Jak podał GUS, przeciętne wynagrodzenie w całej gospodarce wyniosło w ubiegłym roku nieco ponad 4585 zł i było realnie o 5,3 proc. wyższe niż w roku poprzednim. – To najwyższy wzrost od 2008 r. W tym roku nie możemy się spodziewać tak dobrego wyniku, ponieważ osłabł już nacisk pracowników na wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw. Nie wiadomo jednak, jak zostaną zrealizowane oczekiwania płacowe w sektorze publicznym – zauważa Urszula Kryńska, ekonomistka PKO BP.
Faktycznie zredukowanych w 2018 r. było mniej niż rok wcześniej