Było oczywiste, że obecne kierownictwo stołecznego SO – a tak się składa, że zasiadają w nim właśnie owi rzecznicy – sięgnie po stosowny przepis prawa o ustroju sądów powszechnych i nie ponowi zgody na prowadzenie przez sędziego działalności dydaktycznej. Było też wielce prawdopodobne, że Tuleya ów brak zgody będzie miał w głębokim poważaniu. Ale chyba mało kto się spodziewał, że przejmie się nim współpracująca z sędzią od kilku lat uczelnia, która oświadczyła, że „ta decyzja uderza bezpośrednio w możliwość prowadzenia przez Sędziego Tuleyę zajęć ze studentami”. A gdy już wydawało się, że dziwniej być nie może, ta sama uczelnia – po fali krytyki – zmieniła zdanie, przekonując, że niewłaściwie zinterpretowała wydaną przez prezesa sądu decyzję. I przeprosiła sędziego, zapewniając o chęci kontynuowania owocnej współpracy.
Najzabawniejsze (choć może raczej najsmutniejsze) w tym wszystkim jest to, że za adresatkę wiążących poleceń i zakazów prezesa sądu, obejmujących, jak rozumiem, także układanie uczelnianych grafików, uznała się renomowana niepubliczna szkoła wyższa, kształcąca m.in. przyszłych magistrów prawa. I że to, co dla dziesiątek komentujących całą historię w mediach społecznościowych internautów było oczywiste na pierwszy rzut oka – że najwyżej Tuleya jeszcze bardziej sobie nagrabi, lecz to jego sprawa – przedstawiciele zacnej uczelni musieli sobie wyinterpretować, co zajęło im trochę czasu.