Jest niebywałe, że TSUE mógł zawiesić funkcjonowanie sądu krajowego i to w ramach środka zabezpieczającego. Środek przymusu jest nieadekwatny do sytuacji. Jednak mój osobisty pogląd nie jest istotny, jako I prezes muszę zadbać o Sąd Najwyższy i całe sądownictwo. Spróbować zakończyć tę wojnę polsko-polską w wymiarze sprawiedliwości. W tym kontekście stwierdzić należy, że – wbrew różnym wypowiedziom medialnym – ani wyrok, ani postanowienie nie są adresowane do mnie. TSUE wskazuje na cechy systemowe, ustrojowe. Nie mam mocy sprawczej do zmiany ustawy i nie mam takiej władzy nad prezesami izb, a tym bardziej sędziami, żeby zamrozić izbę, zakazać orzekania. Mogę tylko prosić o wstrzemięźliwość.
Jeśli TSUE kwestionuje ustrój Izby Dyscyplinarnej, a ETPC sposób wyboru KRS, to decyzja w tej sprawie należy do polityków, do rządzących. To wynika właśnie z trój podziału władzy. Wydałam dwa zarządzenia tylko po to, by dać czas politykom, żeby spróbowali się dogadać i wyznaczyć jakiś kierunek zmian. Po to, aby nie wisiała im nad głową groźba kar finansowych. Termin 15 listopada nie jest z niczym związany. Mogłabym równie dobrze powiedzieć, że jest uzależniony od pojemności szaf w gabinecie I prezes. Ma on przede wszystkim zmotywować polityków do pracy nad zmianami legislacyjnymi, bo w polityce niestety jest tak, że wiele rzeczy zostawia się na ostatnią chwilę.
Rozmawiałam z prezydentem i premierem, jak również z panią marszałek Sejmu o możliwych kierunkach zmian dotyczących Izby Dyscyplinarnej oraz KRS. Wybranie kierunku zmian i przygotowanie ich to kompetencja organów władzy ustawodawczej i wykonawczej. Rozmawiałam nie z politykami, jak to się niekiedy sugeruje. Nie zawierałam żadnych kompromisów. Ja rozmawiałam z organami tych władz. Nie robiłam niczego po kryjomu i nie byłam w związku z tym narażona na jakieś pokrzykiwania czy nagrywanie filmików na ulicy. Niektórzy uważają, że najlepiej nic nie robić, tylko być zawsze na „nie”. Z takim podejściem daleko nie zajedziemy jako naród, co potwierdzają nasze doświadczenia historyczne.
Jeśli chodzi o Izbę Dyscyplinarną: moim zdaniem powinna działać nadal jako odrębna izba odpowiedzialności zawodowej w SN. Jednak jej członków mógłby wybierać np. prezydent spośród sędziów wylosowanych z innych izb np. na czteroletnią kadencję. Losowanie wyłoniłoby trzy- lub czterokrotnie liczniejszą grupę kandydatów niż liczba miejsc w izbie, by prezydent miał możliwość wyboru. Tacy sędziowie nadal mieliby obowiązek ograniczonego orzekania w swojej dotychczasowej izbie. Jednocześnie jestem zwolenniczką likwidacji aż tak daleko idącej odrębności Izby Dyscyplinarnej. Muszą być również mechanizmy zapobiegające możliwości wpływania czy naciskania na sędziów.
Zbliżone pomysły zostały swojego czasu wypracowane w SN i przedstawione przez I prezes Małgorzatę Gersdorf. Z całą pewnością poprzedni model postępowania dyscyplinarnego był zły. Byli to sędziowie z tzw. łapanki do rozpatrywania spraw dyscyplinarnych, odrywani od swoich codziennych spraw sądowych. System ten był zły również z tego względu, że sędziami dyscyplinarnymi byli sami sędziowie. Dlatego uważam, że udział ławników w sprawach dyscyplinarnych jest dobry.
W przypadku zmiany mechanizmu wyboru KRS można zaproponować dwuetapowy system. Najpierw kandydatów w powszechnych demokratycznych wyborach wybierałoby środowisko sędziowskie. Ich liczba byłaby odpowiednio większa niż miejsc w KRS, np. 15 osób na jedno miejsce. Następnie ostatecznego wyboru dokonywałby parlament. Taka koncepcja byłaby kompromisem, bo moim zdaniem powrót do poprzedniego rozwiązania byłby dużym błędem. Poprzednia organizacja KRS była obarczona istotnymi wadami. Obrady tego gremium nie były tak transparentne jak obecnie.
Jeśli chodzi o dalsze kroki w reformie sądownictwa, na pewno ruchem w dobrą stronę byłoby spłaszczenie struktury sądów, co uprościłoby awanse i doceniło sędziów sądów rejonowych, na których spoczywa największy ciężar rozstrzygania spraw obywateli. Archaicznym rozwiązaniem jest, że sędzia może awansować dopiero wtedy, gdy jest wolny etat.