Członek RN musi się liczyć z tym, że sąd uzna jego rezygnację za skuteczną dopiero od pewnego momentu. Na przykład od chwili, gdy zapozna się z nią walne zgromadzenie akcjonariuszy. Zgodnie z kodeksem spółek handlowych rada nadzorcza musi liczyć co najmniej 3, a w spółkach publicznych co najmniej 5 członków.
Co w sytuacji gdy jest ich mniej, niż przewidują ustawa lub statut przedsiębiorstwa? W giełdowej firmie FAM Grupa Kapitałowa członek RN złożył rezygnację z funkcji 2 czerwca 2014 r., lecz spółka uznała ją za bezskuteczną. Wzięła pod uwagę, że w innym przypadku prowadziłaby ona do dekompozycji organu nadzoru – liczba członków byłaby niższa od wymaganej ustawą. GK FAM powołała się na orzeczenia sądów.
Reklama

Reklama

Skutki rezygnacji

Przepisy mówią tyle: mandat członka rady nadzorczej wygasa – analogicznie do mandatu członka zarządu – wskutek odwołania, śmierci albo rezygnacji. Kiedy ta ostatnia wywiera skutek: od chwili złożenia czy wówczas, gdy organ, który powołał nadzorcę (np. walne zgromadzenie), zapoznał się z jej treścią? Brak regulacji powodował, że przez lata akcjonariusze spółek, w tym publicznych, stosowali i czasem wciąż stosują specyficzny mechanizm paraliżujący. Rezygnacja jednego reprezentującego ich członka RN powodowała, że skład rady topniał poniżej wymaganego przez ustawę lub statut minimum. Uznawano tym samym, że nie może ona funkcjonować, zwłaszcza podejmować uchwał (np. o zmianach w zarządzie). Wystarczyło, że rezygnacja była składana wobec jednego członka zarządu lub prokurenta (zgodnie z art. 373 par. 2 k.s.h.).

Zwrot o 180 stopni

Sytuacja zmieniła się dopiero wraz z kolejnymi orzeczeniami sądowymi w takich sprawach. Sąd Najwyższy w wyroku z 9 maja 2012 r. (sygn. akt V CSK 223/11) stanowczo odrzucił koncepcję stosowania art. 373 par. 2 k.s.h. w przypadku rezygnacji składanych przez członków rady nadzorczej. Przepis dotyczy bowiem stosunków zewnętrznych spółki i jej reprezentacji wobec osób trzecich. Tymczasem składanie oświadczeń spółce przez członków jej organów dotyczy stosunków wewnętrznych. Sąd Najwyższy stwierdził więc, że rezygnacja powinna być złożona organowi powołującemu na stanowisko i będzie skuteczna z chwilą, w której organ ten będzie mógł się zapoznać z oświadczeniem woli.
Podobnie zgodnie z wyrokiem SN z 24 maja 2013 r. (sygn. akt V CSK 313/12), w sytuacji gdy rezygnacja prowadzi do tego, że skład rady kurczy się poniżej minimum określonego w ustawie lub statucie, należy uznać, że staje się ona skuteczna dopiero, gdy zapozna się z nią walne zgromadzenie. Nadzorca musi się liczyć z tym, że jego stosunek członkostwa w RN ustanie dopiero w chwili, gdy zgromadzenie zapozna się z jego oświadczeniem woli. Jak podkreślił SN, takie rozwiązanie pozwala zapobiec nadużywaniu uprawnienia do rezygnacji i dezorganizowaniu funkcjonowania spółki. Sąd podkreślił, że jeżeli rezygnacja nie powoduje dekompozycji rady, wystarczy, by zapoznał się z nią zarząd, który podejmie decyzję, czy jest ona skuteczna z tą chwilą, czy też – z uwagi na ochronę interesów firmy – z chwilą zapoznania się z nią przez organ, który powołał nadzorcę (czyli co do zasady przez walne zgromadzenie).
– W mojej ocenie jest to słuszny pogląd. Przyjęcie przeciwnego stanowiska spowodowałoby, iż spółki byłyby narażone na działania sprzeczne z ich interesem, które polegają na nagłej rezygnacji z członkostwa w RN, a mają na celu paraliż tego organu. W konsekwencji zaś – destabilizację stosunków w spółce – mówi mec. Tomasz Madejczyk.

Czy to nadinterpretacja?

Inaczej sprawę widzi mec. Szymon Gałkowski, partner w kancelarii Kochański Zięba Rapala i Partnerzy.
– Nie powinniśmy podporządkowywać wykładni przepisów prawa z góry wyznaczonym celom. Czy ewentualnej ochronie interesów spółki powinniśmy zawsze przyznawać pierwszeństwo przed ochroną interesów jednostki (członka rady nadzorczej) – pyta.
Mecenas Jan Kieszczyński z kancelarii Woźniak Kocur zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię.
– Wydaje się, że członkowie rady nadzorczej powinni mieć możliwość ustąpienia z funkcji ze skutkiem natychmiastowym, zwłaszcza wtedy, gdy uważają, że podejmowane przez radę decyzje są szkodliwe dla spółki – twierdzi Kieszczyński.
Mecenas Gałkowski zastanawia się również, czy podział stworzony przez Sąd Najwyższy na sytuacje związane ze złożeniem rezygnacji oznaczające dekompozycję rady nadzorczej i niemające takiego skutku jest uprawniony.
– Można sobie zadać pytanie, jak zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego należałoby postąpić w sytuacji, gdy dwóch członków rady składa rezygnację w tym samym momencie (a nawet w jednym piśmie), przy czym gdyby zrezygnował tylko jeden, do dekompozycji rady by nie doszło. Który z nich skutecznie złożyłby swoje oświadczenie zarządowi, a który musiałby pełnić swoją funkcję aż do czasu ewentualnego zwołania i odbycia walnego zgromadzenia akcjonariuszy? Wydaje się, że Sąd Najwyższy nie odpowiada na takie pytania, ale sprawę jeszcze bardziej komplikuje – ocenia Szymon Gałkowski.
– Orzeczenia Sądu Najwyższego, choć iście salomonowe w myśl zasady wilk syty i owca cała, tak naprawdę – jak żaden kompromis – nie satysfakcjonuje żadnej ze stron doktrynalnego sporu. Rozwiązaniem może być dostosowanie istniejących przepisów do realiów gospodarczej rzeczywistości – podsumowuje Artur Bilski z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.