Parlament Europejski 29 maja przegłosował nowelizację dyrektywy o delegowaniu pracowników wprowadzającą de facto usankcjonowany prawnie protekcjonizm ekonomiczny bogatych państw centralnej Europy przeciwko krajom biedniejszym. Tymczasem każda forma protekcjonizmu ekonomicznego stoi w sprzeczności z zasadami gwarantowanymi w Traktacie o Unii Europejskiej.
Politycy z sześciu najbogatszych państw UE wyrazili się jasno, że nie życzą sobie na swoim terenie konkurencji ze strony firm usługowych z mniej zamożnych państw. Oczywiście chcieliby nadal korzystać z umiejętności naszych specjalistów, ale tylko, jeśli będą oni zatrudnieni bezpośrednio w tamtejszych przedsiębiorstwach.
Jak to się stało, że tak kontrowersyjna dyrektywa uzyskała poparcie większości? Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, mimo że dotyczy swobody przepływu usług, a więc swobody gospodarczej, procedowanie nad nią powierzono komisji, która zajmuje się sprawami socjalnymi i ochroną praw pracowników. Dla zasiadających w niej europosłów wymiar ekonomiczny ma znaczenie marginalne. Po drugie, Komisja Europejska promowała ten projekt jako przywracający równość i uczciwe zasady. Nie dodawano, że tylko z perspektywy bogatych państw. Po trzecie, „równa płaca za tą samą pracę” to dogmat związków zawodowych i frakcji europejskich socjaldemokratów. Fakt, że przewodniczący KE Jean-Claude Juncker dopisał fragment „w tym samym miejscu”, który w zasadzie odwrócił sens tej słusznej idei dla lewicowych polityków, nie miał znaczenia.
Projekt od samego początku był czysto polityczny. Dyrektywa zaczęła pełnić funkcję prezentu dla prezydenta Macrona, który miał dzięki niej pokazać francuskim wyborcom swoją skuteczność i oddalić tym samym wizję przejęcia władzy we Francji przez populistów. Aby tego szczytnego celu nie zepsuły fakty, Komisja Europejska konsekwentnie ignorowała wyniki analiz i badań, w tym swoich własnych, z których płynął jednoznaczny wniosek, że delegowanie pracowników nie wpływa negatywnie na rynki pracy państw przyjmujących, a wręcz jest niezbędne do utrzymania konkurencyjności europejskiego rynku. Zignorowała również procedurę ostrzegawczą tzw. żółtej kartki. Używa się jej, gdy Komisja narusza zapisy traktatu, co w tym przypadku było obiektywnym faktem.
Nowelizacja jest bezprecedensowym przykładem sytuacji, w której silniejsze państwa unijne narzuciły słabszym korzystne dla siebie zasady. Dla polskich firm oznacza to, że ich konkurencyjność na unijnym rynku będzie ustalana za pomocą dyrektyw, a nie będzie wynikać z ich efektywności czy popytu na ich usługi lub towary. Wszystko po to, by nie mogły zagrozić dominującej pozycji firm z Francji, krajów Beneluksu czy Austrii. Na skutek tego bogate będą jeszcze szybciej się bogacić, a biedne państwa peryferyjne będą pełnić funkcję rynków zbytu i dostawców taniej siły roboczej.
Nowa dyrektywa nakłada na firmy realizujące usługi za granicą wiele nowych utrudnień administracyjnych. Pracodawca, który w ramach realizacji usługi w innym państwie unijnym oddeleguje pracowników do wykonywania tych samych zadań w tym samym miejscu przez okres dłuższy niż 12 miesięcy, będzie musiał objąć pracowników wszystkimi przepisami lokalnego prawa pracy. Dla pracodawcy oznaczać to będzie konieczność zastosowania przepisów obcego państwa, zakorzenionych w odmiennej kulturze prawnej, a w dodatku napisanych w języku, którego zazwyczaj nie zna. Oczywiste jest, że pracodawcy będą unikać przekraczania okresu 12-miesięcy. Pracownicy zatem nie będą zarabiać więcej, ale będą wyjeżdżać za granicę rzadziej i na krócej.
Na osłodę warto odnotować postulat wyłączenia kierowców w transporcie międzynarodowym z dyrektywy o pracownikach delegowanych przyjętej 4 czerwca przez Komisję PE ds. zatrudnienia. Branża transportowa jest jednak tylko jedną z wielu, w których specjalizują się polskie firmy usługowe. Szacuje się, że zatrudniają one 100 tys. kierowców, gdy tymczasem delegowań z pozostałych branż w ubiegłym roku było ponad 500 tys.
Pocieszające jest również to, że tekst nowej dyrektywy nie jest tak niekorzystny, jak pierwotnie miał być, biorąc pod uwagę propozycje, które pojawiały się na kolejnych etapach prac. Nasze firmy nie zbankrutują nagle i masowo. Będą powoli, ale sukcesywnie, wypychane z unijnego rynku i zastępowane przez miejscowe przedsiębiorstwa. To smutne, że podczas gdy my tak kochamy robić zakupy we francuskich hipermarketach czy kupować niemieckie samochody, w tych krajach obecność polskich firm uznaje się za przejaw nieuczciwej konkurencji i argument do zmiany przepisów.
W Europie, która w obliczu tak wielu współczesnych wyzwań powinna się jednoczyć i walczyć ze spadającą globalną konkurencyjnością europejskiego rynku, uchwalona zostaje dyrektywa, która sankcjonuje protekcjonizm i nacjonalizm gospodarczy grupy najbogatszych państw. Pozostaje zapytać – dokąd zmierzamy jako wspólnota?