Rząd wprowadził minimalną stawkę godzinową – 13 zł. Mówi, że po to, by poprawić los najgorzej opłacanych pracowników. Ale sam tyle za pracę płacić nie chce.
Pan Marek prowadzi firmę ochroniarską pod Warszawą. Zatrudnia ludzi i na etat, i na umowę-zlecenie, lecz – tego nie ukrywa – ze znaczą przewagą tych drugich. Bo ci drudzy są tańsi. Jego pracownicy ochraniają parkingi, osiedla, sklepy czy jednostki wojskowe. Ma podpisane kontrakty zarówno z firmami prywatnymi, jak i państwowymi, bo w sądach, szpitalach i urzędach też ktoś musi stać na bramce. Do tej pory panu Markowi biznes kręcił się wzorowo, lecz teraz – po wejściu w życie nowych przepisów – może mu się zawalić. Bo od stycznia rynek usług za sprawą zmiany ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę zmieni się nie do poznania.
To dobra wiadomość dla pracowników pana Marka, ponieważ wszyscy, którzy zarabiali grosze, dostaną podwyżkę. Znacznie gorsza dla niego, bo kontrahenci nie kwapią się do zmiany stawek w kontraktach, choć ustawa nakłada na nich taki obowiązek. – Jeśli nie zgodzą się zapewnić wyższego wynagrodzenia moim pracownikom, trzeba będzie rozwiązywać umowy, a ja zostanę z ludźmi na utrzymaniu – martwi się pan Marek. Zmiany w przepisach nazywa hipokryzją władzy, bo kiedy stawał do przetargów na ochronę obiektów administracji publicznej, już w sierpniu, po parafowaniu nowego prawa przez prezydenta Andrzeja Dudę, urzędy dyktowały godzinową stawkę 11–12 zł. – Przewidywały więc, że nie wykonają postanowień ustawy – bezradnie rozkłada ręce.