W ostatnich miesiącach można było fascynować się dyskusją na temat tzw. fundacji rodzinnych. Pracowało nad nimi Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, a obecnie Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii i trzeba przyznać, że procedowanie było dosyć wyjątkowe in plus. Projekt poddany został szerokiej dyskusji, wsłuchano się w głosy, które padły, prace zostały rozciągnięte w czasie tak, aby mógł powstać akt prawny, za który nie trzeba się wstydzić. To dosyć wyjątkowe w ostatniej galopadzie legislacyjnej. Miałem ochotę poczekać do końca prac, abym mógł się wypowiedzieć co do całości koncepcji. Jednak wątki, które pojawiły się niedawno, spowodowały, że zabieram głos wcześniej, może przedwcześnie.
Etap prac legislacyjnych skłania do postawienia ostatnich pytań, a za takie uznano rozstrzygnięcie kwestii nazwy nowego tworu. Ta z pozoru tylko dosyć marginalna kwestia staje się jednak kluczową, gdy chcemy zrozumieć istotę tego bytu prawnego in spe. Czy rzeczywiście nazwa ma znaczenie? Czy istotne jest, czy ów podmiot nazywany będzie fundacją czy też funduszem? Tak czy inaczej tu na początku „fun” i tam „fun”. Ale to nie żart, gdyż rozstrzygnięcie, co prawda na końcu, a nie na początku, czym ów byt jest, to kluczowe dla jego funkcjonowania. Zanim przejdę do wypowiedzenia własnego zdania, warto chyba jednak przypomnieć pewne fundamentalne kwestie. Bo znów fun(dament) ma poważne znaczenie.