Choć policjanci rażący paralizatorem Igora Stachowiaka (który był wówczas w kajdankach) zostali w ubiegłym roku skazani na dwa lata oraz dwa i pół roku więzienia, to w ocenie sądu bezpośrednią przyczyną zgonu zatrzymanego była niewydolność krążeniowo-oddechowa. W rezultacie funkcjonariusze usłyszeli wyroki za przekroczenie uprawnień oraz znęcanie się fizyczne i psychiczne, ale nie za spowodowanie śmierci.
Zdaniem dr. hab. Adama Bodnara sądy powierzchownie i wybiórczo podeszły przede wszystkim do oceny dowodów z opinii biegłych.
– Sąd oparł się na jednej ekspertyzie, która mówiła o „niewydolności krążeniowo-oddechowej w przebiegu arytmii”, nie zadając sobie pytania, czy to dobre wyjaśnienie w przypadku człowieka rażonego prądem. Sąd nie wziął przy tym pod uwagę innych opinii naukowców, a także zeznań świadków, które wykluczały, by Igor Stachowiak był w czasie zatrzymania w stanie wyjątkowego pobudzenia. Także na podstawie ilości stwierdzonych u niego substancji nie można wnioskować, czy był on pod wpływem środków odurzających, czy też nie – argumentuje RPO.
Wątpliwości rzecznika co do rzetelnego rozpatrzenia sprawy wzbudza też fakt, że sąd I instancji oddalił wnioski o przesłuchanie uzupełniające specjalisty kardiologa oraz o powołanie nowego zespołu biegłych, z lekarzem zajmującym się zaburzeniami rytmu serca (sąd II instancji nie podważył tych decyzji procesowych).
Zdaniem RPO należyte rozpoznanie zarzutu apelacyjnego mogłoby doprowadzić do uchylenia orzeczenia sądu I instancji i ponownego zbadania przez ten sąd kwestii, czy pomiędzy zachowaniem funkcjonariuszy policji a śmiercią pokrzywdzonego zaistniał związek przyczynowo-skutkowy. ©℗