Fizyczny, ciężarowiec, nieuk. Tak o nim mawiano. Od zapchanych kibli, od zapleśniałych fug, od tej uszczelki, której samemu wymienić nie można. Tyle że dzisiaj to właśnie on nie może opędzić się od zleceń, podczas gdy kolejni magistrowie zasilają grono bezrobotnych. Bo znają kilka języków, ale nie mają fachu w ręku. W przeciwieństwie do złotej rączki.
Kiedy Jarek pojawia się u klientów po raz pierwszy, zazwyczaj mu nie wierzą. Zawadiacko przystrzyżony, w T-shircie z Wiedźminem i niedbale przewiązanej w pasie koszuli w kratę mógłby znać się co najwyżej na sztuce tatuażu albo na hasłach reklamowych. A nie na uszczelkach, psujących się pralkach i zagrzybionej ścianie. – Przepytują mnie o wszystko. Niektórzy proszą o referencje, tak jakby zatrudniali guwernanta do dziecka, a nie zlecali przepchanie rury i wymianę uszczelki. Trochę to słabe, bo z jednej strony oczekują usług na najwyższym poziomie, niemalże jak w autoryzowanym serwisie, a z drugiej dzwonią pod numer z ogłoszenia, na wstępie oferując stawkę poniżej jakiejkolwiek normy. Uczciwie przedstawiam się jako złota rączka, a nie serwisant z dyplomem. Ale to chyba taka nasza polska mentalność. Fizyczny nie ma prawa mieć studiów, czystych ciuchów i pełnego uzębienia.
A Jarek wprawdzie pracuje jako majster, ale skończył technikum ze specjalizacją technologia drewna, przez dwa lata studiował też na Politechnice Warszawskiej. Kiedy kolejni znajomi błagali go, żeby im naprawił pralkę, suszarkę i położył kafelki w miejsce tych pękniętych, założył firmę i zaczął na tych usługach zarabiać. Na tyle dobrze, że mógł zainwestować w samochód i sprzęt. Na studia chciałby wrócić, najchętniej na takie, które pomogą mu w pracy. Jest specjalistą, ale nie może w pełni tego wykorzystać, bo na razie złotej rączki nie ma na liście zawodów.
Jeździec kwalifikowany
Reklama
O tym, czy dany fach trafi na listę zawodów, czy też z niej na jakiś czas spadnie – tak jak było w przypadku asystentek stomatologicznych czy opiekunek dziecięcych – decyduje minister edukacji. Pod uwagę bierze wiele czynników: od możliwości kształcenia w danym zawodzie, przez potrzeby konkretnej branży. – Obecnie obowiązująca klasyfikacja szkolnictwa zawodowego umożliwia kształcenie w 209 zawodach. Jest ona na bieżąco uzupełniana o nowe pozycje na podstawie wniosków zgłaszanych przez ministrów właściwych dla tych zawodów. Ministrowie mają wyłączność na zgłaszanie zmian do klasyfikacji. Co istotne, stowarzyszenia zawodowe, samorządy gospodarcze oraz inne organizacje gospodarcze mogą występować do właściwych ministrów z propozycją ustanawiania nowych zawodów szkolnictwa zawodowego – informuje MEN.

Reklama
I tak w 2015 r. w życie weszło pięć nowych zawodów. Można już oficjalnie szukać pracy jako technik przemysłu mody, technik lotniskowych służb operacyjnych, przetwórca ryb, kierowca mechanik czy też jeździec. Wprowadzenie zawodu „technik przemysłu mody” poparł Związek Przedsiębiorców Przemysłu Mody „Lewiatan”, który wierzy, że tym samym zachęci młodzież do nauki w szkołach odzieżowych. Technik lotniskowych służb operacyjnych ma z kolei wypełnić lukę w kadrach z wykształceniem średnim zawodowym. Podobnie jak przetwórca ryb, który według ekspertów z sektora przetwórstwa żywności jest w Polsce wyjątkowo potrzebny. Co do jeźdźca, to przed dwoma laty za takim zawodem optowało Ministerstwo Sportu i Turystyki. Kształcenie młodych ludzi na jeźdźców ma przygotować „fundament do odbudowania polskich sportów konnych, stworzyć bazę dla rozwoju jeździectwa oraz umożliwić młodym ludziom zdobycie odpowiedniej wiedzy praktycznej i merytorycznej”. Od roku szkolnego 2016/2017 zawód jeźdźca wprowadziło wiele szkół zawodowych. Jeździec zawodowy ma wykonywać czynności związane z chowem i hodowlą koni, przygotowywać konie do użytkowania sportowego, wyścigowego, rekreacyjnego i terapeutycznego, trenować je, lecz także prowadzić i obsługiwać ciągnik rolniczy z przyczepą.
W 2016 r. zawodami ustanowiono dla odmiany: technika szerokopasmowej komunikacji elektronicznej, technika automatyka, mechanika operatora maszyn do produkcji drzewnej oraz szkutnika. Ten ostatni zawód oparto na analizie Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych „Polskie Jachty”. Polska uchodzi bowiem za światowego lidera w tej branży. Pod względem liczby budowanych jednostek pływających znajdujemy się na drugim miejscu na świecie po Stanach Zjednoczonych, a blisko 95 proc. wyprodukowanych w Polsce jachtów jest sprzedawanych za granicę.
Polscy szkutnicy, inżynierowie, projektanci są wyjątkowo cenieni w branży. W przypadku polskiego majstra szacunek dla fachu jest już dużo niższy. Zdaniem Jarka i innych pracujących jako złota rączka wpływ ma na to m.in. brak szansy zdobycia odpowiedniego certyfikatu i potwierdzenia umiejętności. – Nikt nie lubi kupować kota w worku. Najmowanie do remontu człowieka z ogłoszenia, często bez referencji i wykształcenia zawodowego, to mimo wszystko ryzyko. Tak jak wszędzie, tak i wśród majstrów bywa różnie. Często poprawiam po kolegach, fuszerek jest multum. Ostatnio wezwano mnie do przeciekającego brodzika. Gdy dostałem się do odpływu, okazało się, że rura ustawiona jest na kawałku gąbki i podparta plastikową butelką po oranżadzie. Cud, że opadła dopiero po sześciu latach. Takie perełki się zdarzają. Ale wielu klientów uważa, że jak remont robi im ktoś bez papierka, to mogą zapłacić cztery razy mniej. I to jest krzywdzące. Wiadomo, że złota rączka jest tańszy niż firma remontowa, ale szacunek dla czyjejś pracy i godne wynagrodzenie muszą być.
Komu, komu
Każdego roku Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowuje ranking zawodów deficytowych i nadwyżkowych. Ranking mówi ekspertom trochę więcej o strukturze bezrobocia i zapotrzebowaniu pracodawców. – Co ciekawe, w analizie z 2015 r. na poziomie całej Polski żadna grupa zawodowa nie spełniła warunków, żeby trafić do grupy maksymalnie deficytowej czy też maksymalnie nadwyżkowej – zauważa dr Marek Woch z Centrum Społecznej Demokracji. – Wyodrębniono za to osiem grup deficytowych, pięć grup zrównoważonych oraz jedną grupę nadwyżkową.
Podobnie było w przeanalizowanym do tej pory pierwszym półroczu 2016 r., chociaż liczba grup deficytowych skoczyła do 20, a grup nadwyżkowych do ośmiu. Do zawodów deficytowych, czyli takich, w których w najbliższym roku nie powinno być trudności ze znalezieniem pracy, zaliczono pośredników pracy i zatrudnienia, projektantów aplikacji sieciowych i multimediów, analityków systemów komputerowych, urzędników ds. podatkowych, pracowników przygotowujących posiłki typu fast food, doradców finansowych i inwestycyjnych, a także funkcjonariuszy celnych i ochrony granic, agentów ubezpieczeniowych oraz pracowników wykonujących prace proste, dorywcze – czytaj majstrów.
Ciemne chmury wiszą jednak nad monterami budownictwa wodnego, maszynistami kotłów parowych, takielarzami (czyli osobami naprawiającymi olinowanie statków), nauczycielami sztuki, sprzedawcami na targowiskach, dentystami oraz strażakami. W tych grupach odnotowano znaczne nadwyżki. Oczywiście zróżnicowanie zawodowe zależy od województwa. Dla przykładu: w województwie dolnośląskim brakuje kierowców motocykli, a w województwie kujawsko-pomorskim projektantów aplikacji sieciowych i multimediów. Z kolei zawody deficytowe w pomorskim i zachodniopomorskim to projektanci baz danych oraz doradcy. W łódzkim i mazowieckim nieustannie brakuje pracowników call center, a także sekretarzy prawnych i urzędników podatkowych.
– Z jednej strony mamy oficjalne dane, które są bardzo zróżnicowane, jeżeli chodzi o zawody deficytowe w różnych województwach Polski. Natomiast z drugiej w przestrzeni publicznej pojawiają się informacje o konkretnych fachowcach, których pracodawcy nie mogą znaleźć do pracy, np. hydraulika, piekarza, szewca, fryzjera czy kierowcy tira, a którzy w oficjalnych danych przeważnie nie występują – wyjaśnia dr Woch. – W mojej ocenie obie tezy są prawdziwe. Należy tylko zauważyć, że w Polsce przeważnie przedstawiamy sytuację zatrudnienia od strony pracodawcy poszukującego pracownika lub pracownika poszukującego pracodawcy – dodaje dr Woch.
Według prognozy Barometru Zawodów w 2017 r. deficytowymi zawodami będą cieśle i stolarze budowlani, dekarze i blacharze budowlani, a także elektromechanicy, elektromonterzy, fryzjerzy, kierowcy autobusów czy krawcy i pracownicy produkcji odzieży. Wciąż będzie zapotrzebowanie na murarzy i tynkarzy, operatorów, piekarzy, opiekunów osób starszych, stolarzy, spawaczy i ślusarzy. Bo ilu z obecnych młodych ludzi w ogóle myśli o zawodzie ślusarza? Tak samo jak o tym, żeby zostać stolarzem, murarzem czy wózkowym.
Mąż potrzebny od zaraz
Zarówno ranking zawodów deficytowych, jak i Barometr Zawodów powinien dać poszukującym pracy do myślenia. Wprawdzie oficjalnie zawodu złotej rączki nie ma, jednak już sama skala poszukiwań w największych wyszukiwarkach internetowych zastanawia. Szukamy zarówno „złotej rączki”, jak i „pogotowia serwisowego” oraz ratunku do zepsutej pralki, zmywarki, deszczownicy czy przeciekającej uszczelki. Im większe miasto, tym zapotrzebowanie na tego typu usługi są większe. Hitem jest mąż do wynajęcia, z którego usług korzystają bynajmniej nie tylko samotne kobiety. – Większość moich klientów to małżeństwa. Zabiegane, zapracowane, bez zmysłu technicznego – przyznaje Grzegorz, jeden z mężów do wynajęcia działający na terenie Mazowsza.
Szybko okazuje się, że takiego potrzebują niemal wszyscy w okolicy. Bo z pralki cieknie, zmywarka nie pobiera wody, okno się nie domyka, a suszarka właśnie wydała ostatnie tchnienie. Na naprawę w serwisie trzeba czekać minimum miesiąc, bez gwarancji, że się uda, za to za grubą opłatą. Mąż nie tylko ma konkurencyjne stawki, ale jest dostępny niemalże od zaraz. „Dodatkowymi zaletami »męża do wynajęcia« jest to, że nie zaneguje Twoich decyzji, zawsze się z Tobą zgodzi, a także starannie i dokładnie wykona wszystkie Twoje polecenia, bez próśb i ciągłego przypominania, unikając zbędnych kosztów. Co więcej, taki »mąż« po sobie również posprząta” – zapewniają na swojej stronie internetowej mężowie do wynajęcia działający na terenie Żar i okolic.
Jednak jak przygotować się do świadczenia podobnych usług? Wielu handmanów nie tylko ma za sobą studia wyższe, lecz także liczne kursy doszkalające z obsługi maszyn czy obróbki drewna. – Jestem po Uniwersytecie Warszawskim, poszedłem trochę na przekór studiować archeologię, ale przez całe studia pomagałem ojcu w prowadzeniu firmy usługowej. Od początku wiedziałem, co chcę robić, ale na studia poszedłem, żeby mamie nie pękło serce. Na złotą rączkę wykształcili mnie ojciec i dziadek. To już u nas tradycja rodzinna – opowiada Jarek.
Zdaniem ekspertów niedostatki w szkolnictwie zawodowym, niedocenianie polskiego rzemiosła to jedna z największych bolączek polskiego rynku pracy. – Jest wiele zakładów, które wspierają rzemieślnicze przygotowanie zawodowe przez szkoły zawodowe, które pomagają łączyć naukę praktyczną w procesie pracy u rzemieślnika z nauką teoretyczną organizowaną przez cech albo izbę rzemieślniczą – podkreśla dr Woch. – Lista zawodów uznawanych za rzemieślnicze w 2016 r. obejmowała aż 125 pozycji. Jednak liczne z nich nie znajdują dziś chętnych do nauczania, bowiem w rzemiośle jest wiele branż unikalnych należących do zawodów zanikających – wyjaśnia dr Woch. Z kolei wśród najbardziej popularnych zawodów znalazły się: blacharz samochodowy, cukiernik, elektromechanik, fotograf, fryzjer, kominiarz i krawiec. – Przedstawiciele zawodów rzemieślniczych przeważnie pracują samodzielnie w oparciu o dopuszczone prawem rozwiązania. Dlatego często nie występują w oficjalnych statystykach urzędów pracy. Stąd całkowicie inne zawody jako deficytowe występują w analizie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, a inne w analizach przedstawicieli cechów czy izb rzemieślniczych. Co nie znaczy, że czasami nie ma przepływów osób wykonujących poszczególne zawody pomiędzy urzędami pracy a osobami prowadzącymi działalność na własny rachunek. Ma to związek, chociażby z ubezpieczeniem zdrowotnym.
Od hydraulika do prawnika
Doktor Dariusz Danilewicz z Instytutu Kapitału Ludzkiego Szkoły Głównej Handlowej uważa, że ciągle jeszcze praca fizyczna nie kojarzy się młodzieży najlepiej. – Jest to chyba kwestia wygodnictwa i nastawienia. Często słyszę od młodych ludzi, że praca biurowa jest przyjemniejsza i równie dobrze płatna. Brakuje jednak świadomości, że nie ma czegoś takiego jak „praca biurowa”. Są tylko konkretne zawody wymagające konkretnych kompetencji, które można nabywać, ucząc się w szkole czy na uczelni lub w praktyce. Z drugiej strony, podczas gdy jeszcze kilkanaście lat temu uczniowie znacznie częściej wybierali jako kontynuację wykształcenia licea ogólnokształcące, to w ostatnich latach ten trend się odwrócił. Młodzi ludzie zaczynają wybierać coraz częściej szkoły zawodowe, ponieważ to właśnie w nich widzą szansę na możliwość satysfakcjonującej pracy w przyszłości. Wciąż problemem pozostaje jednak brak właściwego procesu doradztwa zawodowego – tłumaczy dr Danilewicz. Polska ma wysoki wskaźnik populacji uczącej się na studiach wyższych. Tyle że nie wszystkie uczelnie i nie wszystkie kierunki studiów są przyszłościowe. Są młodzi ludzie świadomi zmian na rynku pracy i świadomie kształtujący swoją edukację i przyszłą ścieżkę zawodową. Są też jednak i tacy, którzy bez refleksji wybierają kierunki i szkoły, gdzie stosunkowo łatwiej zdobyć dyplom uczelni, ale nie przekłada się to już na zatrudnienie w zawodach związanych z kierunkiem – tłumaczy dr Danilewicz.
Tego samego zdania jest dr Marek Woch, który podkreśla swoje zawodowe wykształcenie. Bo poza tym, że jest doktorem nauk prawnych, jest też hydraulikiem oraz kierowcą tira i autobusu. I jest z tego powodu wyjątkowo dumny. Nadal zdarza się, że wykonuje drobne prace hydrauliczne u przyjaciół. – Instrumentalne podejście do osób wykonujących prace fizyczne nie jest tylko domeną Polski. Kraje rozwinięte tworzą warunki do osiedlania osobom z krajów aspirujących do tego statusu. Wówczas przyjezdni godzą się wykonywać pracę, na którą nie wyrażają zgody obywatele danego państwa – podkreśla dr Woch.
Od 1 września nastąpi rewolucja w nauce zawodowej. Do zawodów przyuczać będzie 4-letnie technikum oraz 3-letnia branżowa szkoła I stopnia, która zastąpi dotychczasową zasadniczą szkołę zawodową i pozwoli na uzyskanie wykształcenia zasadniczego branżowego. Przewiduje się, że część z zawodów będzie miała kwalifikację wspólną z zawodem nauczanym na poziomie technikum. Dzięki temu absolwenci branżowej szkoły I stopnia będą mogli kontynuować naukę w branżowych szkołach II stopnia, które zaczną działać w 2020 r. W branżowej szkole II stopnia będą mieli szansę zdobycia dyplomu na poziomie technika oraz wykształcenia średniego branżowego i przystąpienia do matury. Absolwenci branżowej szkoły I stopnia będą mogli również kontynuować naukę w liceum ogólnokształcącym dla dorosłych od klasy drugiej.
Pozostaje mieć nadzieję, że zmieni się zarówno podejście młodych ludzi, jak i kadry. Do tej pory bowiem uczelnie czy szkoły ponadgimnazjalne często uruchamiały takie kierunki, do jakich miały wykładowców. – Receptą na edukację studentów oraz na to, aby po studiach mogli znaleźć pracę, jest przede wszystkim doradztwo zawodowe integrujące szkoły, władze lokalne, biznes, rodziców i uczniów, lecz także współpraca szkół i uczelni z otoczeniem biznesowym. Niezbędne są też praktyki w trakcie kształcenia u dobrych i rzetelnych pracodawców – dodaje dr Danilewicz.
Z doświadczenia ekspertów wynika bowiem, że w niektórych przypadkach praktyki wciąż przypominają te ze słynnego skeczu Kabaretu Dudek:
„Jasiu! Jako mój uczeń kształcisz się u mię na nauce. Co to jest mój chłopcze?
– To jest rura, Panie Majster.
– Tak jest. A do czego jest ta rura?!
– Ta rura jest do niczego (...)”.