Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej / Materialy prasowe
Co z punktu widzenia branży oznacza przyjęcie przez rząd liberalizacji zasady 10H?
Przede wszystkim oznacza 14 mld zł oszczędności w cenach energii dla polskich przedsiębiorstw i gospodarstw domowych w najbliższych trzy-czterech latach. Średnio sięgną one 60 zł na 1 MWh w perspektywie trzech-czterech lat od wejścia ustawy w życie.
Reklama
Na podstawie nowych zasad wiatraki będzie można postawić tak szybko?
Pierwsze - o mocy na poziomie ok. 4 GW - powstaną w perspektywie dwa, trzy, cztery lat, w zależności od projektu. Dotyczy to inwestycji, które już mają przygotowane plany zagospodarowania przestrzennego. W tych przypadkach realizacja będzie dużo szybsza, niż wtedy gdy projekt trzeba przygotowywać od samego początku. Przypomnę, że pełna procedura trwa pięć-siedem lat i wymaga przygotowania studium zagospodarowania przestrzennego, potem planu zagospodarowania przestrzennego, uzyskania decyzji środowiskowej.

Reklama
Jaki docelowo ma być udział energii z wiatru w naszym miksie energetycznym?
Lądowa energetyka wiatrowa ma bardzo duży potencjał. Do 2030 r. może dawać nawet ok. 20 proc. energii produkowanej w Polsce. W porównaniu z wiatrakami na morzu, te na lądzie powstają o wiele szybciej. Jest to też technologia rozproszona po całym terytorium kraju, co jest pożądane z punktu widzenia systemu elektroenergetycznego. W przypadku morskiej energetyki wiatrowej musimy się liczyć z dużymi inwestycjami w sieć przesyłową. Poza tym wiatraki na lądzie możemy stawiać bezpośrednio przy zakładach produkcyjnych.
Dla porównania, ile energii mamy mieć ze źródeł offshore?
Około 7 proc., czyli prawie trzy razy mniej.
Jakie zapisy tego projektu mogą powodować największe trudności dla inwestorów?
Projekt jest kompromisem, poprzedziły go długie konsultacje publiczne. Jako inwestorzy idziemy tu na bardzo duże ustępstwa, jeżeli chodzi o lokalizację farm wiatrowych, w porównaniu z procedurami obowiązującymi w Europie. Tam te procesy odbywają się błyskawicznie, a u nas mają być prowadzone długotrwałe konsultacje publiczne, będzie większy wgląd mieszkańców, rad gmin w informacje na temat projektu. Każdy będzie mógł się dowiedzieć wszystkiego. To ważny element, ale jednocześnie wydłuża ten proces.
Gdzie widzi pan największe ryzyko?
W zapisach obligujących do uzgodnień z sąsiednimi gminami.
Mimo to uważa pan, że nowe prawo daje szansę na pozytywny przełom dla wiatraków?
Oczywiście, projekt idzie w dobrym kierunku. Natomiast będzie wymagał od inwestorów bardzo profesjonalnego podejścia do tego, aby realizować inwestycje w nowym reżimie prawnym.
A jak ocenia pan poprawki wprowadzone do projektu na wniosek ministra Naimskiego. Zakładają one, że odległość instalacji wiatrowej od sieci najwyższych napięć będzie musiała wynosić co najmniej 2H lub 3D (2 x wysokość elektrowni wiatrowej lub 3 x średnica rotora wirnika), czyli ok. 300 m.
Zapisy, które mówią o odległości od linii energetycznej - naszym zdaniem - są bezzasadne. Nie jest uzasadnione oddalanie wiatraków na odległość 2H lub 3D od linii wysokich napięć. Obowiązujące europejskie normy mówią o odległo ści 1D. Dostępne są urządzenia - dławiki drgań - które niwelują negatywne oddziaływanie wiatraków na linie wysokiego napięcia. Projekt nie daje jednak możliwości negocjowania z operatorami sieci w tej sprawie i jest to ogromny kłopot dla inwestorów. Mam nadzieję, że parlament będzie jeszcze mógł to zweryfikować, z korzyścią dla wszystkich zainteresowanych stron.
Przeciwnicy wiatraków często posługują się argumentem, że ich rozwój oznacza promowanie zagranicznych technologii…
Przemysł sektora wiatrowego jest zlokalizowany w Polsce. Polskie firmy pod tym względem są liderami w Europie. Mówimy o zamówieniach na komponenty do farm wiatrowych na poziomie nawet 80 mld zł. Jeżeli w Polsce będzie perspektywa bezpiecznego, przewidywalnego wzrostu lądowej energetyki wiatrowej, to możemy osiągnąć local content na poziomie nawet 80 proc. do 2030 r.