W Polsce mamy dwa stany sędziowskie. Mówi się o neosędziach i paleosędziach. Funkcjonuje „prawie wymiar sprawiedliwości”. „Prawie”, jak wiadomo, robi różnicę, choć Polacy mają doświadczenie z takimi wynalazkami, jak wyroby czekoladopodobne. Pełnowartościowy wymiar sprawiedliwości powinien być monolitem, niepodzielnym w oczach ludzi.
Wymiar sprawiedliwościopodobny
Sędzia Jacek Czaja proponuje używać sformułowania „sędziowie powołani w wadliwej procedurze”, podkreślając, że pogardliwy neologizm „neosędziowie” nie sprzyja rozwiązaniu problemu. Język zawsze jest pierwszą barierą w rozmowie. Może spowodować, że rozmowa w ogóle się nie odbędzie.
Wyobraźmy sobie, że do kogoś dzwoni pracownik windykacji. Zwraca się do rozmówcy:
– Dzwonię w sprawie pana zadłużenia wobec firmy X.
– Nie mam zadłużenia w firmie X.
– Firma X twierdzi, że ma pan u niej zadłużenie.
– Ja twierdzę, że nie mam.
– Czy w takim razie moglibyśmy porozmawiać o tym zadłużeniu?
– Pod warunkiem że przestanie pan mówić o „zadłużeniu”. Możemy rozmawiać jedynie o „rzekomym zadłużeniu”.
– Jednak zgodnie z informacją z firmy X ma pan zadłużenie.
– Dopóki nie będziemy rozmawiać o „rzekomym zadłużeniu”, a nie „zadłużeniu”, nie wyrażam zgody na nagrywanie.
– To nie będziemy mogli kontynuować rozmowy.
– Trudno.
Pat. Powyższa rozmowa irytuje nawet jej obserwatora, a co dopiero uczestnika. Obaj rozmówcy przypłacają dialog wiązką emocji i stresu, a sprawa nie posunęła się do przodu. Rozbiło się o ramy językowe. Słownictwo uwzględniające, że istnieje spór, a nieprzesądzające o racji jednej ze stron, potencjalnie otwiera dialog.
Sędziowie, którym nie można postawić zarzutu powołania w wadliwej procedurze, mogą się gniewać: „My jesteśmy wymiarem sprawiedliwości. Jego wybrakowany element to ci, których legitymacja została zakwestionowana przez Sąd Najwyższy i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej”. Fakt: została zakwestionowana. Faktem jest też, że pozostałe trzy czwarte wymiaru sprawiedliwości to sędziowie wybrani proceduralnie bez zarzutu. Czy to dobra wiadomość?
Człowiek oczekujący wyroku nie może mu zaufać w trzech czwartych ani zaufać trzem na czterech sędziów. To, kto jest sędzią, przestało być tematem wyłącznie prawnym. Stało się kwestią wiarygodności. Jak ufać sądowi, skoro sami sędziowie nie mogą się dogadać, kto z nich sędzią jest, a kto nie. W Polsce powstał nowy zawód, ze społecznego nadania: „prawdziwy sędzia”. Społeczeństwo dyskutuje, kto się do tej kategorii zalicza.
Setki obron sędziów „sokratesów”
Popularne powiedzenie mówi: „chirurg nie operuje własnej cioci”. W prawie brzmi to poważniej: „Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie”. A co wtedy, gdy „własną ciocią” jest cały wymiar sprawiedliwości? Jak sam sędzia ma wyrokować o swoim statusie?
John Rawls w rozważaniach dotyczących teorii sprawiedliwości opisał następujący eksperyment myślowy. Istnieje „sytuacja początkowa”, w której znikają osobiste interesy i zobowiązania. Projektując system społeczny, nikt nie zna swojego miejsca w społeczeństwie ani swoich cech, talentów, wad, pozycji, wykształcenia, wiedzy, możliwości. Działając za „zasłoną niewiedzy”, każdy musi postępować tak, jakby miała mu przypaść którakolwiek losowo wybrana rola społeczna. Nie sposób działać we własnym interesie, ponieważ nikt nie zna „własnych interesów”. W takiej sytuacji najrozsądniejsze jest zabezpieczenie każdej grupy. Można przewidywać, że tak zaprojektowany system będzie sprawiedliwy.
Proponuję eksperyment myślowy zainspirowany Rawlsem. Niech sędziowie powołani w kwestionowanej procedurze chwilowo przyjmą umowną pozycję Sokratesa. Czy porównuję ich do filozofa? Nie. Powierzam im rolę obrońcy własnego zdania. Zamiast określenia „neosędziowie” – byśmy nie wpadli w opisaną wyżej pułapkę ram językowych – nadaję im nazwę „sokratesów”. Jest i haczyk: będą musieli spróbować dowieść swoich racji, jak sam Sokrates w swojej słynnej obronie. Niektórzy, być może, w razie niepowodzenia będą musieli wypić metaforyczną cykutę.
Jeden z nich staje przed Teoretycznym Trybunałem. Członek Trybunału zadaje pytanie:
– Trwają ćwiczenia z prawa konstytucyjnego. Prowadzący prosi studentów, żeby wyobrazili sobie, że sąd wydal wyrok w ważnej dla nich sprawie. Ale nie ma pewności, czy został wydany przez sędziego powołanego we właściwej procedurze. „Co zrobicie?” – pyta. „Zastanowiłbym się, czy respektować wyrok, czy go tylko przeczytać. Z ciekawości” – pada odpowiedź.
– I teraz musisz – mówi członek trybunału – drogi „sokratesie”, wygłosić mowę obrończą na swoją rzecz, bo ty wydałeś wyrok w sprawie. Przystąp, przed owym studentem, do obrony tezy, że w świetle prawa, uchwały SN i wyroku TSUE jesteś sędzią”. Eksperyment myślowy eksperymentem – ale jak pouczające byłoby wysłuchać wszystkich tych obron „sokratesów”.
Sędzia Schrödingera
Kot Schrödingera to kolejny eksperyment myślowy. Pomaga zrozumieć istotę fizyki kwantowej, ale przyda się też w ocenie „prawie wymiaru sprawiedliwości”. Wyobraźmy sobie zamknięte pudełko. W środku schowano kota, ampułkę z trucizną i urządzenie, które losowo może się uruchomić albo nie. Jeśli się uruchomi, kot zginie, a jeśli nie, kot przeżyje. Dopóki nie otworzymy pudełka, nie wiemy co z kotem, więc Schrödinger mówi, że kot jest jednocześnie żywy i martwy.
Wyobraźmy sobie teraz monetę rzuconą w powietrze. Póki się obraca, nie wypadnie ani reszka, ani orzeł. Dopiero gdy ją złapiesz i położysz na wierzchu drugiej dłoni, pojawia się wynik.
A teraz w miejsce kota i monety wstawmy sędziego. Kot to sędzia lub nie-sędzia. Pudełko to system prawny. Zajrzenie do środka to orzeczenie konkretnego sądu , które może się nie utrzymać w obrocie z uwagi na status sędziego. Na tym polega „kwantowy problem” wymiaru sprawiedliwości. Ten sam człowiek w todze w jednym postępowaniu jest uznawany za sędziego, w innym nie, zależnie od przymierzanych przepisów i standardów. Status ujawnia się dopiero w konkretnym rozstrzygnięciu. To ta sama struktura, co w przypadku kota Schrödingera: „dopóki nie zajrzysz, wynik nie jest jednoznaczny”. Moneta cały czas kręci się w powietrzu, a kot jest zamknięty w pudełku.
Test bączka
Kto pamięta zakończenie „Incepcji”? Główny bohater Cobb, grany przez Leonarda DiCaprio, jest specjalistą od wnikania w sny innych ludzi. Technologia pozwala zaszczepić w umyśle śpiącego cudzą myśl jak własną (to właśnie incepcja). Granica między snem a rzeczywistością jest zawodna, dlatego bohaterowie używają totemów, prywatnych testów rzeczywistości. Totemem Cobba jest bączek. Jeśli puszczony w ruch kręci się bez końca, to znak, że Cobb śni. Jeśli bączek po chwili się przewraca, to oznacza rzeczywistość.
Przez cały film Cobb obsesyjnie sprawdza, czy jest we śnie czy w rzeczywistości. Kręci bączkiem. Na końcu filmu wraca do domu, gdzie widzi utracone wcześniej dzieci. I kręci bączkiem, testując, czy to rzeczywistość. Kamera pokazuje, że zabawka kręci się, zaczyna lekko się chwiać, po czym następuje… cięcie. Film nie daje odpowiedzi na pytanie, czy bohater wrócił do dzieci, czy tylko śni.
Wracamy do Polski i jej „prawie wymiaru sprawiedliwości”. Patrzymy na puszczony w ruch bączek i zastanawiamy się, czy będzie kręcił się bez końca? ©℗