Lampa naftowa, sterowce, pagery, Google Glass. Co łączy te wynalazki? Miały zrewolucjonizować świat. Miały... Czy podobny los czeka też tablety?
Reklama
Jest taka scena w podbijającym właśnie kina filmie „Kingsman: Tajne służby”, w której młody kandydat na adepta szpiegowskiego fachu Eggsy jest prowadzony przez mentora Harry’ego Harta na zaplecze eleganckiego salonu krawieckiego. Lokal jest tylko przykrywką, a na ścianach garderoby wiszą dziesiątki rodzajów broni, kuloodporne parasolki, buty z zabójczymi szpikulcami czy wybuchające zapalniczki. Eggsy zachwycony ogląda gadżety i wreszcie wskazuje na półki z tabletami różnej wielkości i marek. Na co Harry mówi: „Nic specjalnego. Przestarzały sprzęt”.
Eggsy wzrusza ramionami, a widzowie w kinie chichoczą. Chichoczą, bo niecałe pięć lat od pojawienia się na rynku iPada tablety faktycznie zaczynają sprawiać wrażenie sprzętu przestarzałego. W 2010 r., gdy do sprzedaży trafiło pierwsze takie urządzenie z logo Apple’a, ogłoszono rewolucję, bo tablety miały zniszczyć pecety, zmienić sposób, w jaki pracujemy, robimy interesy, komunikujemy się i spędzamy wolny czas. Od teraz wszystko miało być projektowane właśnie pod nie – nie szczędząc pieniędzy, wydawnictwa przygotowywały aplikacje, byśmy mogli na tabletach czytać gazety, banki – byśmy mogli z tabletów zarządzać pieniędzmi, telewizje – byśmy na tabletach mogli oglądać ich programy, studia produkujące gry wideo – byśmy rozrywki zażywali właśnie na tabletach. Ale ta rewolucja do dziś nie nastąpiła.
Owszem, na początku tablety namieszały na rynku. Jednak nie zmieniły naszych przyzwyczajeń. Na dodatek ten, kto miał je kupić, już to zrobił, a jak już kupił, to albo szybko się nimi znudził, albo ma ten sam sprzęt od kilku lat i nie planuje inwestycji w nowy, co dla rynku jest bardzo słabą wróżbą.
– Był taki czas, gdy chodziłem wszędzie z telefonem, tabletem i laptopem. Bo każde urządzenie przydawało mi się do czegoś innego. Jednak pierwszym sprzętem, z którego zrezygnowałem, był tablet – mówi nam Michał Stachowski, prezes Agitive, firmy, która specjalizuje się w tworzeniu aplikacji na urządzenia mobilne. I dodaje, że dziś największy ruch w jego biznesie robią użytkownicy smartfonów. – Cóż, tablety jeszcze nie umarły, ale też nie zawojowały świata, jak im to wróżono – dodaje. O wiele bardziej zdecydowaną opinię na ten temat ma Bogdan Wiciński, prezes firmy Manta, która przez ostatnie lata biznes robiła na produkcji i dystrybucji tanich tabletów. Kosztowały kilkaset złotych i świetnie się sprzedawały, także w dyskontach. Ale sprzedawać się przestały. Dziś Wiciński zarzeka się, że koniec mody na tablety jest nieunikniony, bo ich miejsce zajęły smartfony wyposażone w coraz większe ekrany.

Był moment, gdy chodziłem z telefonem, tabletem i laptopem. Jednak pierwszym sprzętem, z którego zrezygnowałem, był tablet

Początek końca ery tabletów zaczęto wróżyć już w 2013 r., jednak wtedy mało kto dawał im wiarę. Dziś pełno jest analiz i raportów wskazujących na zmierzch tabletowego boomu. W takim tonie utrzymany jest raport firmy analitycznej IDC. „Decyzja Apple, by rozszerzyć ofertę iPadów i jednocześnie obniżyć ich ceny, nie wystarczyła, by wrócić do świetnych wyników sprzedaży. Wprawdzie załamanie w tym segmencie rynku nie uderzy tak mocno ani w Apple, ani w Samsunga, ale to głównie dlatego, że skupiły one swoje wysiłki na rozwoju oferty smartfonów” – zauważa ekspert IDC Jitesh Ubrani. Jednak z drugiej strony twórcy aplikacji i eksperci od reklamy internetowej wciąż w tabletach widzą rozwojowy rynek. W ubiegłym roku reklama zaprojektowana na tablety w Polsce warta była już ponad 27 mln zł.
Cóż, tablety walczą o przeżycie, ale jedno już jest pewne: nie są pierwszym wynalazkiem, który z zapowiadanej innowacji zmieniającej świat przeistoczył się po prostu w gadżet.

Przyszłość, która nadeszła inaczej

W latach 30. ubiegłego wieku inżynierowie przekonywali, że domy przyszłości będą zbudowane z plastiku i materiałów syntetycznych. Dzięki temu obniżony zostanie koszt ich budowy, a budynki będą nie tylko komfortowe, lecz także czyste, ognio- i wodoodporne i wolne od szkodników. W latach 60. obiecywano, że wkrótce będziemy omijać korki na drogach dzięki latającym samochodom. W latach 90. analitycy przepowiadali turystyczne podróże w kosmos. I w 2001 r. Dennis Tito stał się pierwszym kosmicznym turystą (przyjemność doświadczenia stanu nieważkości na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej kosztowała go 20 mln dol.). I choć powstało kilka firm, które chcą oferować taką nieziemską przygodę, to jeszcze żadna z nich nie wysłała człowieka w kosmos.
Czyli wizje były, gorzej z ich realizacją. Zresztą podobnie jak i dziesiątek innych technologicznych przepowiedni z ostatniego stulecia. Wiele z tego, co miało być rewolucją, szybciej lub później okazywało się, nawet jeśli nie niewypałem, to po prostu krótkotrwałą modą. – Obiecywano nam latające samochody. A zamiast nich dostaliśmy wiadomości liczące 140 znaków – tak w tekście zatytułowanym „Co się stało z przyszłością?” pisał cztery lata temu Peter Thiel, twórca PayPal i szef Founders Fund, funduszu inwestującego w przedsięwzięcia technologiczne. Gregory Benford, autor „The Wonderful Future That Never Was: Flying Cars, Mail Delivery by Parachute and Other Predictions from the Past” (Wspaniała przyszłość, która nie nastała: latające samochody, poczta dostarczana spadochronami i inne przepowiednie z przeszłości) wydanej trzy lata temu, wymienia całą litanię pomysłów i wynalazków, które miały nam przynieść rewolucję, a szybko zostały zapomniane. Od najbardziej fantastycznych – jak choćby zrobione z azbestu czy szybowce zabierające na ziemię pasażerów z samolotów, by te nie musiały tak często lądować, po dosyć praktyczne rozwiązania – jak telefon połączony z telewizorem.
Ale tak naprawdę, jak zauważa Peter Thiel, z postępem technologicznym, który owocował wysypem nowych wynalazków, mieliśmy do czynienia tylko do 1969 r. Potem, wraz z lądowaniem Amerykanów na Księżycu, ten wynalazczy pęd spowolnił. Nie żeby nic się nie działo, lecz zamiast zmieniających społeczeństwo i po prostu codzienne życie wielkich nowości zaczął się wysyp technowinek. I trudno nie zgodzić się z tym rozumowaniem, bo do lat 60. świat zmieniał się w oszałamiającym tempie: od postępów w medycynie, dzięki którym średnia długość życia człowieka niemal wydłużyła się dwukrotnie, poprzez nowoczesne miasta z kanalizacją, wodociągami, prądem, transportem samochodowym i lotniczym, telefony, kino, radio, telewizję, lodówki, przez energię atomową, aż po loty kosmiczne. Od tamtej pory do dziś pojawiły się właściwie tylko dwa naprawdę przełomowe wynalazki. Coraz powszechniejszy i szybszy internet oraz domowe komputery.

Era gadżetów

Gros wynalazków ostatnich dekad to rzeczywiście gadżety. I to gadżety, które równie szybko jak się pojawiły, tak szybko popadły w zapomnienie. Taki los spotkał walkmany, po nich discmany, a potem odtwarzacze mp3, które zostały uśmiercone przez smartfony. Tak było z pagerami, które zastąpiły komórki, a którym koniec dały znowu smartfony. To zresztą nie jest nowe zjawisko. Takie „przejściówki” to norma w zmieniającym się świecie. Tak choćby było z lampą naftową, która zanim na dobre podbiła świat, została wyparta przez elektryczność.
Ale ostatnie lata to naprawdę era gadżetów, które miały świat zmieniać, ale nie weszły nawet do szerszej produkcji. Takich choćby jak płyty DivX. W skrócie było to skrzyżowanie DVD, systemu pay-per-view oraz wypożyczalni wideo. Na DivX film był dostępny przez 48 godzin, a jeżeli nie przedłużyło się subskrypcji, sam się usuwał, więc płytę można było wyrzucić. Jako że równolegle pojawiły się o wiele bardziej praktyczne płyty DVD, pomysł nie przetrwał nawet roku.
Podobnie było z aż za bardzo rewolucyjnym jak na swoje czasy urządzeniem Apple Newton, kieszonkowym komputerem z 1993 r. Miał on możliwość obsługi poczty elektronicznej i faksu, ekran dotykowy i rysik do jego obsługi. Jednak był drogi i jak na tamte czasy nieprzydatny szerszemu gronu odbiorców, więc się nie przyjął. Wcale nie lepszy los spotkał segwaye. Pamiętacie? W 2001 r., gdy oficjalnie się pojawiły, wzbudziły entuzjazm. Te nowoczesne hulajnogi, jak je nazywano, miały zmienić sposób naszego poruszania się i architekturę miast. Na segwayu hulał m.in. prezydent Aleksander Kwaśniewski, skutecznie umykając biegającej za nim po hali grupie ochroniarzy. Zresztą radził sobie przy tym znacznie lepiej niż prezydent USA George W. Bush, który przewrócił się na segwayu (choć producent urządzenia twierdził, że to niemożliwe).
Pierwszy pojazd sprzedano tuż po premierze na aukcji za astronomiczną kwotę 120 tys. dol., a eksperci wieścili, że firma osiągnie miliard dolarów przychodów szybciej niż jakakolwiek korporacja w historii. Mylili się. W 2003 r. przychody wyniosły zaledwie 25 mln dol., bo łącznie sprzedano w szczycie zainteresowania 6 tys. sztuk pojazdu. Segwaye pozostały ciekawostką wykorzystywaną przez pracowników dużych lotnisk, wynajmowaną turystom czy uczestnikom zabaw integracyjnych.
Niemal identyczna jest historia Google Glass, czyli połączenia okularów z komputerem. Pojawiły się na rynku, zrobiły furorę wśród gadżetomaniaków, kusząc ich spełnieniem wizji o rozszerzonej rzeczywistości. W odpowiedzi analitycy zaczęli snuć wizje zrewolucjonizowanej przyszłości, a deweloperzy rzucili się do przygotowywania specjalnych aplikacji. Ale Google nagle wycofał się z projektu. Korporacja zapewnia, że do niego powróci, jednak na razie okulary rozszerzonej rzeczywistości przepadły podobnie jak walkmany.

Anatomia wynalazku

Dlaczego wszystkie te urządzenia się nie przyjęły? Dlaczego 5 lat po pojawieniu się tabletów mówi się o ich zmierzchu? By odpowiedzieć na te pytania, trzeba poznać proces upowszechniania się wynalazków. Jednym z najlepszych przykładów jest porównanie drogi, którą przeszły dwa konkurencyjne środki lokomocji. Oba oparte na locie i w pewnym momencie równie popularne: samoloty i sterowce. Jak to się stało, że te pierwsze wygrały, choć te drugie były bardziej komfortowe? Peter Senge, autor książki „Piąta dyscyplina”, uważa, że kiedy w 1903 r. bracia Wright udowodnili, że możliwe jest stworzenie latającej konstrukcji z własnym napędem, był to tylko działający w warunkach laboratoryjnych wynalazek. Trzeba było prawie trzech dekad, by udało się go wprowadzić do produkcji na skalę przemysłową, a więc by stał się innowacją. A i tak potrzebnych było jeszcze kolejnych kilkanaście lat, by konstrukcje samolotów dopracować i uczynić je bezpieczniejszymi.
Sterowce, gdy samoloty dopiero raczkowały, były wykorzystywane w lotach pasażerskich. Końcem ich kariery była katastrofa „Hindenburga” w 1937 r., w której zginęło 36 osób. Czyli sterowce, uważa Senge, nie były jeszcze innowacją na tyle dopracowaną, by mogły służyć nam komercyjnie. I nie dostały czasu na unowocześnienie. Bo choć swoje do ich klęski dołożyła amerykańska propaganda, która wykorzystała katastrofę w celu zniszczenia niemieckiej myśli technicznej (w trosce o swój przemysł USA nałożyły embargo na nazistowskie Niemcy), niewątpliwe za ich ostatecznym krachem stało w dużej części to, że wyprzedziły swoją epokę, że była to technologia, nad którą nie potrafiono wówczas w pełni zapanować.
Takie problemy to zresztą nie nowość. Heron z Aleksandrii już ok. 100 r. p.n.e. wynalazł coś, co można uważać za prosty silnik parowy, jednak o wykorzystanie wynalazku w ogóle nie zabiegał. Podobnie było z Charlesem Babbage’em, czyli niespełnionym wynalazcą pierwszego komputera. Opracował projekt maszyny analitycznej, ale nie umiał jej wyprodukować. Bo nie było wówczas potrzebnej do tego technologii.
A wracając do tabletów. Przejściówka czy falstart? – Mój teść, który kupił sobie tani sprzęt, zraził się do niego kompletnie. Dla niego więc tablety to pewnie niedopracowany, za wcześnie wypuszczony bajer – Michał Stachowski zamyśla się: – Jednak sporo namieszały na rynku. I mogą jeszcze namieszać – dodaje. Tak choćby, jak we wspomnianym „Kingsman”, gdy londyńska taksówka, którą jedzie Eggsy, niespodziewanie sama rusza. Okazuje się, że to Harry zdalnie nią kieruje za pomocą aplikacji na „przestarzałym” tablecie.