Spór frankowiczów z bankami zaognia się. Powstają kolejne książki i filmy będące, jak słusznie wskazują autorzy, fikcją. Jednak fikcją, która kształtuje pewien światopogląd. Frankowicze zarzucają bankom oszustwo, a te z kolei wytykają frankowiczom chciwość.
Reklama
Moim zdaniem wszelkie pytania, kto ma rację, są przedwczesne. Otacza nas mieszanka niespójnych wypowiedzi, przeinaczeń, niewiedzy. Dopóki się tego nie uporządkuje, spór jest nierozstrzygalny. Trzeba najpierw przypomnieć, jak działają banki, czym są produkty bankowe, zwłaszcza kredyty, co wynika z prawa polskiego, a co wnosi prawo unijne, w tym orzeczenia TSUE. Nawet, bardziej ogólnie, do jakiego stopnia państwo powinno chronić konsumentów przed ryzykiem.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że obraz jest czarno-biały. Frankowicze twierdzą, że banki oszukały klientów, ponieważ reklamowały kredyty walutowe, choć były one niezgodne z prawem; kredytodawca wprowadzał do umów klauzule niedozwolone i nie informował należycie o ryzyku; podpisanie oświadczenia o świadomości ryzyka było bez znaczenia, gdyż i tak kredytobiorcy nie rozumieli, co podpisują.
Banki zaś utrzymują, że wszystkie podejmowane przez nie działania były legalne i udzielając kredytów, nie naruszyły żadnych przepisów. Te, które się dziś wskazuje jako niedozwolone, pojawiły się dużo później. Zatem kredytobiorcy żądają, by prawo działało wstecz?
Uważam, że tak zdefiniowany spór jest nierozstrzygalny. Na każdym kroku spotykamy twierdzenia wzajemnie sprzeczne lub rażąco odbiegające od podobnych rozstrzygnięć w innych dziedzinach. Cały problem jest zbyt złożony, by go tutaj omawiać, ograniczę się więc do kilku jaskrawych przykładów.
Szkodliwy kredyt walutowy powinien był w ogóle zostać zakazany? Jak więc traktować producentów papierosów? Wprawdzie nie reklamują swoich wyrobów, a na każdej paczce jest ostrzeżenie dotyczące skutków palenia, ale produkt nadal szkodzi. Czy zatem palacz chory na raka płuc będzie mógł pozwać producenta? Był wprawdzie informowany, ale niedostatecznie i nie rozumiał, co robi. Czy więc przemysł tytoniowy oszukiwał palaczy?
Czy w takich i podobnych sytuacjach jednostka ma prawo do ryzyka? Czy należy zakazać sprzedaży papierosów, szkodliwej żywności, czy wolno zmuszać ludzi do szczepień? Nie wiem, ale w każdym przypadku zasady muszą być takie same.
Inny przykład. W prowadzonym sporze pomija się swoistość produktu takiego jak kredyt hipoteczny w porównaniu z np. zakupem na raty drogiego samochodu. Ten drugi zaciąga się na kilka lat i z reguły raty są stałe, a pierwszy jest na co najmniej 25 lat i ma zmienną stopę. Zmienna stopa sprawia, że wysokość raty podąża za aktualnymi stopami rynkowymi, a ewentualna dewizowość kredytu jeszcze tę zmienność powiększa, w zależności od zmian kursu.
Rodzi to często słyszany zarzut, że z powodu ustalanego przez bank spreadu konsument nie zna całkowitego kosztu kredytu. Ale jest to cecha każdego kredytu, którego jeden lub więcej parametrów są zmienne. Przy kredycie złotowym jest to oprocentowanie (zmienna stopa procentowa + stała marża banku), a przy kredycie walutowym dodatkowo zmienny kurs wymiany, którego zmiany ważą o wiele więcej niż zmiany spreadu. Kredytobiorcy byli chyba świadomi tej niepewności, liczyli jednak, że zadziała na ich korzyść, zwłaszcza że kolejne raty były coraz niższe dzięki umacnianiu się złotówki. Aż do czasu.
Jeśli była to niedopuszczalna praktyka, z powodu której kredyty walutowe nie powinny w ogóle istnieć, to co powiedzieć o nieuchronnym, przyszłym, podniesieniu stóp procentowych w Polsce? Skutkiem będzie przecież wzrost rat kredytów złotowych. Jest tu wyraźna analogia. Raty kredytów walutowych malały dzięki umacnianiu się złotówki; raty kredytów złotówkowych regularnie maleją, dzięki obniżaniu stop procentowych przez RPP. Gdy te kiedyś wzrosną, wzięcie kredytu złotówkowego może się okazać decyzją równie ryzykowną. Czy, jak wymaga Rekomendacja S, klienci złotówkowi są starannie poinformowani? Czy może pójdą wtedy do sądów?
Szczególny przykład zamętu pojęciowego, jaki dzisiaj panuje w kwestii kredytów frankowych, to uznawanie odwołania do tabeli kursowej w banku za niedozwolony warunek umowy, co ma wynikać z często cytowanej dyrektywy 93/13. Tymczasem załącznik do tej dyrektywy wyłącza operacje kupna i sprzedaży walut spod jej reżimu.
Czy więc banki nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za zaistniałą sytuację? Nie jestem o tym całkowicie przekonany, choć z innych powodów niż te najczęściej prezentowane w dyskursie publicznym. Banki i pośrednicy kredytowi, tak jak wspomniani już producenci papierosów, mieli o wiele większą świadomość ryzyka walutowego tkwiącego w sprzedawanych produktach i moim zdaniem zbyt łatwo przechodzili nad tym do porządku – co mogło wynikać m.in. z przeświadczenia o wysokim poziomie wiedzy klientów. Ale ciekaw jestem, jak przebiegały rozmowy klientów z pośrednikami kredytowymi, jakie informacje lub ostrzeżenia dawali oni klientom, jak często ich rozmówcy rezygnowali z kredytów walutowych?
Natomiast zarzuty takie, jak: rzekomy brak finansowania we frankach, rzekoma sprzeczność kredytów indeksowanych z prawem unijnym, rzekomo niedozwolone odwołanie do tabel kursowych, choć społecznie nośne, nie mają oparcia w przepisach. Mogą też prowadzić do nieprzewidzianych skutków. Na przykład, zabezpieczenie powództwa w postaci zwolnienia z płacenia rat do czasu wydania wyroku może okazać się pułapką. Jeśli klient przegra, poniesie ogromny koszt odsetek. A bezrefleksyjne rozstrzygnięcia mogą doprowadzić do aberracji, np. pozywania banków przez kredytobiorców złotówkowych albo żądań efektywnego anulowania długu, czyli sfinansowania klientowi zakupu mieszkania przez pozwany bank.
Najważniejszą rzeczą jest konsekwencja postępowania. Bez wyjaśnienia tych i wielu innych wątpliwości dzisiejsze wyroki sądów mogą się również okazać zaskarżalne w przyszłości i spór będzie trwał w najlepsze, coraz intensywniej angażując wymiar sprawiedliwości i banki. A na końcu i tak będzie musiało wkroczyć państwo, np. tak, jak się to stało na Węgrzech.