- Wielu prokuratorów nie rozumie, że praktyka spółdzielcza ma się nijak do teorii. I że mitem jest, iż można po prostu odwołać prezesa - mówi w wywiadzie dla DGP Halina Stankiewicz, likwidator Spółdzielni Mieszkaniowej Sokolnia w Sosnowcu.
Zbliża się okres walnych zgromadzeń w spółdzielniach mieszkaniowych. Ministerstwo Sprawiedliwości przyznaje, że prawo wymaga zmian, by prezesi przestali być wszechpotężni. Nieprawidłowości w spółdzielniach mieszkaniowych to powszechny problem czy też po prostu nagłaśniane ponad miarę jednostkowe przypadki, a zainteresowani chcą zbić na tym polityczny kapitał?
Patologii jest dużo. Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że jedynie ok. 30 proc. spółdzielni jest zarządzanych sensownie. W pozostałych są większe lub mniejsze nieprawidłowości. Czasem drobne, ale często to bardzo poważne kwestie, wręcz o kryminalnym charakterze. Tak zresztą było w Sokolni, której jestem likwidatorką. Sprzedawano w niej mieszkania z „ludzką wkładką” – czyli robiono to, co znamy z przykładów dzikiej reprywatyzacji. A sprawa wyszła na jaw dopiero po latach, bo władze spółdzielni długo kluczyły, ukrywały szczegóły transakcji.
Reklama
Mieszkańcy skarżą się na brak jawności. Rzeczywiście prezesi spółdzielni chcą wszystko ukrywać?
Zdecydowana większość boi się jawności. Nie chcą pokazywać, w jaki sposób zarządzają spółdzielnią. I nie dziwię się. Skoro są nieprawidłowości, standardem jest zlecanie usług za zawyżone ceny, obliczanie opłat za lokale według widzimisię prezesów, to nie ma się czym chwalić. Z punktu widzenia prezesów lepiej więc odpowiadać na wszystkie pytania, że „się nie da”. To oczywiście patologia. Członek spółdzielni ma prawo zajrzeć we wszelkie dokumenty, sprawdzić, z czego wynikają opłaty, które musi uiszczać, zapoznać się z dokumentami przetargowymi.

Reklama
Nie da się tego prawa wyegzekwować?
W teorii się da. Rzeczywistość wygląda gorzej. Ze spółdzielcami, którzy próbują walczyć o swoje prawa, mam stały kontakt. Wielu z nich występuje do sądów o nakaz udostępnienia przez spółdzielnię dokumentów oraz ukaranie prezesów za nieudostępnianie danych. I zapadają wyroki, w których prezes zostaje zobowiązany do zapłacenia 100 zł grzywny. Przecież to kpina. Powszechnie wiadomo, że prezesi spółdzielni zarabiają bardzo dużo. Kary powinny zatem być dostosowane do ich zarobków, tak by zniechęcały do ponownego łamania przepisów. Ponadto sądy – w sprawach dotyczących niegospodarności – powinny oceniać wysokość szkody, która powstała. I osoby zarządzające spółdzielnią powinny być zobowiązane do jej naprawienia z własnego majątku. Po to była zatwierdzana ustawa o konfiskacie rozszerzonej, by można było z niej korzystać. Jeżeli się tego nie uporządkuje, nie będzie odpowiedzialności, natychmiastowej utraty stanowisk, to dalej będziemy brnąć w ślepy zaułek poddanych – członków spółdzielni pracujących na prezesów i rady nadzorcze. Bo one w bardzo wielu przypadkach też w to są zamieszane.
Ale co mają rady nadzorcze do nieudostępniania dokumentów?
Jeżeli prezesowi wymierzono grzywnę prawomocnym wyrokiem sądowym, nawet na poziomie 100 zł, to czy nie powinno się go natychmiast odwołać ze stanowiska? Przecież został skazany za naruszenie przepisów i działanie wbrew interesowi spółdzielców. Dlaczego rada nadzorcza nie odwołuje takiego prezesa? Ma przecież takie kompetencje.
Bo to często jedna ekipa, która podzieliła się stanowiskami. Trudno odwołać kolegę...
O, właśnie! W spółdzielniach mieszkaniowych mamy do czynienia z absurdalną sytuacją, w której organ zwierzchni jest uzależniony od tego, kogo kontroluje. Rada nadzorcza powinna kontrolować zarząd, ale tego nie robi, bo zazwyczaj trafiają do niej osoby wybierane w praktyce przez prezesa zarządu, który jest panem i władcą spółdzielni. I boją się sprzeciwić, bo wiedzą, że sprzeciw może skutkować utratą stanowiska, a co za tym idzie – zarobku. W efekcie prezesi są mocno powiązani z członkami rady nadzorczej. Ręka rękę myje. Proszę zwrócić uwagę na absurd sytuacji w spółdzielniach: w zarządzie zasiadają nawet przez kilkadziesiąt lat te same osoby. Często są to ludzie – trzeba im to oddać – wykształceni, wygadani. Natomiast rady nadzorcze najczęściej składają się z emerytów, którzy nigdy niczym nie zarządzali. Dlaczego tak jest? Bo takie osoby są zadowolone z samego bycia w radzie i pobierania wynagrodzenia. Nie ma za to mowy o jakiejkolwiek kontroli.
Da się to jakoś zmienić?
Będzie ciężko, ale widzę światełko w tunelu. Udało mi się doprowadzić do wydania prawomocnego wyroku karnego przeciwko członkowi rady nadzorczej w Sokolni za niedopełnienie obowiązków i przekroczenie uprawnień. Chyba jedyna tego typu sprawa w Polsce, świeża, wyrok sprzed kwartału. Otóż członek rady nadzorczej w Sokolni został skazany na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu, a dodatkowo sąd zobowiązał go do częściowego naprawienia szkody – musi zapłacić zasądzone przez sąd odszkodowanie.
Za co?
Sprawa była skrajnie bulwersująca. Problemy lokatorów rozpoczęły się w 2009 r. Chcieli oni wykupić zakładowe mieszkania na własność. Wpłacili kilku- lub kilkunastotysięczne zaliczki. Niebawem dowiedzieli się, że bez ich wiedzy spółdzielnia hurtowo sprzedała bloki i kamienice wraz z lokatorami. Wpłacone pieniądze przepadły. Chodziło o sprzedaż 881 mieszkań w ciągu trzech lat. Najwięcej, bo ponad 800 lokali, kupił za bezcen nabywca „hurtowy”, któremu zostały sprzedane zasiedlone lokale mieszkalne. Za pojedynczy lokal płacił 4–6 tys. zł. Następnie z zyskiem odsprzedawał mieszkania innym biznesmenom. Wierzę, że w środowisku spółdzielczym o tym wyroku zacznie się mówić. Być może część członków rad nadzorczych zobaczy, że wcale nie są nie do ruszenia. I przymykanie oczu na nieprawidłowości, a nawet uczestniczenie w nich, może się bardzo źle dla nich skończyć.
Na czym prezesi tak zarabiają, jeśli nie sprzedają mieszkań z lokatorami znajomym?
Ci uczciwi po prostu mają niezłą pensję. 10–15 tys. zł to bardzo godziwe wynagrodzenie, większość prezesów miałoby kłopot, żeby znaleźć tak dobrze płatną pracę.
A ci nieuczciwi?
Spółdzielnie organizują przetargi, często na wiele milionów złotych. A to daje – przy założeniu, że organizujący jest nieuczciwy – duże pole manewru. Pamiętajmy też, że spółdzielnie nie są nijak związane prawem zamówień publicznych. W efekcie zdarzają się przypadki, gdy dana firma wygrywa po zawyżonej stawce. A nadwyżką – jak się można domyślać – dzieli się z tym, kto tę wygraną umożliwił. Ponadto kierownictwo może podpisywać umowy cywilnoprawne, np. na wykonanie określonych prac. A potem sprawdza, czy dane prace zostały wykonane. Bardzo łatwo w ten sposób wyprowadzić pieniądze. Dowiedzą się o tym jedynie prezes, główna księgowa oraz ten, kto wygrał przetarg bądź podpisał lewą umowę. Rada nadzorcza, choćby naprawdę chciała, nie ma skutecznych narzędzi, aby sprawdzić wszystkie umowy o dzieło oraz to, czy rzeczywiście prace zostały wykonane. Tym bardziej członkowie spółdzielni – w tym zakresie są bezsilni.
Zatrudnia się rodzinę i znajomych?
Oczywiście. W wielu spółdzielniach pracują całe rodziny. Prezes decyduje o tym, kogo zatrudnić, komu dać premię, dodatkowe zlecenie, jaka firma wygra przetarg na remont balkonów, a jaka założy na terenie spółdzielni monitoring. Dostrzegam też, że coraz chętniej prace, które mogliby wykonywać pracownicy spółdzielni – np. prowadzenie windykacji lub księgowość – są zlecane zewnętrznym firmom. I bynajmniej nie jest taniej. W ten sposób łatwiej uniknąć oskarżeń o nepotyzm. Przecież prezes nie odpowiada za to, że w firmie, która wygrała przetarg, akurat dziwnym trafem pracują jego dzieci.
I dlatego, że prezes rozdaje stanowiska i zlecenia, standardem jest, że sprawuje swoją funkcję przez kilkadziesiąt lat?
To jeden z powodów. Prezesi są wręcz przyspawani są do stołków. Siedzą na nich, ile się da. Dopiero gdy widzą, że przesadzili i albo zajmie się nimi prokurator, albo zdenerwowani mieszkańcy zrobią im krzywdę, oznajmiają, że czas przejść na emeryturę. I wtedy – niestety – najczęściej ludzie zapominają, że dobrze by było doprowadzić do postawienia takiego „emeryta” przed sądem. Drugi powód to brak zaangażowania się spółdzielców. Większość narzeka, ale ostatecznie akceptuje to, że jest źle i że ich kosztem wąska grupa dorabia się fortun.
Dlaczego ludzie się nie angażują nawet wtedy, gdy widzą przekręty?
Nie wiem. Może się boją? Może uważają, że ich sprzeciw i tak nic nie da? Faktem jest, że się nie angażują. To, że w Sokolni ludzie zaczęli walczyć z oszustwami, jest zasługą garstki najemców mieszkań. Zostało sprzedanych ponad 850 mieszkań wraz z lokatorami, a tylko 10 osób walczyło o swoje prawa! Na wszystkie rozprawy sądowe chodziło na przemian właśnie te 10 osób. Pozostali co najwyżej dzwonili z pytaniami, czy coś się dzieje w sprawie. Ale żeby coś zrobić, to nie. Ludzie zawsze mają wytłumaczenie: a to nie ma czasu, a to ma kogoś chorego w rodzinie, a to się boi, że mu zabiorą mieszkanie, które przecież już mu w zasadzie zabrali. Często pojawia się też argument „co ja jeden mogę zmienić?”. A przecież jest różnica, czy protestuje 10 czy 200 osób.
Na walnych zgromadzeniach frekwencja też na ogół jest mizerna. I w ten sposób utrzymuje się status quo.
Tu sprawa dodatkowo się komplikuje, bo skoro ludzie widzą, że przez 20 lat nie udało się przegłosować ekipy prezesa, no to w 21. roku na pewno też się nie uda. Kłopotem jest również to, że gdy na walnych rzeczywiście większość ma ekipa prezesa, to zainteresowanych spółdzielców, dopytujących o szczegóły, spotyka agresja ze strony stronników aktualnego kierownictwa. Ba, nawet ludzie teoretycznie przeciwni władzom często mówią „a po co pan/pani przedłuża, idźmy już do domu”. Efekt jest taki, że za aktywizm, chęć dowiedzenia się czegoś o swojej współwłasności, dostaje się po głowie.
Jak się temu przeciwstawiać?
Na poziomie pojedynczego spółdzielcy – pisać pisma. Do nadzoru budowlanego, do prokuratury, do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Informować urzędników o nieprawidłowościach. Czy to coś da? Pewnie niewiele, ale z doświadczenia wiem, że czasem urząd przeprowadzi kontrolę. A wtedy, gdy wyjdą nieprawidłowości, władze spółdzielni dostosują się do zaleceń pokontrolnych, bo będą się bały konsekwencji.
Prokuratury w całym kraju umarzają niemal wszystkie sprawy dotyczące spółdzielni mieszkaniowych, wskazując, choć ładniejszymi słowami, że skoro spółdzielcy wybrali sobie takie władze, to teraz mają za swoje.
To prawda, tak jest bardzo często. Wielu prokuratorów nie rozumie, że praktyka spółdzielcza ma się nijak do teorii. I że mitem jest, iż można po prostu odwołać prezesa. Tak było z prokuraturą w Sosnowcu, ale już śledczy w Katowicach, którzy zajmowali się sprawą Sokolni, okazali się świetnymi, wnikliwymi funkcjonariuszami. Okazuje się, że nie wszystkie prokuratury dążą do umorzenia sprawy, by mieć mniej pracy. Inna rzecz, że zanim sprawa trafiła do Katowic, wspomniana przeze mnie garstka mieszkańców zrobiła wielki szum medialny. Nie wychodzili z lokalnych telewizji i rozgłośni radiowych, informowali o oszustwach prasę. Na pewno takie działania pomogły w tym, by prokuratorzy wnikliwiej przyjrzeli się sprawie.
A może rozwiązaniem byłoby stworzenie w Polsce przy którejś z prokuratur regionalnych jednego zespołu wyspecjalizowanego w sprawach spółdzielczych? Wszystkie sprawy dotyczące nieprawidłowości spółdzielczych kierowane byłyby właśnie tam.
Ale trzeba by umiejętnie stworzyć ten system, bo pamiętajmy, że dobrze prowadzona sprawa spółdzielcza wymaga przesłuchania kilkudziesięciu, a niekiedy nawet kilkuset osób. Źle by się stało, gdyby spółdzielcy musieli jechać przez całą Polskę, aby złożyć zeznania. Dlatego wyobrażam to sobie tak, że większość czynności zleconych przez taką specgrupę wykonywaliby śledczy na miejscu. Ustalenia przekazywaliby do tej jednostki i ona dalej prowadziłaby sprawę. No i jeszcze jedno: aby to miało sens, kierownictwo prokuratury musiałoby podejść poważnie do tematu. Krótko mówiąc, takiej specgrupie trzeba by zapewnić pewien budżet na działanie.
Czy mieszkańcy mają realną możliwość kontrolowania finansów spółdzielni?
Najczęściej dokumentacja jest udostępniana do wglądu w siedzibie spółdzielni. To celowe działanie, bo zainteresowany człowiek dostaje plik dokumentów i może sobie stanąć przy stoliczku i je przeglądać. A przy nim siedzi pracownik spółdzielni, który niby zajmuje się swoją pracą, ale tak naprawdę patrzy, co spółdzielca robi. Działa psychologiczny mechanizm – ten ktoś od samego początku myśli o tym, by jak najszybciej wyjść. Bo i niewygodnie, i nie chce przeszkadzać pracownikowi. Często też dochodzi zniechęcenie, bo „jak ja mam znaleźć to, czego szukam, w tych 20 segregatorach?”. Jest też kombinowanie na bilansach i rachunkach zysków i strat. Każdy budynek, zgodnie z prawem spółdzielczym, powinien być rozliczany odrębnie i dopiero jako część składowa znajdować odzwierciedlenie w bilansie całej spółdzielni. Tymczasem wielu prezesów nie chce przekazywać tych rozliczeń cząstkowych. Odmawia się pokazywania planów remontowych, dokumentów przetargowych. Daje się sam bilans, z którego niewiele wynika.
Załóżmy, że spółdzielca znajduje nieprawidłowości. Co wtedy powinien zrobić?
Pisać. Tak jak mówiłam: do nadzoru budowlanego, do prokuratury. A nuż trafi na sensownego urzędnika lub śledczego.
Tyle że nie jest łatwo znaleźć nieprawidłowości. Nie wszyscy są księgowymi, prawnikami…
To oczywiście kłopot, bo w spółdzielniach są całe działy księgowości, a większość mieszkańców nie zrozumie, co one wytworzyły. Sama mieszkam w spółdzielni mieszkaniowej. I jako ekonomista z wieloletnim doświadczeniem zawodowym bez udostępnienia przez spółdzielnię dokumentów źródłowych mogłabym mieć trudności z prawidłowym zinterpretowaniem dokumentów finansowych, więc moja kontrola legalności działania prezesa jest fikcją. Spółdzielnia nie udostępnia bowiem żadnych dokumentów źródłowych, zasłaniając się tajemnicą handlową. Natomiast warto działać na miarę swoich możliwości. Przykładowo należy porównywać dokumenty finansowo-księgowe z dokumentami technicznymi. Warto sprawdzać, czy projekt robót zgadza się z zakresem robót wykonanych. Zsumować poszczególne pozycje i zobaczyć, czy wynik jest zgodna z tym, co znajduje się w udostępnionym dokumencie. Moim zdaniem aktywny spółdzielca powinien raz na jakiś czas zainteresować się konkretnym wątkiem i sprawdzić ten wycinek. Nie należy łapać się od razu za wszystko, bo rzeczywiście nic z takiej kontroli nie wyjdzie. Czyli – przykładowo – jeśli zainstalowano ostatnio w bloku windę, to sprawdźmy, ile kosztował sam dźwig, ile montaż. I czy na fakturze nie ma dwóch dźwigów. Takie banały. Ale zapewniam, że na tych najprostszych kwestiach widać już wiele nieprawidłowości.
Może rozwiązaniem jest zakładanie wspólnot?
Tyle że obecnie wydzielenie wspólnoty dla danej nieruchomości jest niemal niemożliwe. Zgodnie z prawem spółdzielczym 100 proc. mieszkań musi być przekształconych we własność. A jeśli jest ich mniej, potrzebna jest zgoda spółdzielni. Która spółdzielnia zgodzi się na odejście od niej wielu lokatorów wraz z mieszkaniami, a tym samym na niższe zarobki? Jestem przekonana, że tak ograniczona możliwość wydzielania wspólnot z zasobów spółdzielczych jest niezgodna z konstytucją. Ustawa o gospodarce nieruchomościami podchodzi do zawiązywania wspólnot liberalnie. Powstają one z mocy prawa przy sprzedaży pierwszego mieszkania gminnego, pozakładowego lub wojskowego. Tymczasem prawo spółdzielcze w zasadzie uniemożliwia ich utworzenie. Tym samym właściciele mieszkań spółdzielczych są traktowani gorzej od właścicieli innych typów lokali mieszkalnych.
Dlaczego ustawodawca tego nie zmienił?
A żebym ja wiedziała... Mogę się jedynie domyślać. Lobby spółdzielcze jest w Polsce bardzo silne. Krajowa Rada Spółdzielcza oraz spółdzielcze związki rewizyjne zrobią wszystko, by nie pozbawić ich wpływów. Bądź co bądź, dziś ponad 8 mln Polaków mieszka w zasobach spółdzielczych. Ustawodawca – i mówię tu o każdej władzy, nie tylko o obecnej – boi się naruszyć status quo. Obawia się widocznie podpaść tak silnej grupie, jaką są prezesi spółdzielni. Wiem, że może to brzmieć kuriozalnie, ale to jeden z największych rynków w kraju! To niesłychanie silna grupa, która przez lata wyrobiła sobie wiele znajomości i wpływów.
A jednak w każdej kadencji Sejmu są wprowadzane nowelizacje mające wzmocnić pozycję zwykłego spółdzielcy.
Wszystkie zmiany, które zostały wprowadzone w ostatnich kilkunastu latach, są kosmetyczne. W niczym nie pomogły spółdzielcom lub pomogły w niewielkim stopniu. Wiele z nich to zresztą realizacja wyroków Trybunału Konstytucyjnego, który wskutek skarg rzecznika praw obywatelskich zobowiązywał polityków do zmiany przepisów. Ba, kilka dni temu nawet był wyrok TK, w którym wskazano, że w ostatniej dużej nowelizacji ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych wzmocniono pozycję prezesów, zamiast ją osłabić. Ustawodawca rzekomo się pomylił przy pisaniu przepisów. Nie jest potrzebne wprowadzanie drobnych korekt, trzeba gruntownie zreformować regulacje o spółdzielniach mieszkaniowych. Trzeba uciąć łeb Hydrze.
Co trzeba zmienić?
Rzecz kluczowa: podporządkować przepisy ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych przepisom ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami w zakresie tworzenia wspólnot mieszkaniowych. Co by to oznaczało? Że niezadowoleni spółdzielcy mogą utworzyć wspólnotę. I wtedy prezes ma dwa wyjścia: albo będzie dobrze zarządzał wspólną własnością, albo zaraz nie będzie miał czym zarządzać. Jestem przekonana, że dobrze wpłynęłoby to na profesjonalizację działania polskich spółdzielni mieszkaniowych. Nie jest bowiem tak, że ludzie za wszelką cenę chcieliby odchodzić i zakładać małe wspólnoty. Dobrze zarządzana spółdzielnia ma swoje niezaprzeczalne atuty. Przykładowo zakup 100 wind powinien być zawsze tańszy od kupna dwóch. Kłopot polega na tym, że dziś wspólnoty za każdy z tych dwóch dźwigów płacą mniej niż spółdzielnia za każdy ze stu.
Dziennik Gazeta Prawna
Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje właśnie nad zmianami prawa spółdzielczego. Chce umożliwić udział w walnym zgromadzeniu przez internet, co miałoby zwiększyć możliwość wyboru takich władz, jakich ludzie oczekują. To pomoże?
Moja podstawowa wątpliwość jest taka, czy zapowiedziana ustawa w ogóle zostanie uchwalona. Interweniowałam w Ministerstwie Sprawiedliwości w sprawie Sokolni i skończyło się na obietnicach. Oczywiście każdy sposób na zwiększanie zainteresowania ludzi sprawami spółdzielczymi jest dobry. Może to być też głosowanie przez internet. Natomiast obawiam się, że zrobi się z tego plebiscyt i wybierani będą ci najładniej przemawiający. A często prezesi lub ich poplecznicy naprawdę ładnie mówią. Szkopuł w tym, że w sprawie polskiej spółdzielczości najwyższy czas zacząć coś robić. Mówienia przez ostatnie 30 lat było aż za dużo.