Przedsiębiorca od lat nie płacił żadnych podatków. Kontrola stwierdziła, że co prawda powinien, no ale skoro nie chciał, to nie musiał tego robić. Może na spokojnie zacząć płacić dopiero bieżące należności. Żadnego, broń Boże, zaległego podatku, nie mówiąc już o odsetkach, płacić nie musi. Absurd? Analogicznie media opisują rzeczywistość w prawie pracy po reformie PIP. Nie wiadomo jednak, na ile to zniekształcenia pochodzące ze źródeł tych doniesień, a na ile niezrozumienie istoty reformy przez samych polityków i komentatorów.

Wzmocnienie PIP na liście kamieni milowych

Tak są przedstawione założenia reformy roboczo nazwanej „PIP 2.0”, a więc projektu zwiększania uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy. Wzmocnienie inspekcji to jeden z kamieni milowych wpisanych do KPO, który obecny rząd sam zaproponował i wynegocjował w Brukseli. Wszyscy byli zadowoleni, bo usunięto założenia wpisane do KPO przez poprzedni rząd, ale radość trwała krótko – tylko do czasu, gdy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło projekt ustawy. Początkowo bardzo restrykcyjny, później złagodzony, przyznawał inspektorom pracy prawo stwierdzania decyzją, że dany stosunek prawny jest umową o pracę. Obecnie inspektorzy nie mogą tego zrobić, mogą jedynie wystąpić do sądu z takim powództwem.

Pomysł wyposażenia inspektorów w takie uprawnienia wywołał sprzeciw środowisk biznesowych. Premier na początku 2026 r. zapowiedział wstrzymanie prac nad ustawą, ale wobec groźby utraty środków z KPO prace mają być jednak kontynuowane. Nie znamy jeszcze treści nowego projektu ustawy, ale z doniesień DGP (Daria Al Shehabi, „Rząd łagodzi reformę PIP. Kontrole bez wstecznych skutków i rygoru natychmiastowości”) na temat jej założeń wyłania się obraz tworu sprzecznego z już obowiązującymi przepisami, a przede wszystkim nierealizującego swojego celu.

Stosunek pracy bez względu na nazwę

Zacznijmy od podstawowej kwestii, która wydaje się niezrozumiała dla większości komentujących sprawę. Chodzi o sformułowanie, że inspektor pracy miałby „przekształcać” umowę cywilnoprawną w umowę o pracę. Kiedy tego sformułowania używa główny inspektor pracy, to wiadomo, że stosuje tu pewien skrót myślowy, ale wiele osób rozumie to dosłownie. Inspektor pracy nie będzie niczego „przekształcał”, a jedynie stwierdzał istniejący stan rzeczy, tj. że dana umowa (o dowolnej nazwie) w rzeczywistości jest umową o pracę. To decyzja deklaratoryjna.

Elementy, które świadczą o tym, że relacja łącząca strony jest stosunkiem pracy, są zawarte w art. 22 par. 1 kodeksu pracy. Zgodnie z nim w ramach stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie przez niego wyznaczonym, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem. Wola stron i to, że pracownik „chciał być zatrudniony na zlecenie” albo „sam zaproponował B2B”, nie ma żadnego znaczenia. Co więcej, z art. 22 par. 11 k.p. wprost wynika, że zatrudnienie w warunkach określonych w par. 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy bez względu na nazwę zawartej umowy. Dalej kodeks pracy podkreśla jeszcze dobitniej, że nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy jak dla stosunku pracy (art. 22 par. 12 k.p.).

Poziom lekceważenia tych przepisów jest jednak tak duży, że nikt już nie pamięta o art. 281 par. 1 k.p. Zgodnie z nim ten, kto będąc pracodawcą lub działając w jego imieniu, zawiera umowę cywilnoprawną w warunkach, w których zgodnie z art. 22 par. 1 powinna być zawarta umowa o pracę, podlega karze grzywny od 1 tys. zł do 30 tys. zł. Tymczasem w Polsce nawet duże i znane podmioty zatrudniają gros załogi na podstawie umów cywilnoprawnych – i wszyscy wiedzą, że te osoby pracują w warunkach umowy o pracę. Takie zatrudnienie zdarza się również w podmiotach publicznych, o spółkach Skarbu Państwa nawet nie wspominając. Czy ktoś w ogóle pamięta, że jest to wykroczenie?

Reforma pozwoli na łamanie prawa?

W tym kontekście jest zadziwiające, jak wiele osób, w tym prawników, mówi z pełną powagą o „skutkach wstecznych” decyzji inspektora pracy i tym, że trzeba je ograniczyć. Takie podejście jest zupełnie sprzeczne z konstrukcją obecnych przepisów kodeksu pracy. Inspektor pracy decyzją stwierdzałby, że dana umowa od początku była umową o pracę, bo jak wynika ze wskazanych wyżej przepisów, stosunek pracy powstaje, gdy są spełnione warunki określone w art. 22 par. 1 k.p. Nie ma znaczenia, czy i kiedy zostanie podpisana umowa o nazwie „umowa o pracę” albo kiedy zostanie wydana decyzja inspektora. Ograniczeniem dla skutków wstecznych takiej decyzji byłyby więc terminy przedawnienia, w przypadku roszczeń pracowniczych to na ogół trzy lata, a w przypadku składek – pięć lat.

Jeśli miałaby wejść w życie nowa koncepcja polegająca na tym, że decyzja inspektora „nie będzie wywoływać skutków wstecznych”, to pomijając już jej samo osadzenie w kontekście innych przepisów, byłoby to po prostu przyzwoleniem na łamanie prawa. Byłby to sygnał dla firm, że najgorsze, co się może stać, to konieczność stosowania prawa pracy dopiero po wydaniu decyzji przez inspektora. Byłoby podobnie, jak gdyby państwo wyraziło przyzwolenie na niepłacenie podatków i stwierdziło, że trzeba je zacząć płacić dopiero po ewentualnej kontroli.

To jeszcze nie wszystko. Pojawiają się doniesienia o pomyśle „poleceń naprawczych”, które miałyby być wydawane w stosunku do pracodawcy w pierwszej kolejności. Dopiero gdyby pracodawca nie zechciał naprawić nieprawidłowości, zostałaby wydana decyzja.

Innymi słowy – inspektor stwierdzałby de facto popełnienie wykroczenia (czyli zawarcie umowy cywilnoprawnej tam, gdzie powinna być umowa o pracę), ale jedyne, co mógłby zrobić, to polecić przedsiębiorcy, żeby już tego wykroczenia nie popełniał.

Nowa ścieżka odwoławcza

Z nowych informacji, które się pojawiają, warto jeszcze wspomnieć o uproszczeniu ścieżki odwoławczej. Odwołanie od decyzji inspektora ma być kierowane bezpośrednio do sądu, z pominięciem okręgowego inspektora pracy. To w mojej ocenie dobre posunięcie, podobnie jak wzmocnienie sądów pracy. Szkoda tylko, że dopiero interes przedsiębiorców spowodował, że dostrzeżono konieczność poprawy sytuacji w tych wydziałach.

Mówi się też o wprowadzeniu interpretacji w sprawach umów, które miałyby zabezpieczać pracodawcę przed decyzją inspektora PIP na wzór interpretacji w sprawach podatkowych i ubezpieczeniowych. Pojawiają się tutaj zasadnicze dwa problemy. Pierwszy to zaskarżalność interpretacji. Odwołania, na wzór spraw ubezpieczeniowych, musiałyby rozpatrywać sądy. A to oznaczałoby dodatkowe obciążenie wydziałów pracy.

No i zasadniczy problem nr 2 – wnioskodawca musi przedstawić prawdziwy stan faktyczny we wniosku o wydanie interpretacji. Czy naprawdę wyobrażamy sobie, że przedsiębiorca zatrudniający zleceniobiorców w sklepie, fabryce albo magazynie poinformuje we wniosku do PIP, że jego „zleceniobiorcy” pracują w określonych godzinach, miejscu i pod kierownictwem, a PIP potwierdzi, że to zlecenie? Można oczywiście zawrzeć we wniosku nieprawdę, tak jak ostatnio jeden z przedsiębiorców występujących do ZUS o interpretację, który twierdził, że robotnicy pracujący na jego budowie są zleceniobiorcami, bo sami sobie określają czas i sposób wykonywania pracy i nie podlegają kierownictwu zleceniodawcy. Ale interpretacja oparta na takim wniosku i tak przed niczym nie ochroni.

Nie można jednak wykluczyć, że projekt ustawy, który zostanie przedstawiony, to w zasadniczej formie stary projekt ukazany w nowym świetle. Świadczy o tym podkreślanie, że oto doszło do kompromisu i decyzja inspektora nie będzie natychmiastowo wykonalna. W pierwotnej wersji projektu ustawy rzeczywiście przewidywano, że nawet pracodawca, który zaskarżył decyzję inspektora, miał od razu traktować zleceniobiorcę jak pracownika pod kątem jego uprawnień. To powodowałoby duże komplikacje, gdyby sąd podzielił stanowisko pracodawcy, a nie inspektora pracy. Tylko że do tego kompromisu miało dojść już dużo wcześniej, pod koniec 2025 r., jeszcze zanim premier zapowiedział wstrzymanie prac nad reformą.

Jakie uprawnienia ma już ZUS

Innym wątkiem, który pojawia się ramach nowej narracji, jest to, że procedura ma być oparta na „zapisach kodeksu pracy” oraz linii orzeczniczej Sądu Najwyższego. Można zadać pytanie: a jak inaczej miałaby przebiegać? Wygląda to jak próba przedstawienia poprzedniej propozycji jako rzekomo oddającej całą władzę w ręce inspektorów działających według własnego widzimisię, podczas gdy nowy nakazuje już im trzymać się przepisów. Inna sprawa, że (nie)trzymanie się „zapisów kodeksu pracy” to dokładnie to, czego dotyczy cały spór.

Gdyby więc narracja o przełomowej rezygnacji ze „skutków wstecznych” okazała się po prostu rezygnacją z natychmiastowej wykonalności decyzji, o czym była mowa już pod koniec 2025 r., to cała procedura przypominałaby tę stosowaną od lat przez ZUS.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych ma prawo np. stwierdzić, że dana umowa jest umową zlecenia (teoretycznie także umową o pracę), a nie umową o dzieło. Dokładniej rzecz ujmując, stwierdza decyzją deklaratoryjną, że dana osoba podlega ubezpieczeniom z tytułu umowy o świadczenie usług. I to nie od momentu wydania decyzji, ale od kiedy rozpoczęła wykonywanie tej umowy. A to oznacza określone obowiązki płatnika. Od decyzji ZUS przysługuje odwołanie do sądu. Jeśli sąd przyzna rację ZUS, płatnik musi zapłacić składki za okresy wsteczne.

Danie inspektorom PIP prawa do wydania tego rodzaju decyzji, a pracodawcom – prawa do odwołania do sądu nie będzie więc żadną nowością w polskim systemie, bo analogiczne rozwiązanie istnieje już od lat. Decyzje ZUS nie są jednak aż tak groźne, bo dotyczą wyłącznie składek, a decyzje inspektora mogłyby wręcz podważyć model biznesowy niektórych branż. ©℗