Virginijus Sinkevičius komisarz UE ds. środowiska / UE
Polskie spółki energetyczne prowadzą kampanię pod hasłem „Polityka klimatyczna UE = droga energia, wysokie ceny”. Podobny przekaz płynie od pewnego czasu z rządu. Jak jest to odbierane w Brukseli?
Ta narracja jest bardzo myląca. To prawda, że koszty związane z systemem ETS poszły mocno w górę - z ok. 30 euro za tonę CO2 na początku ubiegłego roku do prawie 90 euro w grudniu. Ale należałoby zacząć od wyjaśnienia, czym są opłaty za emisje. Przecież to nie jest jakiś tam haracz ściągany z polskich firm przez Brukselę! Pieniądze ze sprzedaży uprawnień zasilają polski budżet. Wzrost cen uprawnień do emisji oznacza większe dochody państwa. Gdyby przeznaczyć środki z tegorocznych aukcji na pomoc polskim rodzinom narażonym na ubóstwo energetyczne, na każdą przypadłoby 8 tys. zł. Te pieniądze mogłyby pójść choćby na dopłaty do wymiany starych źródeł ciepła czy termomodernizację mieszkań. Tego kontekstu polska kampania nie pokazuje. Ale problematycznych elementów jest w niej więcej.
Reklama
Co jeszcze?
Na plakatach sugeruje się, że rosnące ceny CO2 to przyczyna podwyżek dotykających obywateli. Ilustruje to informacja, że opłata za emisje stanowi 60 proc. kosztów produkcji energii. Rzecz w tym, że dla konsumenta udział kosztów emisji w rachunku wygląda zupełnie inaczej niż dla elektrowni. Na opłaty za prąd składa się więcej składników: podatki i daniny, koszt korzystania z infrastruktury przesyłowej, marże firm. Z punktu widzenia obywatela koszty emisji to już tylko ok. 20 proc. rachunku.

Reklama
Obywatel może odnosić wrażenie, że Bruksela przerzuca się ze stroną polską odpowiedzialnością za drożyznę. Nie wygląda to najlepiej.
Nie, nie chcemy grać w taką grę. Na pewno nie wykupimy własnych billboardów i nie zaczniemy konkurencyjnej kampanii. Nie mamy takich możliwości ani ambicji. Ale nierzetelny przekaz musi spotkać się z odpowiedzią, a raczej uzupełnieniem o brakujące informacje.
Nie da się ukryć, że nasz sektor energetyczny ponosi wielkie koszty w związku z polityką klimatyczną.
Tak, ta cena dla energetyki w Polsce jest wysoka, bo jej emisyjność jest najwyższa w Europie. I jest to nie tylko kwestia węgla, lecz także stanu polskich instalacji. Dwie trzecie elektrowni w waszym kraju będzie musiało zostać wyłączone w ciągu najbliższej dekady ze względu na wiek, całkowicie niezależnie od Zielonego Ładu.
W zeszłym tygodniu koszt emisji tony CO2 zbliżył się do pułapu 100 euro. Tego typu cen spodziewano się do niedawna dopiero ok. 2030 r. Niepokój w związku z szybującymi cenami słychać coraz częściej, i to nie tylko po stronie koncernów.
Najlepszym sposobem na uniknięcie kosztów jest dekarbonizacja, czyli przede wszystkim odejście od węgla i budowa źródeł bezemisyjnych. Zielony Ład daje wiele możliwości na uzyskanie wsparcia tych wysiłków. Powiem więcej: Polska może być jego największym beneficjentem w Europie. Pieniądze z unijnych funduszy w połączeniu z dochodami z ETS powinny wystarczyć do złagodzenia negatywnych skutków opłat za emisje. Proszę jednak zauważyć, że polska kampania osiągnęła swój cel i zamiast o cenach energii dla gospodarstw domowych rozmawiamy o systemie ETS i kosztach dla elektrowni.
Skoro nie unijny system, to co odpowiada za podwyżki dla ludzi?
Złożyło się kilka czynników: odbicie gospodarcze, któremu towarzyszy zwiększony popyt na surowce energetyczne, wysokie sezonowe zapotrzebowanie na gaz ziemny, problemy z dostawami na całym świecie.
Czyli siła wyższa.
To nie zwalnia nas z działania. Dlatego zaleciliśmy krajom członkowskim wprowadzenie osłon i umożliwiliśmy wykorzystanie na walkę z kryzysem m.in. środków z ETS. Nie zmienia to faktu, że w dłuższej perspektywie niskie ceny energii zapewnią inwestycje: w OZE - bo to one wytwarzają prąd najtaniej i uwalniają nas od zależności od wahań cen surowców kopalnych - oraz w efektywność energetyczną.
Istnieje obawa, że zbyt wysokie koszty CO2 zamiast motywować firmy, obciążą je na tyle, że pieniędzy na zielone inwestycje im nie wystarczy.
Pretensje powinny być kierowane do rządu krajowego, bo to on decyduje o zagospodarowaniu środków z wyższych opłat za emisje. Nie ma przeciwwskazań, żeby skierować je na programy wsparcia dekarbonizacji. Przy czym trzeba zaznaczyć, że do tej pory Polska była daleko za średnią UE, jeśli chodzi o poziom tego typu inwestycji, na długo zanim wzrost cen CO2 przyspieszył.
Nie ma w tym przyspieszeniu, jego skali, żadnego problemu?
Mocny sygnał cenowy jest niezbędny dla realizacji naszych celów klimatycznych na 2030 r. Technologie niskoemisyjne muszą być wyraźnie premiowane. Poza tym ETS ma wbudowane bezpieczniki. Kiedy liczba uprawnień dostępnych na rynku spada poniżej 400 mln, dodatkowe certyfikaty uwalnia Rezerwa Stabilności Rynkowej (MSR). Mamy też narzędzia reagowania na nadmierne wahania cen. Interwencja jest możliwa w przypadku, gdy przez więcej niż sześć kolejnych miesięcy notowania uprawnień utrzymują się na poziomie ponad trzy razy wyższym, niż wynosi średnia z dwóch poprzednich lat.
A jednak w Unii debatuje się o korekcie ETS. Zdaniem pełnomocnika europarlamentu Petera Liesego mechanizm interwencji KE wobec nadmiernych cen należy „usprawnić”. Część eurodeputowanych popiera propozycje wykluczenia z rynku uprawnień podmiotów finansowych. Dyskutuje się też o korytarzu cenowym, który zwiększyłby przewidywalność rynku. Podobne pomysły zgłaszał w zeszłym roku polski rząd.
Oczywiście nad pewnymi modyfikacjami można się zastanawiać. Nie powinniśmy jednak gubić w tej dyskusji sensu systemu ETS. Jest nim zachęcanie podmiotów odpowiedzialnych za emisje do ich redukcji. Jeśli przy każdym wzroście cen uprawnień będziemy szukać wymówek i sposobów złagodzenia albo odłożenia tego efektu w czasie, skończy się to fiaskiem naszych celów klimatycznych.
W ostatnich tygodniach mogliśmy usłyszeć od wicepremiera polskiego rządu, że zrobi wszystko, by zatrzymać opracowany przez KE pakiet Fit for 55.
Nie rozumiem, skąd tak negatywne nastawienie Warszawy. Z mojego punktu widzenia Ff55 to dla kraju z potencjałem gospodarczym Polski ogromna szansa. Weźmy choćby miliardy na modernizację starzejącego się systemu energetycznego, który - jak już wspomniałem - wymaga pilnych inwestycji, nawet gdyby cele klimatyczne zawiesić. Dzięki pomysłom Komisji zaoszczędzicie miliardy na imporcie surowców kopalnych. W ciągu 20 lat ten rachunek przekroczył bilion złotych (z czego dwie trzecie zainkasowała Rosja). W interesie Polaków jest, żeby te pieniądze zostały w kraju. Weźmy wreszcie kwestie związane ze smogiem. Utrzymywanie węglowego status quo przyczynia się do 40 tys. przedwczesnych zgonów, które - według naszych szacunków - następują w Polsce każdego roku na skutek zanieczyszczeń powietrza.
Załóżmy jednak, że polski rząd obstaje przy swoim i domaga się wycofania pakietu albo zasadniczych zmian w jego treści.
Negocjacje dopiero się zaczęły. Jesteśmy otwarci na dyskusję o zastrzeżeniach poszczególnych stolic. Pamiętajmy jednak, że ten pakiet ma zapewnić realizację celów, na które zgodziliśmy się wszyscy. Jeżeli ktoś żąda wykreślenia jakiegoś rozwiązania, powinien mieć w zanadrzu alternatywę. Mamy nadzieję, że ostatecznie uda się wypracować porozumienie satysfakcjonujące wszystkich.
Mówi pan, że główna przyczyna drożejącej energii tkwi w gazie. Trudno dziś o tej kwestii mówić, nie uwzględniając roli Moskwy w ograniczaniu dostaw. To przełom w dyskusji o bezpieczeństwie energetycznym? W Brukseli dostrzeżono, jak pilną kwestią jest dywersyfikacja importu tego surowca?
Dla mnie osobiście te kwestie były zawsze oczywiste. Jako Litwini odzyskaliśmy niepodległość w 1990 r., ale wybijanie się na niezależność energetyczną zajęło nam znacznie dłużej. A pozostawanie przez lata - zanim sfinalizowaliśmy projekty dywersyfikacyjne, połączenia gazowe z Polską i Szwecją oraz infrastrukturę do odbioru LNG - w sferze wpływów Rosji słono nas kosztowało. Dziś ten koszt zależności odczuwa cała Europa, a Komisja angażuje się w rozmowy z alternatywnymi eksporterami. Ale obecna sytuacja powinna nam też uświadomić słuszność kursu na dekarbonizację. Musimy jako kontynent wybić się na niepodległość od dostawców surowców energetycznych. Tu muszę odnieść się do jednego z mitów, jaki krąży na temat Fit for 55. Jego krytycy twierdzą, że zwiększy on zależność Europy od gazu. W rzeczywistości jest odwrotnie.
A w Polsce?
Wasz przypadek jest nieco inny, bo najpilniejszą sprawą jest odejście od węgla, a ten krok będzie wymagał czasowego zwiększenia roli gazu. Chcielibyśmy mieć technologie, które umożliwiłyby ominięcie tego etapu, ale musimy się pogodzić z tym, że potrzebujemy jeszcze czasu na ich wypracowanie. Wstępny termin, jaki przyjęliśmy na odejście od gazu, to 2045 r.
Uwolnienie się od zależności od dostaw ze Wschodu wymaga inwestycji w nową infrastrukturę. Te będą jednak trudne przy krótkim i niepewnym horyzoncie dla gazu. Ponadto mamy ekologów, którzy, też nie bez racji, punktują Komisję za to, że dopuszczenie gazu do finansowania z puli na zielone inwestycje godzi w wiarygodność UE i może zagrozić celom klimatycznym. Podejście KE to próba wyważenia między sprzecznymi celami?
Nie ma sprzeczności. Nie jesteśmy entuzjastami gazu, ale jako realiści zdajemy sobie sprawę, że jest dziś nieodzowny jako paliwo pomostowe transformacji. To nie znaczy, że powinien on być jedynym filarem tej przemiany. Priorytet to rozwój OZE. Cel na 2030 r. to 40 proc. ich udziału w miksie i choć pozornie zmiana jest niewielka (wcześniej wynosił 32 proc.), jego realizacja będzie wielkim wyzwaniem. Co do kierunków dostaw, nie mam wątpliwości, że po doświadczeniach ostatnich miesięcy Europa będzie preferować te w najmniejszym stopniu obarczone ryzykiem politycznego szantażu. ©℗
Rozmawiał Marceli Sommer
Bruksela zmienia podejście do rynku praw do emisji
„Unia Europejska musi skuteczniej chronić się przed szokami cenowymi na rynku uprawnień do emisji (ETS). To ważne z punktu widzenia płynności transformacji i ochrony konsumentów przed rosnącymi rachunkami” - uważa Peter Liese, pełnomocnik PE ds. reformy systemu ETS. Niemiecki chadek zapowiada inicjatywę ustawodawczą, która ma usprawnić mechanizm interwencji Komisji Europejskiej w sytuacjach nadmiernego wzrostu stawek. „Celem nie powinny być wysokie ceny emisji, ale ich redukcja” - podkreślił Liese w rozmowie z Bloombergiem.
To kolejny sygnał zmiany podejścia do cen CO2 w unijnym mainstreamie. Wcześniej postulat wykluczenia instytucji finansowych z udziału w rynku poparł Jerzy Buzek wraz z grupą deputowanych komisji przemysłu badań naukowych i energii. Za zwiększeniem przewidywalności systemu opowiedzieli się też politycy Zielonych. Do tej pory najgłośniej postulaty zmian w systemie handlu uprawnieniami podnosił na forum UE rząd w Warszawie. Na przykład na ostatnim grudniowym szczycie w Brukseli Mateusz Morawiecki proponował reformy obejmujące m.in. bardziej aktywną rolę Brukseli na rynku emisji, wyznaczenie maksymalnej ceny uprawnień oraz ograniczenie roli podmiotów finansowych. Negocjatorom nie udało się wtedy uzgodnić wspólnego stanowiska i sprawa nie znalazła odzwierciedlenia w konkluzjach Rady Europejskiej.
Ogłoszenie inicjatywy Liesego i perspektywa nowych mechanizmów kontroli cen CO2 niemal od razu wpłynęła na nastroje na rynkach. Notowania pozwoleń na emisję, które jeszcze we wtorek wydawały się o krok od symbolicznego progu 100 euro za tonę, zaliczyły największy od grudnia spadek i od tego czasu utrzymują się tylko nieznacznie powyżej 90 euro.
Przekroczenie pułapu 100 euro prognozowano do niedawna na końcówkę dekady. Rynek CO2 rozchwiał się jednak m.in. pod wpływem nowych celów UE na 2030 r. oraz perturbacji na rynku gazu, które przyczyniły się do wzrostu popytu na „brudniejszy” węgiel. Swoje prognozy dla rynku ETS skorygował ostatnio Krajowy Ośrodek Badania i Zarządzania Emisjami. Według rządowego ośrodka w scenariuszu zgodnym z założeniami unijnego pakietu Fit for 55 średnia cena uprawnień w połowie dekady wyniesie ok. 76 euro (w porównaniu z niespełna 60 euro w ub.r.), a w 2030 r. ‒ 133 euro. ©℗
MS