O ileż świat byłby prostszy, gdyby rządzący nami politycy potrafili czytać prawo i orzeczenia sądowe ze zrozumieniem lub chociaż polegali na tych, którzy posiedli taką umiejętność. Dzięki temu autorytet Trybunału Konstytucyjnego nie zostałby zrównany z ziemią, a sądy mogłyby się skupić na tym, do czego zostały powołane, czyli na rozstrzyganiu konkretnych problemów obywateli.
Od kilku miesięcy na łamach DGP wciąż opisujemy kolejne orzeczenia wydawane przez sądy powszechne, w których pojawia się wątek tzw. neosędziów. Zapadają one coraz częściej i można się spodziewać, że trend wzrostowy utrzyma się jeszcze bardzo długo. Czasami rozstrzygnięcia te są efektem podniesienia przez stronę zarzutu uczestniczenia w składzie orzekającym osoby, która otrzymała urząd sędziego z rekomendacji obecnej Krajowej Rady Sądownictwa, a czasami wzięcia tej okoliczności pod uwagę przez sąd z urzędu.
Oceniając tę kwestię, sądy konsekwentnie sięgają po znienawidzoną przez rządzących uchwałę trzech połączonych izb Sądu Najwyższego ze stycznia 2020 r. i zgodnie z zawartymi w niej wskazówkami przeprowadzają tzw. test niezawisłości. Przy tej okazji zazwyczaj obrywa się Trybunałowi Konstytucyjnemu, który – zgodnie z oczekiwaniami rządzących i na ich wniosek – trzy miesiące po podjęciu uchwały przez SN wydał kuriozalne orzeczenie rzekomo ją uchylające.
Reklama
Będzie o nim jeszcze mowa, a tymczasem wróćmy do głównego wątku, czyli do testowania tzw. neosędziów. W niemal wszystkich znanych mi dotąd przypadkach test ten rozstrzygany jest na korzyść sędziego. Choć właściwie należałoby chyba napisać, że na korzyść nas wszystkich. Zgodnie bowiem z prawidłami logiki i zdrowego rozsądku sądy nie ograniczają się do stwierdzenia, że skład obecnej KRS jest niezgodny z konstytucją, ale badają również, czy fakt ten przełożył się w jakiś sposób na niezawisłość i niezależność konkretnego sędziego, który od tej KRS uzyskał rekomendację. W tym celu sprawdzają m.in., czy sędzia rzeczywiście zasługiwał na awans, jaką ocenę wystawił mu wizytator, czy nie łączyły go osobiste stosunki z obecnymi członkami rady itp. Niektóre składy w uzasadnieniach swoich decyzji mówią wprost, że nie decydują się na podważenie prawa do orzekania sędziego tylko z tego względu, że wziął udział w wadliwej procedurze konkursowej, gdyż obawiają się dezorganizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości.
I gdzie tutaj anarchia? Gdzie sędziokracja, o której grzmiał z senackiej mównicy minister sprawiedliwości, uzasadniając kolejne przepisy mające na celu dalsze podporządkowywanie władzy sądowniczej rządzącym?
Że nie będzie żadnej anarchii w związku ze stosowaniem przez sądy uchwały trzech połączonych izb SN, wiedział każdy, kto poświęcił chwilę na jej uważne przestudiowanie. Na nieszczęście nas wszystkich politycy albo uznali to za zbędne, albo nie do końca zrozumieli to, co przeczytali. Jest oczywiście jeszcze trzecia opcja – przeczytali, zrozumieli, a potem i tak zrobili to, co zrobili, by cynicznie wykorzystać sytuację do własnych celów.
A zrobili wiele złego. W spór, jaki wiedli już od dłuższego czasu z sądami, wplątali bowiem (nie po raz pierwszy zresztą) jeden z najważniejszych organów państwa – Trybunał Konstytucyjny. Prezes Rady Ministrów złożył bowiem do TK wniosek o stwierdzenie niezgodności z konstytucją będącej solą w oku rządzących uchwały SN. A trybunał, w większości złożony z sędziów wybranych przez obecną większość parlamentarną, bez mrugnięcia okiem taką niekonstytucyjność stwierdził.
Nie był to pierwszy przypadek, kiedy TK orzekł zgodnie z oczekiwaniami obecnej ekipy rządzącej. Tym razem jednak było to dodatkowo szokujące, gdyż wszyscy rozsądnie myślący prawnicy od początku podkreślali, że TK nie ma kompetencji do oceny uchwał SN, gdyż te nie mają charakteru normatywnego. Fakt ten za każdym niemal razem podnoszą w uzasadnieniach swoich orzeczeń sądy, tłumacząc, dlaczego nadal stosują uchwałę trzech połączonych izb SN. To naprawdę straszne, że dożyliśmy czasów, kiedy to sądy powszechne muszą wytykać Trybunałowi Konstytucyjnemu działanie z przekroczeniem przysługujących mu kompetencji.
Wygląda więc na to, że znów mamy z dużej chmury mały deszcz. Sądy są na najlepszej drodze, aby udowodnić, że od początku nie miały zamiaru podkładać „ładunku wybuchowego” pod filary polskiego sądownictwa i brać za zakładników miliony polskich obywateli, co próbował wmówić opinii publicznej minister sprawiedliwości. Mówiąc krócej: sądy zdają egzamin z odpowiedzialności za państwo. Szkoda, że muszą to robić w kontrze do tych, którzy tym państwem rządzą.
Że nie będzie żadnej anarchii w związku ze stosowaniem przez sądy uchwały trzech połączonych izb SN, wiedział każdy, kto poświęcił chwilę na jej uważne przestudiowanie