- Zawsze było tak, że za akcje ratownicze dostawało się dodatkową gratyfikację doceniającą poświęcenie. Teraz jest ona okrojona i nie rekompensuje zagrożeń. A żony czy matki pytają: Po co ci to? Nie pchaj się tam! - mówi Leszek Modzelewski w rozmowie z DGP.

Leszek Modzelewski, ratownik, przewodniczący Związku Zawodowego Ratowników Górniczych przy JSW

Można ją porównać do innych, z którymi mieliśmy do czynienia w przeszłości?

Akcji zawałowych podobnych do tej było w ostatnich latach kilka, m.in. w Wesołej i Śląsku (ta ostatnia z 2015 r. była najdłuższa w historii, trwała ponad dwa miesiące – red.). Trudno je porównywać, każda jest inna, ale warto sumować doświadczenia.

Reklama

W Zofiówce był najsilniejszy wstrząs, 3,42 st. w skali Richtera, górnicza „ósemka” w 10-stopniowej skali. Jak to obrazowo wyjaśnić?

Reklama

Doszło do tego niemal kilometr pod ziemią, a w blokach na powierzchni w promieniu kilku kilometrów czuć było wstrząsy tak, że niektórzy przewracali się na podłogę. Musiało naprawdę mocno walnąć. Zawsze tam, gdzie jest epicentrum, są największe szkody. A epicentrum było dokładnie w tym chodniku, w którym znajdowali się poszukiwani górnicy.

Czy trudniejsze są akcje ratownicze związane z zawałem, gdy wyrobisko jest poskręcane, czy np. pożarowe, gdzie temperatury są bardzo wysokie?

Jak jest pożar, to można zamknąć określony rejon i próbować dojść inną drogą. Zawału nie można ominąć, a mogą jeszcze wystąpić wstrząsy wtórne. Albo wypływ metanu, który w zależności od stężenia może wybuchnąć lub się zapalić. To może doprowadzić do zapłonu pyłu i kolejnych wybuchów. Efekt domina. Ratownikom jest trudniej przebrnąć przez rumowisko. W Zofiówce przechodzą momentami przez półmetrową dziurę, podczas gdy normalnie chodnik ma 15 mkw. przekroju. Gorzej, gdy przejścia nie ma wcale i trzeba zdecydować, jaki element konstrukcji wyciągnąć, by nic nie popsuć. To trochę jak gra w bierki.

Niektórych dziwi, że ratownicy nie rozpoczęli akcji w sobotę od razu po wstrząsie, tylko kilka godzin później.

Kopalnia to zakład, w którym jest bardzo dużo czujników. Monitoruje je dyspozytor, który pierwszy wie, gdzie i co się wydarzyło. Na czujnikach sejsmicznych widzi wstrząsy, na metanowych nagły wypływ gazu z górotworu. Obserwuje, gdy zmienia się prędkość przepływu powietrza, co wskazuje na zawalenie chodnika. Reaguje: wycofuje załogę, a potem analizuje sytuację. Bez tego nie może wpuścić ratowników. Stężenie metanu wynosiło 40 proc., więc było tam za mało tlenu. Nie wiedział, czy poszkodowani żyją. Musiałby tam posłać żywych ludzi i to w sytuacji, gdy zagrożenie nie do końca zostało zdefiniowane.

Ale tam są ludzie...

To trudna i odpowiedzialna decyzja dotycząca życia. Także tych, których chcemy posłać na ratunek.

Ratownicy zawsze idą po żywego.

Ratownicy muszą mieć wiele predyspozycji. Jedną z nich jest zaangażowanie i przekonanie, że nie spuszczamy z tonu, nawet jeśli mamy wątpliwości.

A strach?

Jak jedziemy na dół, pewne rzeczy się wyklucza. Jesteśmy zdani na siebie i podejmujemy wyzwanie. Wiemy, że na dole nie ma apteki, nie kupimy plastra czy stoperanu.

Dlaczego w tej akcji, poza zawodowcami z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego, potrzebne było wsparcie ratowników z innych spółek węglowych, m.in. Polskiej Grupy Górniczej?

Po pierwsze, nie wiadomo, w jakim kierunku będzie zmierzać akcja i jej kierownik musi ocenić, czy uda się ją prowadzić własnymi siłami, czy od razu potrzebne będzie wsparcie. Należy pamiętać, że na każdy zastęp w akcji przypada jeden zastęp zabezpieczający. Po drugie – restrukturyzacja objęła całe górnictwo, w tym ratownictwo. W niektórych spółkach drużyny ratownicze zostały częściowo okrojone. A ludzi chcących wykonywać ten zawód jest coraz mniej.

Młodzi przychodzący do pracy w górnictwie nie garną się do ratownictwa?

Nie. Złożyły się na to na pewno zagrożenia i głębokości, na jakich pracujemy, ale też zarobki i podejście młodych ludzi do życia. Zawsze było tak, że za akcje ratownicze otrzymywaliśmy jakąś dodatkową gratyfikację doceniającą nasze poświęcenie. Teraz jest ona okrojona i nie rekompensuje zagrożeń. A żony czy matki pytają: Po co ci to? Nie pchaj się tam!

Czy to znaczy, że za chwilę może zabraknąć nam ratowników górniczych?

Istnieje takie ryzyko. Zarządy spółek węglowych czy ministrowie przechwalają się, że będą nowe regulacje płacowe w spółkach węglowych. Mam obawy, że wąska, ale ważna grupa zawodowa ratowników górniczych może zostać skrzywdzona.