Temat jest gorący. W ostatnich miesiącach trwa ofensywa sądowa firm prawniczych wynajętych przez kredytobiorców, którzy – powołując się na „abuzywność” każdej możliwej klauzuli – chcą doprowadzić do unieważniania umów.
Jednocześnie prezesi czołowych banków wraz ze Związkiem Banków Polskich starali się skłonić Komitet Stabilności Finansowej do zajęcia obiektywnego (a nie tylko prokonsumenckiego) stanowiska w obronie stabilności systemu bankowego, zawartego w opinii nt. kredytów frankowych dla Sądu Najwyższego. Odpowiedź od prezesa NBP była raczej zwięzła w przesłaniu – to wina i odpowiedzialność banków, a komitet nie będzie wpływał na decyzje sądów.
Jednak zdaniem przewodniczącego KNF „mamy teraz ostatni moment, aby nabrzmiały w ten sposób problem hipotecznych kredytów walutowych rozwiązać w sposób pozwalający zamknąć temat, zapewniając jednocześnie sprawiedliwość i racjonalność rozwiązania, jego wewnętrzną spójność, a także przewidywalność dla banków, co pozwoli także ostatecznie i odpowiedzialnie skwantyfikować drzemiące w portfelach walutowych ryzyko”. Tylko czy rzeczywiście jest to propozycja możliwa w realizacji?
Cofanie kijem Wisły
Istota jej zawiera się w pomyśle, żeby zastosować „opcję zerową”, tzn. rozwiązanie polegające na zaoferowaniu przez banki ich klientom dobrowolnej możliwości zawarcia porozumień, na mocy których klient rozliczałby się z bankiem tak, jak gdyby jego kredyt od początku był kredytem złotowym oprocentowanym według odpowiedniej stopy WIBOR powiększonej o stosowaną historycznie dla takich kredytów marżę.
Ważnym elementem dla banków miałaby się stać według Jastrzębskiego „gwarancja ostateczności” takiego rozwiązania: „bank – wychodząc do klientów z racjonalną, dobrowolną ofertą – powinien mieć zagwarantowane, że jej realizacja – i rozliczenie się według uzgodnionych zasad – ostatecznie wyeliminuje ryzyko prawne związane z umową, a ewentualne próby późniejszego dochodzenia przez klienta dalej idących roszczeń nie będą honorowane przez porządek prawny”.
Tylko jak to zapewnić skutecznie i prawnie – skoro legalne, prawnie usankcjonowane, uznawane przez sądy, UOKiK oraz KNF (przed uwolnieniem franka szwajcarskiego, czyli 15 stycznia 2015 r.) za poprawne, ważne i obowiązujące umowy kredytowe, są teraz po wielu latach wzruszane i toczy się walka o ich unieważnienie? Walka, którą wywołali politycy swoimi nieodpowiedzialnymi obietnicami, opartymi wyłącznie na populistycznym „chciejstwie”, tworząc oczekiwania, że da się wszystko załatwić, aby ludzie od legalnie zawartych kredytów (ale nie od mieszkań czy domów) się uwolnili, jako jedyna grupa kredytobiorców na rynku.
Czy problem jest „nabrzmiały”, bo coś złego dzieje się z portfelem kredytów frankowych? Absolutnie nie – to cały czas najlepszy portfel detaliczny pod względem ryzyka i spłacalności. Liczba (415 tys.) i wolumen (95 mld zł) kredytów we frankach konsekwentnie spada i jest teraz na poziomie 45 proc. stanu maksymalnego, czyli niejako ponad połowa kredytów frankowych została spłacona.
Przy tym tempie rocznej spłaty (spłacanych jest ok. 23 tys. kredytów, przy 10-proc. spadku wolumenu) problem przestanie istnieć za ok. 12–15 lat.
Jaki jest zatem sens, aby zmieniać zasady obowiązujących umów z wąską grupą uprzywilejowanych klientów, ponosząc koszt dla całego sektora rzędu ponad 40 mld zł? Tym bardziej dla kredytów, które się najlepiej spłacają? Który zarząd banku zwróci się do akcjonariuszy z taką propozycją, nie narażając się na zarzut działania na szkodę spółki prawa handlowego?
Nieatrakcyjne ugody
Spójrzmy też z innej strony. Czy klienci będą chcieli dobrowolnie zmienić kredyt frankowy na złotowy i otworzyć się na przyszłe ryzyko stopy procentowej? Dzisiejsze stopy są nominalnie zerowe, a realnie ujemne, ale należy wątpić, czy taka sytuacja będzie trwała kolejne lata. Idziemy konsekwentnie w stronę wyższej inflacji, więc stopy z czasem będą musiały się do tego dostosować.
Poza tym kredytobiorcy, mamieni wizją unieważnienia kredytu, nie chcą iść na żadne (nawet sensowne) kompromisy i chcą „wygrać” wszystko. Za to o realia i wykonalność tych oczekiwań na pewno nie będą martwiły się kancelarie prawne reklamujące się m.in. hasłami „Frankowiczu Pozwij Bank” (pisownia oryginalna).
Przewodniczący KNF, jako bardzo doświadczony prawnik bankowy, doktor habilitowany i profesor prawa na UW, pisze delikatnie, ale wprost: „Być może uprawniona jest teza, że abuzywność poszczególnych klauzul umownych zawartych w umowach o walutowe kredyty hipoteczne bywa wykorzystywana instrumentalnie w dążeniu do uniknięcia skutków umowy, które stały się dotkliwe dla klientów raczej w związku ze zmianami na rynku walutowym niż wskutek cech abuzywności”.
Innymi słowy, klientom chodzi o to, aby powołując się na jakiekolwiek możliwe do podważenia postanowienia umowy, móc je unieważnić. Nie dlatego, że bolą ich klauzule „niedozwolone”, tylko dlatego, że kredyt frankowy okazał się nieopłacalny.
Po wyroku TSUE z października 2019 r. (dotyczącym wyłącznie kredytu indeksowanego) swoją szansę na rynku znalazły niektóre kancelarie prawnicze, które wyspecjalizowały się w sprawach frankowych. W chwili obecnej jest takich postępowań w sądach ok. 30 tys. o wartości przedmiotu sporu ok. 7 mld zł.
Te procesy, choć dolegliwe dla banków, w stosunku do skali całego portfela frankowego stanowią 7 proc., nie są więc problemem systemowym. Za to wszystkie pozwy frankowe zablokowały totalnie Sąd Okręgowy w Warszawie (gdzie w większości są zarejestrowane centrale banków) do tego stopnia, że termin na pierwszą rozprawę cywilną wyznaczany jest za półtora roku do dwóch lat. Stąd postulat utworzenia specjalnego wydziału w SO, który zajmowałby się wyłącznie sprawami frankowiczów.
Bardzo wątpię, czy to przyspieszy procesy, bo nawet wydzielony sąd nie będzie orzekał „taśmowo”, a materia finansowa jest na tyle skomplikowana i dla wielu sędziów, powiedzmy uczciwie, niezrozumiała merytorycznie, że pojawiają się orzeczenia nakazujące zamienić kredyt frankowy na złotowy z oprocentowaniem według stawki LIBOR dla franka! Dla fachowców to odpowiednik stwierdzenia, że „ziemia jest płaska, bo to widać”…
Kancelarie prawne i ich klienci, ale także banki, liczyli na Sąd Najwyższy i jego wykładnię prawną w tej materii. Jednak prezes SN, prof. Małgorzata Manowska w wywiadzie z listopada 2020 r. przestrzega przed szybkim i łatwym rozwiązaniem, bowiem „trzeba zdawać sobie najpierw sprawę z ogromnej złożoności tej problematyki. (…) Złożoność ta sprawia, że bardzo trudno jest sformułować właściwe zagadnienia prawne tak, aby ich rozstrzygnięcie realnie pomagało sądom w rozstrzyganiu sporów frankowych, nie powodując jednocześnie jeszcze większego zamieszania”.
Wobec tego jej ocena sytuacji wygląda następująco: „kompleksowe oraz społecznie i gospodarczo optymalne rozwiązanie problemów związanych z kredytami frankowymi może wykraczać poza kompetencje władzy sądowniczej. Warto poszukiwać rozwiązań również w pozasądowych, a przez to znacznie bardziej elastycznych formach rozstrzygania sporów, które mogą dawać rozwiązania szybsze i bardziej satysfakcjonujące ekonomicznie obie strony tych sporów”. Propozycja rozwiązania przedstawiona przez przewodniczącego KNF wpisuje się, jak widać, w tę narrację.
W co grają KNF i NBP
Nie łudźmy się – czekają nas dalsze odsłony tego finansowego „spektaklu”. Propozycja przewodniczącego KNF ani nie zamknie systemowo i ostatecznie tematu, ani nie stanie się salomonowym rozwiązaniem. Szanując intencje autora i jego starania o stabilność rynku bankowego, nie można niestety abstrahować od realiów. Z jednej strony rozbudzonych ponad miarę i pozbawionych prawnego realizmu oczekiwań klientów, chcących unieważnić umowy i uwłaszczyć się na systemie bankowym, a z drugiej – legalistycznym (bo innego mieć nie mogą) stanowiskiem banków, których zarządy na takie uwłaszczenie kosztem pozostałych klientów nie mogą się zgodzić.
Chyba że chodzi o coś zupełnie innego i ta propozycja nie jest tylko rozwiązaniem, ale próbą ucieczki przed przyszłym problemem? Może przewodniczący KNF spodziewa się serii niekorzystnych działań, które zmienią sytuację kredytobiorców frankowych poprzez postępujący wzrost wartości franka w stosunku do złotego? Przecież wyraźnie pisze, że „jest to być może jeden z ostatnich momentów, kiedy wyjście przez banki z ofertą dla klientów mających hipoteczne kredyty walutowe może zatrzymać dalsze narastanie napięć między bankami a ich klientami, prowadzące do eskalacji oczekiwań po obu stronach”.
Działania NBP z ostatnich tygodni grudnia 2020 r., komunikaty Rady Polityki Pieniężnej i mocne deklaracje prezesa NBP dają podstawy do zastanowienia się, o co tak naprawdę gra bank centralny.
W grudniu polskie rezerwy dewizowe osiągnęły najwyższy w historii poziom 125,6 mld euro. Wartość aktywów rezerwowych była o 92,1 mld zł większa niż rok wcześniej. Narodowy Bank Polski pod koniec roku niespodziewanie rzucił na rynek walutowy około 26 mld zł, żeby osłabić kurs naszej waluty. W rezultacie złoty w ubiegłym roku osłabł względem euro i franka szwajcarskiego o ponad 7 proc.
Właściwie wszyscy analitycy są zgodni, mimo zupełnie innych deklaracji banku centralnego, że osłabiające złotego interwencje banku centralnego na rynku walutowym miały na celu wyłącznie zwiększenie wyniku księgowego NBP i w konsekwencji umożliwienie dodatkowego zasilenia budżetu. Bo kasa państwa jest coraz bardziej pusta, każdy miliard zaczyna być na wagę złota. A Narodowy Bank Polski powinien dołożyć się z zysku za 2020 r. do tegorocznego, recesyjnego budżetu potężną kwotą rzędu 9–10 mld zł.
To kolejny przykład „prorządowej” polityki banku centralnego. Działania Rady Polityki Pieniężnej w poprzednim, pandemicznym roku trudno nazwać skutecznymi, skoro mamy najwyższą inflację wśród państw UE (3,4 proc.). Za to ścięcie stóp referencyjnych do zera, czy wręcz deklaracje o możliwych „stopach ujemnych”, na pewno cieszą premiera i ministra finansów – zapewniają bowiem tańsze finansowanie polskiego długu i deficytu finansów publicznych. W wyniku tych obniżek wyparowują z banków przychody, a klientom nie opłaca się już oszczędzanie, ale tym nikt się specjalnie nie przejmuje.
Za to na operacjach „osłabiania złotego, aby dorobić do budżetu” mogą dostać rykoszetem frankowicze. Do tej pory radzili sobie ze spłatami kredytów, gdy kurs franka oscylował w okolicy 4 zł. Ale na koniec 2020 r. był już o 20 groszy wyższy. Narodowy Bank Szwajcarii w swojej ostatniej analizie pokazuje, że frank był na koniec ubiegłego roku przewartościowany w stosunku do złotego o 17,1 proc. Oznacza to, że zamiast rynkowego 4,22 zł, „właściwy” kurs (według NBS) powinien wynosić 3,60 zł.
Jeśli bank centralny i sterowana przez prezesa NBP Rada Polityki Pieniężnej będą politycznymi zakładnikami potrzeb budżetu (a stawiam zakład, że będą), to może się okazać, że możliwy jest słaby złoty z kursem wymiany 4,5 zł za franka, a wtedy mielibyśmy do czynienia z prawdziwie „nabrzmiałym” problemem wypłacalności dla dużej grupy kredytobiorców frankowych. Tylko że to byłby przepis na katastrofę – dla frankowiczów i banków. O tym, że dobrowolne przewalutowanie na złotego kredytów frankowych w „opcji zerowej” się nie powiedzie, jestem przekonany. Czy ten drugi scenariusz stanie się rzeczywistością, zobaczymy już niedługo. ©℗
Klientom chodzi o to, aby powołując się na jakiekolwiek możliwe do podważenia postanowienia umowy, móc je unieważnić. Nie dlatego, że bolą ich klauzule „niedozwolone”, tylko dlatego, że kredyt frankowy okazał się nieopłacalny