Dzięki politycznemu biciu piany z pola widzenia opinii publicznej usunięty został bowiem najważniejszy problem, którego przyjęta w końcu przez Sejm prezydencka ustawa nie rozwiązuje. A problemem tym są oczywiście ludzie, którzy dzięki wspaniałomyślności głowy państwa w SN zapewne pozostaną, choć tak naprawdę nie powinni byli w ogóle się w nim znaleźć.
Po ciężkich tarciach wśród rządowych koalicjantów, które to tarcia zapewne były tylko teatrzykiem dla naiwnych, Sejm w zeszły czwartek uchwalił nowelizację ustawy o SN. Jej głównym założeniem jest oczywiście wymuszona przez Komisję Europejską (choć rządzący temu przeczą) likwidacja ID SN i zastąpienie jej Izbą Odpowiedzialności Zawodowej. To ma zadowolić Unię Europejską, która dzięki temu i spełnieniu jeszcze dwóch innych warunków odblokuje dla Polski fundusze przewidziane w ramach Funduszu Odbudowy. Wiadomo, polityka rządzi się swoimi prawami. Pytanie jednak, czy to, co postanowił Sejm, powinno zadowolić także nas obywateli, którzy prędzej czy później mogą się zetknąć w budynku przy Placu Krasińskich z osobami z woli rządzących ubranymi w sędziowskie togi. Bo że część tych osób zostanie na swoich stanowiskach (ustawa przewiduje, że zostaną przeniesieni do innych izb SN lub z własnej woli przejdą w stan spoczynku), to więcej niż pewne.