Na razie nie spełniamy unijnych wymogów, ale mamy instrumenty, by ocalić miliony ludzi przed chorobami i przedwczesną śmiercią - mówią eksperci.

W piątek, 8 marca, Komitet Stałych Przedstawicieli (Coreper) państw członkowskich UE przeanalizuje propozycję nowelizacji dyrektywy w sprawie jakości powietrza (AAQD, Ambient Air Quality Directive). Parlament Europejski i prezydencja Rady UE porozumiały się co do jej zapisów już pod koniec lutego – normy mają być bardziej rygorystyczne, monitoring jakości powietrza usprawniony, a obywatele mają mieć szansę na odszkodowanie, jeśli przez naruszenie przepisów doznają uszczerbku na zdrowiu.

– Wzywamy do poparcia przez Polskę nowelizacji dyrektywy. Nie wyobrażamy sobie, żeby nasz kraj, o najgorszej jakości powietrza w Unii, opóźniał wdrażanie tych norm – mówi DGP Weronika Michalak, dyrektorka polskiego oddziału organizacji HEAL, zrzeszającej ponad 90 organizacji działających w sferze zdrowia publicznego w Europie.

Poniżej standardów

Przyjęcie nowych norm w latach 2030, 2040 i 2050 ma nas przybliżyć do spełnienia standardów uznanych przez Światową Organizację Zdrowia. W pierwszym kroku, czyli do 2030 r., zostaną niemal dwukrotnie zmniejszone m.in. dopuszczalne poziomy pyłów PM2,5 oraz dwutlenku azotu (NO2), uznanych za najbardziej szkodliwe dla zdrowia.

Polska jednak już teraz ma problem ze spełnieniem niższych norm. Według danych Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska za 2022 r. spośród 12 analizowanych zanieczyszczeń tylko dla siedmiu nie odnotowano przekroczeń w żadnej z 46 stref, na które podzielony jest kraj. Przekroczenia odnotowano w przypadku najbardziej szkodliwych PM2,5 oraz NO2. Największe problemy mamy z rakotwórczym benzo(a)pirenem w pyle zawieszonym PM10. W 2022 r. nie spełnialiśmy norm dla tej substancji aż w 70 proc. stref, co i tak oznacza poprawę, bo jeszcze 10 lat wcześniej norma nie była spełniona aż w 91 proc. stref.

Szacuje się, że spełnienie nowych wyśrubowanych norm w 2030 r. doprowadzi do obniżenia odsetka przedwczesnych zgonów w UE o 75 proc. w ciągu dziesięciu lat. „Zanieczyszczenie powietrza pozostaje największym pojedynczym środowiskowym zagrożeniem dla zdrowia Polek i Polaków – skutki i koszty zdrowotne brudnego powietrza są na niedopuszczalnie wysokim poziomie” – piszą w liście do szefowych resortów klimatu oraz zdrowia przedstawiciele organizacji pozarządowych oraz sektora zdrowia. Dodają, że zła jakość powietrza jest przyczyną ponad 40 tys. przedwczesnych zgonów w Polsce oraz milionów przypadków chorób każdego roku, co generuje koszty sięgające 10 proc. krajowego PKB.

Wymienić kopciuchy

Przyczyną problemów jest przede wszystkim tzw. niska emisja, czyli ogrzewanie paliwami kopalnymi, a także transport samochodowy. Jak twierdzi GIOŚ, w przypadku benzo(a)pirenu decydujące jest oddziaływanie emisji związanych z indywidualnym ogrzewaniem budynków, a spalanie paliw poza przemysłem i transportem odpowiada za ok. 94 proc. emisji.

– Aby spełnić normy zawarte w aktualnej propozycji dyrektywy, wystarczy po prostu skutecznie wykorzystać narzędzia, które już istnieją – egzekwować ambitne zapisy uchwał antysmogowych i programu „Czyste Powietrze”, wprowadzić strefy czystego transportu czy usprawnić realizację niskoemisyjnych polityk miejskich, m.in. dotyczących transportu zbiorowego, aktywnej mobilności, ścieżek rowerowych – mówi nam Weronika Michalak.

Kary albo derogacja

Co jednak, jeśli Polska nie wypełni norm? Wtedy musimy liczyć się z karami. Już w przeszłości Komisja Europejska uruchomiła procedury naruszeniowe przeciwko Polsce w związku z niespełnieniem norm jakości powietrza. Jak mówi nam przedstawiciel resortu, w styczniu wysłano do Komisji odpowiedź z informacją o znacznej poprawie sytuacji – w 2023 r. liczba stref z naruszeniami była już bliska zeru. Ministerstwo liczy, że wystarczy to do odsunięcia ryzyka nałożenia kar finansowych.

Wstępne porozumienie w sprawie nowych norm zawiera wytrych – możliwość derogacji. Do końca stycznia 2029 r. państwa członkowskie będą mogły wystąpić o odroczenie terminu, w którym osiągną dopuszczalne limity jakości powietrza. Może to być pięć lat później, „jeżeli prognozy wskazują, że dopuszczalnych wartości nie da się osiągnąć w pierwotnym terminie” lub dopiero 2040 r., „gdy niezbędnych redukcji można dokonać jedynie poprzez znaczny wpływ na istniejące systemy ogrzewania domowego”.

Według naszych rozmówców już teraz powinniśmy podjąć działania, żeby nie musieć korzystać z tej możliwości. – Rząd posiada skuteczne narzędzia do walki z zanieczyszczeniem powietrza i powinien dążyć do tego, żeby za pięć lat nie trzeba było wnioskować o zmianę terminu dostosowania do nowych norm. Najwyższą cenę za potencjalne opóźnienia we wdrażaniu przepisów antysmogowych zapłacą mieszkanki i mieszkańcy – mówi Weronika Michalak. Według szacunków opóźnienie wdrożenia nowych norm o 10 lat przyczyniłoby się do nawet 87 tys. dodatkowych zgonów w Polsce. ©℗

Strefy spełniające normy jakości powietrza w Polsce / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe