Sędzia według własnego wyboru może teraz rozpoznawać sprawy na posiedzeniach zdalnych („przy użyciu urządzeń technicznych umożliwiających przeprowadzenie ich na odległość z jednoczesnym przekazem obrazu i dźwięku”), w zwykły sposób, tj. na posiedzeniach w sali sądowej (ale tylko „gdy rozpoznanie sprawy na rozprawie lub posiedzeniu jawnym jest konieczne, a ich przeprowadzenie w budynku sądu nie wywoła nadmiernego zagrożenia dla zdrowia osób w nich uczestniczących”) lub na posiedzeniu niejawnym, czyli bez udziału stron i publiczności („gdy nie można przeprowadzić posiedzenia zdalnego, a przeprowadzenie rozprawy lub posiedzenia jawnego nie jest konieczne”).
Choć można odnieść wrażenie, że ustawodawca zdaje się preferować posiedzenia online, to nie mam wątpliwości, iż przy tak skonstruowanych przepisach w codziennej praktyce dominować będzie rozpoznawanie spraw na posiedzeniach niejawnych. Zawsze można bowiem twierdzić, że posiedzenia zdalnego nie da się w konkretnym sądzie przeprowadzić z uwagi na ubogą lub zawodną infrastrukturę informatyczną, a posiedzenie jawne nie jest w danej sprawie konieczne. Dlaczego, kiedy odstępuje się od restrykcji dotyczących imprez masowych i towarzyskich, jak i publicznych praktyk religijnych, jednocześnie ogranicza się prawa obywateli do udziału w sądowych posiedzeniach? Tajemnicą poliszynela jest, że wprowadzone przepisy służyć mają przyśpieszeniu rozpoznawania spraw w celu nadrobienia wieloletnich orzeczniczych zaległości, a podstawowe zasady procedury cywilnej, jak jawność, ustność, prawo do wysłuchania czy kolegialność orzekania, mają temu prymatowi ustąpić.