Najpierw miał być węgiel po 1 tys. zł. System dobrowolnych cen maksymalnych nie przekonał jednak prywatnych sprzedawców. Dlaczego mieliby zgadzać się na sprzedaż węgla po 2 tys. zł, z czego połowa miała przyjść w przyszłym roku (pod warunkiem że nie zabraknie pieniędzy)? Przecież mogą go sprzedać dziś, za gotówkę, za 3 tys. zł i więcej. Rząd więc wycofał się z tego pomysłu, jeszcze zanim wszedł w życie.
Teraz przyszedł czas na dopłaty bezpośrednie dla palących węglem. 3 tys. zł ma dostać każdy, kto ma w domu piec węglowy. Bez kryterium dochodowego i bez weryfikacji, czy rzeczywiście te pieniądze pójdą na zakup paliwa, czy na cokolwiek innego. Wszystko kosztem 11,5 mld zł dla budżetu. I tu pojawiają się wątpliwości: czy sprzedawcy węgla, wiedząc o dotacjach, nie podniosą cen? I co z mieszkańcami nieocieplonych domów, tych wampirów energetycznych, dla których ta dopłata to kropla w morzu potrzeb, bo rachunek za węgiel na zimę może przekroczyć 20 tys. zł?
Reklama

Rząd ślepy na jedno oko

Reklama
Saga z dopłatami za węgiel to nie tylko opowieść o niekompetencji rządzących. Nawet najsprawniejszy rząd w obecnej sytuacji byłby w tarapatach. Wysokie ceny są bowiem objawem głębszego problemu, jakim jest niewystarczająca podaż surowca. Niedobór węgla na polskim rynku, spowodowany embargiem na surowiec z Rosji, wynosi według różnych szacunków między 6 a 11 mln t. W tej sytuacji należy zrobić dwie rzeczy: sprowadzić skądś brakujący węgiel oraz zmniejszyć zużycie. Dotychczas rząd skupiał się w 100 proc. na tym pierwszym rozwiązaniu, zupełnie ignorując drugie.
Zastąpienie całości sprowadzanego z Rosji węgla surowcem krajowym lub sprowadzanym z innych państw od początku było zadaniem karkołomnym. Węgiel krajowy w dużej części nie nadaje się do zastosowania w gospodarstwach domowych. Z kolei surowiec sprowadzany zza oceanu w trakcie transportu kruszy się i przestaje być odpowiedni do indywidualnych pieców. Nie pomaga w tym ujawniona przez DGP (nr 137/2022) praktyka przerzucania odpowiedzialności za sprowadzanie węgla między spółkami Skarbu Państwa a ministerstwami. Wobec niemożności złagodzenia sytuacji na rynku przez zwiększenie podaży rząd, zamiast skupić się na popycie, zdecydował się walczyć z podwyżkami cen. Złagodzenie sytuacji dla najbardziej narażonych obywateli jest konieczne, jednak sposoby dotychczas przyjęte przez rząd nie mogą być skuteczne w momencie w którym węgla fizycznie brakuje.
Sytuacja nie dotyczy zresztą wyłącznie węgla. Dostępność gazu, a nawet ropy, jest w obecnej sytuacji niemożliwa do przewidzenia. Schemat działania rządu jest jednak taki sam i skupia się na dywersyfikacji źródeł dostaw i próbie obniżania cen dla konsumentów, z całkowitym pominięciem strony popytowej.

Jak oszczędzać mądrze

Rozwiązanie, którego rząd dotychczas nie zdecydował się wypróbować, to ograniczanie popytu. Nie oznacza to wyłącznie zachęcania obywateli do przykręcania kaloryferów czy klimatyzatorów. Popyt na surowce energetyczne (w tym węgiel) można ograniczyć, poprawiając efektywność energetyczną budynków, przedsiębiorstw i procesów przemysłowych. Można też zastępować źródła energii wykorzystujące paliwa kopalne odnawialnymi źródłami energii.
20 lipca Komisja Europejska przedstawiła plan Save Gas for a Safe Winter (Oszczędzaj gaz dla bezpiecznej zimy). Główny element planu to cel redukcji zużycia gazu w każdym z państw członkowskich o 15 proc. między sierpniem a marcem przyszłego roku. Cel ten początkowo będzie niewiążący, ale jeżeli kryzys się pogłębi, może się stać obowiązkowy dla wszystkich. Komisja przedstawiła też rekomendacje, jak tę redukcję osiągnąć. Mimo że plan dotyczy gazu, zalecenia KE w dużym stopniu można przełożyć na polskie realia i zastosować do wszystkich surowców.
Dla przemysłu rozwiązaniem mógłby być rynkowy system nagród za redukowanie zużycia paliw. Może to dotyczyć zarówno gazu, jak i węgla czy ropy. Umożliwiłoby to redukcję zużycia tam, gdzie jest to najbardziej opłacalne, a jednocześnie pozwoliłoby na utrzymanie zatrudnienia. Firmy mogłyby skorzystać z okazji i np. przyspieszyć planowaną modernizację urządzeń czy przejść, gdzie to tylko możliwe, na OZE.
Dla odbiorców indywidualnych najbardziej oczywistym krokiem byłoby radykalne przyspieszenie termomodernizacji. Niestety program „Czyste powietrze plus” przyszedł zbyt późno, aby zrobić znaczącą różnicę. Prefinansowanie w wysokości 50 proc. i skrócenie terminów rozpatrywania wniosków to dobre kroki, ale bez zwiększenia kwot dofinansowania szanse na ocieplenie większej liczby domów czy wymianę źródeł ciepła przed zimą są raczej niewielkie. Możliwości przyspieszenia termomodernizacji nadal istnieją, nie tylko za pośrednictwem „Czystego powietrza”. Za ułamek przeznaczonych na dopłaty do węgla 11,5 mld zł można by sfinansować publiczny program termomodernizacji. Kryzys energetyczny jest spowodowany wojną, więc nadzwyczajne, wręcz wojenne, środki powinny być rozważane.
Aby apele o oszczędzanie energii ze strony rządu były wiarygodne, władze powinny zacząć od siebie. Budynki publiczne, z wyłączeniem szkół i szpitali, jako pierwsze powinny wprowadzić oszczędności. W dalszej kolejności rząd powinien rozważyć wprowadzenie celów redukcji zużycia energii dla budynków komercyjnych. Podwyższenie temperatury w sklepach czy centrach handlowych o parę stopni w czasie upału nie doprowadzi do znaczących strat gospodarczych czy społecznych, a może pomóc zmniejszyć zużycie energii.

Komunikacyjna katastrofa

Powodem, dla którego rząd dotychczas unikał wypowiedzi na temat ograniczania popytu na energię, był krótkoterminowy interes polityczny. Zamiast tego przedstawiciele władz zapewniali, że węgla i innych surowców wystarczy dla wszystkich. W ostatnim czasie, pod wpływem coraz bardziej oczywistych niepowodzeń dotychczasowej polityki, narracja rządzących zaczyna się zmieniać. Minister klimatu Anna Moskwa na spotkaniu z dyrektorem Międzynarodowej Agencji Energii 19 lipca mówiła, że „oszczędzanie powinno stać się naszym codziennym stylem życia”. Apele o oszczędzanie energii słychać coraz głośniej ze spółek energetycznych czy Urzędu Regulacji Energetyki.
Mówiąc o oszczędzaniu po kilku miesiącach udawania, że dostępność węgla (i gazu, i ropy) nie jest zagrożona, rząd ma zerową wiarygodność. Jakiekolwiek zyski polityczne, które wypłynęły z zaklinania rzeczywistości, zostaną teraz zaprzepaszczone przez tę niekonsekwencję. Z kolei skupienie się na apelowaniu o zmianę zachowań przez obywateli bez wprowadzenia rozwiązań systemowych będzie zwyczajnie nieskuteczne.
Niewiele wiadomo też o planach na wypadek znacznego pogłębienia kryzysu energetycznego, np. wskutek nagłego odcięcia dostaw rosyjskiego gazu do Europy. Gazu, który wciąż importujemy do Polski za pośrednictwem Niemiec. Minister Moskwa uspokaja, że wypełnienie magazynów zapewni bezpieczeństwo dostaw nawet przy odcięciu rewersu od naszych zachodnich sąsiadów. Jednak polskie magazyny nie mają wystarczającej pojemności, aby zabezpieczyć dostawy na stałe – pokrywają tylko 14,4 proc. rocznego zapotrzebowania naszego kraju.
Dlatego Komisja Europejska apeluje o przygotowanie planów awaryjnych obejmujących również redukcję popytu przy zabezpieczeniu dostaw najbardziej narażonych odbiorców. Niewykluczone, że takie plany gdzieś w rządzie są przygotowywane – problem polega na tym, że bez jasnej komunikacji, czego się spodziewać podczas kryzysu, narażamy się na paniczną reakcję, jeśli ten kryzys nastąpi. Brak przejrzystości odcina też rząd od potencjalnie użytecznego wkładu zewnętrznych ekspertów, organizacji pozarządowych czy przedstawicieli biznesu.
Dyskusji o redukcji zużycia energii w tym roku nie unikniemy. To od rządu zależy, czy będzie to zaplanowany proces uwzględniający potrzeby najbardziej narażonych obywateli i sektorów, czy paniczne gaszenie coraz to nowych pożarów. Jak na razie zmierzamy bez wahania w kierunku tej drugiej możliwości.