Jeśli wybierasz się np. do Hiszpanii lub Włoch i chcesz skorzystać z zakwaterowania w formie Airbnb, musisz przesłać właścicielowi najmowanego lokalu zdjęcie swojego dowodu osobistego (obu stron). Automatycznie pojawia się wówczas pytanie: to jak to jest z tą ochroną danych osobowych? Na obszarze UE obowiązuje przecież RODO, media trąbią o tym, żeby nie udostępniać informacji o sobie, a dowód lepiej tylko okazać, niż podać komuś do ręki. Ponadto trzeba uważać na oszustów podszywających się pod inne osoby. A tu nagle jeśli chcę skorzystać z noclegu, to muszę wysyłać zdjęcia swojego dowodu osobistego obcej osobie i to na dodatek za granicę. Bo takie jest tamtejsze prawo, choć przecież to kraj UE.

RODO a wizyta u lekarza

Co ten przykry wymóg ma wspólnego z obowiązkiem ważenia/mierzenia pacjentów w trakcie wizyt u lekarza, o którym pisaliśmy na łamach DGP? Wbrew pozorom wiele. W obu sytuacjach chodzi o obowiązkowe pozyskiwanie szczegółowych danych o osobach (podróżnych/pacjentach), a uzasadnia się to dbałością o dobro ogółu obywateli. W przypadku podróżnych można tłumaczyć to względami bezpieczeństwa, przeciwdziałania napływowi groźnych osób do danego państwa, zagrożeniem terrorystycznym, a w przypadku pacjentów – dbałością o stan zdrowia obywateli, możliwością kształtowania profilaktyki zdrowotnej, przeciwdziałania skutkom otyłości itp.

Czy państwo musi wiedzieć, ile obywatel waży?

To niby logiczne, ale dbałością o dobro obywateli można wytłumaczyć pozyskiwanie właściwie wszelkich możliwych danych osobowych. A dzięki nowoczesnym technologiom państwo i tak już w ostatnich dekadach – eufemistycznie mówiąc – zoptymalizowało sposoby inwigilacji obywateli. Wie lub może wiedzieć nie tylko to, ile ktoś zarabia i gdzie pracuje, lecz także to, co kupił na śniadanie, jakiej muzyki lub podcastów słucha, z kim i kiedy rozmawia, dokąd jeździ na wakacje. Czy naprawdę musi też wiedzieć, jaka jest jego aktualna waga? Czy według języka RODO, nie jest to „wiedza nadmiarowa”, skoro np. profilaktykę zdrowotną można kształtować na podstawie badania reprezentatywnej grupy osób, a niekoniecznie wszystkich pacjentów? I czy warto w ogóle nakładać obowiązek, który – co z góry wiadomo – nie zawsze będzie możliwy do zrealizowania, a na dodatek może wywoływać konflikty? Bo przecież np. starsza pani doktor raczej nie będzie w stanie zmusić do wejścia na wagę 25-letniego pacjenta o „wolnościowym” światopoglądzie, kontestującego jakikolwiek przymus, który po godzinie czekania w kolejce przed gabinetem będzie na dodatek „mało pozytywnie” nastawiony do polskiej służby zdrowia. A tyle się słyszy przecież o kolejnych przypadkach agresji pacjentów wobec lekarzy lub ratowników medycznych. Czy naprawdę trzeba ich dodatkowo narażać zadaniami, które można zrealizować w inny sposób?