W dniu 20 lutego 2015 r. Sejm uchwalił ustawę o odnawialnych źródłach energii (OZE). Choć jak zauważa Ministerstwo Gosdpodarki najważniejszą zmianą w stosunku do obecnie obowiązujących przepisów z zakresu wspierania OZE jest wprowadzenie w miejsce systemu świadectw pochodzenia energii, systemu aukcyjnego to dla prosumentów ciekawszą informacją jest ta o gwarancjach. Zgodnie z ustawą posiadacze przydomowych mikroinstalacji o mocy do 10 kW mają zagwarantowane odkupienie „zielonej” energii po cenie gwarantowanej i wyższej niż rynkowa.

Tyle brzmienie ustawy bo choć przyszli prosumenci  są zadowoleni z proponowanych rozwiązań, to nadal wiele regulacji powoduje spore ograniczenia. Pół biedy jeśli prosument powiesi na dachu lub rozstawi na działce panele fotowoltaiczne. Te, jako urządzenia, nie są objęte pozwoleniem na budowę, chyba, że ich montaż związany byłby np. z rozbudową dachu. Oczywiście samo pozwolenie konieczne jest na rozbudowę dachu, a nie panele.

Kłopoty zaczynają się, kiedy prosument "zamarzy sobie" wiatrak na własnej nieruchomości. Eksperci twierdzą, że Prawo budowlane jest tutaj dosyć ogólne, a nie szczegółowe. Jesli instalacja wiatraka nie wymaga masztu utwierdzonego w gruncie lub sam maszt zainstalowany na obiekcie budowlanym ( dom, garaż, stodoła) nie jest wyższy 3 metry, pozwolenie nie jest potrzebne. Oczywiście, jeśli owa instalacja nie wymaga przebudowy samego obiektu. Jak twierdzą zainteresowani nawet jednak wtedy warto przejść się do urzędu gminy i zgłosić element minielektrowni wiatrowej. Niestety zła sława potężnych firm wiatrowych, uderza także w prostych prosumentów, którzy chcą oszczędzać na energii elektrycznej. Urzędnik staje się dla nich wrogiem numer jeden, bo to on ostatecznie kreuje ogólne prawo.

- Na obecną chwilę największymi przeszkodami jest prawo nakazujące praktycznie każdej instalacji wiatraka konieczność uzyskania pozwolenia na budowę. Co gorsza urzędnicy często tak samo traktują instalacje przydomowe jak przemysłowe, a jak wiadomo procedury przy tych ostatnich są dodatkowo zaostrzone o konieczność badania oddziaływania na środowiskowego i zgodę lotnictwa. To bardzo utrudnia działanie. W wielu przypadkach instalacja wiatraka mogła by być potraktowana tak jak postawienie przydrożnej reklamy jako tzw. tymczasowa, ale nie wiedzieć czemu nie każdy urzędnik zgadza się z taką interpretacją. W Polsce nagminne jest interpretowanie prawa, a nie stosowanie - zauważa Piotr Duda z firmy AirGenerator.

Zwykłym prosumentom nie pomógł także raport Najwyższej Izby Kontroli z 2014 roku, miażdżący dla wdrażania energetyki wiatrowej w Polsce. NIK ostro skrytykował okoliczności powstawania farm wiatrowych w Polsce, budowanych często wbrew sprzeciwowi społecznemu i na pograniczu prawa. Kontrolerzy NIK-u stwierdzili brak przejrzystości, a nawet korupcję. W takich okolicznościach wiele osób rezygnuje z inwestycji, obawiając się wysokich kosztów przygotowania dokumentacji i możliwości odrzucenia projektu.

Nieco bardziej ponury obraz wyłania się z komentarzy przedstawicieli biznesu farm wiatrowych i ich klientów. - Prawo budowlane wymaga również zgody sąsiadów, którzy zwykle z niewiedzy, strachu lub zwykłej zawiści wolą wyrazić negatywną opinię co pogarsza pozycję inwestora w „walce” z urzędnikiem. Trzeba się odwoływać, a nawet składać sprawę do sądu. Na to niewiele osób jest gotowych - komentuje jeden z naszych rozmówców.

Jak się dowiedzieliśmy klienci czasem na własną odpowiedzialność stawiają maszty, decydując się na samowolę budowlaną. W tej sytuacji to urzędnik musi udowodnić klientowi, że złamał prawo, a na to też urzędnicy nie mają zwykle ochoty, więc jest takie ciche przyzwolenie.

Okazuje się, że formalnym wybiegiem jest również zamontowanie wiatraka jako własnej ekspozycji w celu sprzedaży, promocji produktu. Okazuje się zatem, że wielu klientów to fikcyjni dystrybutorzy firm wiatrowych, którzy po prostu reklamują urządzenia i korzystają z nich. - Formalnie taki produkt nie może jednak służyć do celów komercyjnych. Pytanie, kto to sprawdzi - podsumowuje przedstawiciel z "branży wiatrowej".

Czy zatem następnym krokiem ws. OZE nie powinno być uregulowanie spraw związanych z instalacjami przydomowych minielektrowni, tak aby prawo zaczęło być stosowane?

Komentarz

System aukcyjny wielką niewiadomą

dr Arkadiusz Sekściński, wiceprezes PSEW

Firmy, które zakończą swoje inwestycje i zdążą wyprodukować energię elektryczną do końca 2015 roku będą mogły skorzystać z 15 – letniego wsparcia w obecnym systemie – Zielonych Certyfikatów. Zaś wszystkie inwestycje uruchomione od stycznia 2016 roku będą podlegały nowym zasadom – aukcyjnym. Mając na względzie te dwa aspekty ustawodawca powinien w ustawie o OZE zadbać, aby system Zielonych Certyfikatów był stabilny i efektywny, a system aukcyjny nie był wielką niewiadomą dla inwestorów. Niestety niektórym propozycjom ekspertów ustawodawca bardzo się opierał i nie zdecydował się na ich wprowadzenie. Branży OZE chodzi przede wszystkim o zapisy, który mogłyby ustabilizować rynek Zielonych Certyfikatów poprzez stopniową redukcję strukturalnej nadpodaży świadectw pochodzenia. Obecnie skala tego zjawiska jest największa w dotychczasowej historii funkcjonowania systemu wsparcia w Polsce. Nadpodaż zielonych certyfikatów na początku b.r. przekroczyła poziom 13 000 GWh co stanowi ponad 80% prognozowanego rocznego popytu na zielone certyfikaty w 2015 r. Wielką niewiadomą pozostaje wciąż system aukcyjny. Wiemy tylko tyle, że od 2016 roku co roku będzie się odbywać co najmniej jedna aukcja. Do końca maja 2015 roku powinniśmy poznać wolumen dla pierwszej aukcji, w tym dla technologii opartych o siły natury jak wiatr czy słońce, a dopiero w pierwszym kwartale 2016 roku dowiemy się kiedy odbędzie się pierwsza aukcja.