Przedsiębiorcy pytają ekspertów o zabezpieczenia przed nieuczciwymi kontrahentami i pomoc z UE
Reklama
Gdzie sprawdzać kandydatów na kontrahentów?
Andrzej Łącki (prezes KRD): Oprócz tego, by weryfikować kontrahenta w rejestrze długów, namawiam do tego, żeby sprawdzać przed podpisaniem kontraktu, z kim mamy do czynienia. Warto korzystać z różnych dostępnych źródeł informacji. Mam tu na myśli sprawdzenie w Krajowym Rejestrze Sądowym, czy osoba, z którą mamy do czynienia, jest prawnie umocowana do tego, żeby zawrzeć z nami umowę. Sprawdzajmy też w Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczej, czy firma, z którą mamy współpracować, w ogóle istnieje.
Jak sprawdzić kontrahenta z zagranicy?
Andrzej Łącki (prezes KRD): Z tym też nie ma większego problemu. Krajowy Rejestr Długów ma zawarte umowy z partnerami zagranicznymi, np. z niemieckim biurem informacji gospodarczej i kredytowej SCHUFA, najstarszą tego typu instytucją na świecie. Dzięki temu polscy przedsiębiorcy mogą pobrać informacje na temat partnerów niemieckich. Rozwijamy w tej chwili współpracę z naszymi odpowiednikami z innych krajów i raporty z tych biur będą już w najbliższym czasie dostępne przez Krajowy Rejestr Długów. W pierwszej kolejności będą to rynki anglosaskie, na razie jest trudniej z rynkami krajów zza naszej wschodniej granicy.
Przygotowywana zmiana prawa ma pozwolić na ujawnianie informacji o zaleganiu z należnościami wobec państwa – podatkami czy składkami na ZUS. Jak to może wpłynąć na przejrzystość naszego rynku?
Bartosz Groele (wiceprezes Instytutu Allerhanda): Informacji o kontrahentach, jakie możemy uzyskać w Polsce zgodnie z prawem, nie ma zbyt wiele. Zależą w dużej mierze od formy prawnej, jaką przyjmuje dany podmiot. W Krajowym Rejestrze sądowym np. są informacje o spółkach kapitałowych, nie ma natomiast danych o osobach prowadzących działalność gospodarczą. Dlatego projektowane zmiany oceniamy bardzo pozytywnie. Powinniśmy bowiem mieć informację, jeśli ktoś nienależycie wykonał swoje zobowiązania. Każde źródło informacji, a takim będzie także wiadomość o niedopełnieniu zobowiązań publicznoprawnych, jest dobre, pod warunkiem że nie będzie naruszać interesów tego kontrahenta, czyli udostępnienie informacji będzie się odbywać na mocy prawomocnych procedur, a osoba zainteresowana będzie się mogła ustosunkować do sprawy.
Jak zmienią się zasady funkcjonowania pomocy ze środków unijnych w nowej perspektywie finansowej?
Adam Hirny (ekspert Polseff, BNP Paribas Bank): W nowej perspektywie finansowej będziemy mieli mniej dotacji bezpośrednich. Ciężar zostanie przeniesiony w kierunku instrumentów zwrotnych, gwarancji i poręczeń Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego. Będą poręczenia gwarantujące różnego rodzaju projekty hight-tech, być może sprzężone z kredytem technologicznym.
Czy gwarancja de minimis BGK może się okazać pomocna przy poszukiwaniu kredytu np. na inwestycje w projekty ochrony środowiska ze wsparciem unijnym?
Hirny: Każdy bank jest zadowolony, jeżeli klient przedstawia mu dodatkowe zabezpieczenia, zwłaszcza jeśli jest to gwarancja BGK. Dobrą informacją jest to, że można łączyć gwarancję de minimis z takim dofinansowaniem jak premia inwestycyjna z Polseffu. Obie te formy są rodzajami gwarancji de minimis. Przy milionowym kredycie dofinansowanie może wynieść do 150 tys. euro. Przy gwarancjach limit wynosi 60 proc. Przy 4 mln zł kredytu gwarancje mogą więc wynieść maksymalnie 2,4 mln zł. Pomoc de minimis to 13 proc. tej kwoty przemnożone przez okres trwania kredytu.
Jak należy rozumieć pojęcie innowacyjności wymaganej do przyznania pomocy ze środków unijnych?
Bartosz Groele: Według praktyki sprzed paru lat stwierdzenie innowacyjności miało charakter zero-jedynkowy. Nie było trudno znaleźć kogoś, kto potwierdził, że jakiś projekt jest innowacyjny. Instytucje, które zajmowały się rozdzielaniem pomocy, chciały z kolei robić to rzetelnie. Tak naprawdę mieliśmy do czynienia z rozgrywką między przyznającymi środki i tymi, którzy chcieli je pozyskać. Kryteria się zmieniały, w niektórych działaniach na początku wystarczyło mieć patent i opinię o innowacyjności, potem, po zaostrzeniu kryteriów, instytucje przyznające dotacje zastrzegały sobie możliwość oceny stopnia innowacyjności, jej gradacji, a na koniec odpowiedzialni za projekty, które zostały zakwalifikowane na podstawie pisemnego wniosku, byli jeszcze przepytywani na panelu ekspertów. Często nie tylko ze swoich projektów, lecz także np. sposobu wyceny wartości maszyn, wiarygodności finansowej firmy, pochodzenia kapitału itd. W dużej mierze chodziło o ustalenie, czy firma jest podmiotem, który rzeczywiście jest w stanie udźwignąć tak dużą inwestycję. Proces oceny sprowadza się do tego, by wyodrębnić projekty ciekawe pod względem poziomu nowoczesności i nie finansować inwestycji, których wspieranie zakończyłoby się fiaskiem i dla instytucji odpowiedzialnych za rozdzielanie unijnych środków, i dla wnioskodawców, którzy przecież muszą też zainwestować.