Czy ja przypadkiem ostatnio nie pisałam o tym, że rząd w końcu przeprasza się z wiatrakami? Pardon, my french, ale kogoś chyba wiatrak uderzył, ponieważ jak się okazuje, specustawa, która miała wspomóc inwestorów chcących budować morskie farmy wiatrowe na Bałtyku, utknęła w martwym punkcie. Potwierdzili mi to zarówno posłowie PiS, jak i źródła w resorcie energii, a także sami zainteresowani.

Nasi rozmówcy twierdzą, że przed wyborami parlamentarnymi ustawy nie będzie, bo są inne priorytety. To dość śmiała teza, ponieważ rząd sam przyznał w projekcie planu energetyczno-klimatycznego złożonym w Brukseli, że nie zrealizujemy celu, jakim jest 15-proc. udział odnawialnych źródeł w produkcji energii w 2020 r. Oczywiście w dokumencie obiecujemy poprawę i deklarujemy budowę wiatraków na morzu.

Najśmieszniejsze jest to, że wypracowany projekt dokumentu, który przyjęty w tym roku pozwoliłby na uruchomienie pierwszej farmy na Bałtyku w 2026 r., jest kompromisem akceptowalnym przez praktycznie wszystkich uczestników dyskusji. I co? I nic. Trafił do szuflady czy innej zamrażarki, a przecież mógł być atutem w kampanii wyborczej: Oto rząd Prawa i Sprawiedliwości, zbawca górnictwa, który wprawdzie zarżnął wiatrakowy biznes na lądzie, buduje wiatrową potęgę Polski na Bałtyku…