Do tej pory SKOK-i nie podlegały zewnętrznemu nadzorowi żadnej instytucji państwowej. W spółdzielczych kasach Polacy zdeponowali ponad 15 miliardów złotych, jednak nikt poza wąską grupą menadżerów, nie wiedział, jak te pieniądze są zarządzane i jaka jest sytuacja finansowa kas. O ile KNF zna sytuację poszczególnych banków, bo te muszą składać mu sprawozdania, to SKOK-i nie musiały się z niczego nikomu tłumaczyć.

Porównaj kredyty gotówkowe online i wybierz ten z najniższą ratą

Kontrola przeprowadzona kilka lat temu przez Urząd Skarbowy wykazała, że część kas ma problemy z regularnymi wpłatami na wewnętrzny fundusz mający chronić pieniądze klientów. Kasy miały też mieć nieodpowiedni stosunek kapitału do zgromadzonych depozytów – zaniżano ilość rezerw. O zwiększoną kontrolę nad SKOK apelowały między innymi Bank Światowy czy Europejski Bank Centralny. Dlatego starania o umożliwienie objęcia kontroli nad SKOK-ami przez KNF trwały od dawna, zwłaszcza, że chodzi o oszczędności ponad 2,5 miliona Polaków.

Jak było?

Do tej pory SKOK-i podlegały tylko centrali, tzw. Krajowej SKOK. Centrali, która jeszcze do niedawna pozostawała w rękach jednego człowieka – Grzegorza Biereckiego. Był on jednocześnie prezesem Kasy Krajowej, szefem fundacji powiązanej ze SKOK-ami, oraz nadzorcą całego ruchu kas spółdzielczych. Od jego decyzji zależało bardzo wiele, jeśli nie wszystko. W październiku bieżącego roku Grzegorz Bierecki zrezygnował ze stanowiska prezesa, po dwudziestu latach pełnienia tej funkcji.

Grzegorz Bierecki, senator Prawa i Sprawiedliwości, głośno krytykował projekt nowelizacji. Jego zdaniem kasy będą musiały przeznaczać więcej środków na wewnętrzne kontrole i audyty, które mają odbywać się częściej niż do tej pory (dwa razy w ciągu roku). Co więcej nie podobał mu się także zapis, że w razie niewypłacalności kasy, KNF będzie miał prawo wprowadzić do niej zarząd komisaryczny. Nowelizacja ogranicza także możliwości inwestowania nadwyżek pozostających w kasach spółdzielczych do prostych i bezpiecznych form.

Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe stały na bardzo uprzywilejowanej pozycji. Powstały na początku transformacji systemowej jako alternatywa dla banków, adresowana do klientów mniej zamożnych. Początkowo działały przy zakładach pracy, gdzie wewnętrzna kontrola w wąskim gronie była łatwiejsza, a pieniądze krążyły między ludźmi którzy się znali i sobie ufali. Wzajemne zaufanie to zresztą podstawa działania tego rodzaju instytucji na całym świecie. Dzięki odpowiednim zapisom w ustawach, pisanych zresztą przez z ludzi ze SKOK-ami powiązanymi, nie musiały one płacić podatku dochodowego od zysku z działalności statutowej jako organizacja, która nie prowadzi działalności zarobkowej. Dodatkowo były one zwolnione z konieczności odkładania rezerw w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym – w tym roku banki zdeponowały w nim prawie miliard złotych.

Co więcej, Krajowa SKOK dla każdej ze stowarzyszonych kas tworzyła różne instrukcje dotyczące tworzenia rezerw oraz ich wysokości. KNF twierdził, ze uniemożliwia to ocenę działalności kas oraz odpowiednią weryfikację ich sytuacji finansowej.

Nieco pogmatwana była także kwestia wewnętrznego nadzoru nad kasami. W celu zarządzania wszystkimi elementami powołano na samym początku Krajową SKOK. Jej członkami miały prawo być tylko poszczególne kasy. Jednak w wyniku interpretacji przepisów powołano do życia fundację, która przejęła kontrolę nad Krajową SKOK. Fundacja była kontrolowana przez Grzegorza Biereckiego, który był jednocześnie… prezesem Krajowej SKOK. Można by rzec, że pan prezes kontrolował sam siebie.