Reklama
Zaledwie co trzecie opakowanie plastikowe trafia w Europie do recyklingu, a produkuje się ich tutaj 26 mln ton rocznie. Pozostałe dwie trzecie lądują na składowiskach albo są spalane lub wywożone do biedniejszych krajów (głównie azjatyckich), gdzie o dochowaniu jakichkolwiek ekologicznych standardów nie może być mowy. Tak się dzieje z odpadami w większości krajów UE, które podobnie jak my od lat zmagają się z milionami ton jednorazowych, nienadających się do przetworzenia produktów.
Wkrótce ma się to zmienić. Tak przynajmniej czytamy w licznych unijnych dokumentach, w których co kilkanaście miesięcy obwieszczane są nowe plany zmian przepisów i instrumenty wsparcia. To niekiedy tysiące stron rekomendacji, priorytetów i celów. Te ostatnie są coraz bardziej wyśrubowane. Tyle że zdecydowana większość krajów UE od wielu lat nie radzi sobie nawet z poprzednimi, łagodniejszymi. Papier wszystko przyjmie – mówią coraz liczniejsi branżowi sceptycy, którzy coraz częściej mają wątpliwości, czy unijne wymogi są w ogóle możliwe do spełnienia, a narzędzia do ich realizacji adekwatne.
Bruksela na razie hołduje zasadzie „ani kroku wstecz” i odrzuca pomysły, by urealnić cele, które są poza zasięgiem zdecydowanej większości krajów UE. Na ile taka polityka się sprawdza? Powiedzieć, że stoimy w miejscu, byłoby nadużyciem, bo owszem, co roku zbliżamy się do wyśrubowanych poziomów, tyle że minimalnie. Przykładowo ilość wszystkich odpadów, również przemysłowych, składowanych w UE spadła w latach 2010–2018 r. o 7,6 proc., czyli zaledwie z 173 mln ton do 160 mln ton rocznie. Śmieciowa rewolucja raczkuje w tempie zbyt wolnym, by chociaż nadążyć za coraz większą lawiną produkowanych przez nas odpadów, a co dopiero mówić o radykalnym zwiększeniu odsetka tych trafiających do recyklingu.
Czy to oznacza, że powinniśmy już teraz wywiesić białą flagę? Bynajmniej. Ale nie pomoże nam też naiwne myślenie życzeniowe, że wieloletnie zaniedbania inwestycyjne można w ciągu kilku lat zasypać, a mieszkańcy z dnia na dzień nauczą się tak segregować odpady, by nie marnować żadnego wartościowego surowca. Nie pomoże też zaklinanie rzeczywistości w sprawozdaniach, by chociaż w statystykach wykazać, że radzimy sobie lepiej. Tę spiralę trzeba przerwać. Tylko jak to zrobić?

Reklama
Ku zielonej przyszłości
Musimy przyspieszać z recyklingiem, zerwać ze składowaniem odpadów i jak najszybciej wdrożyć gospodarkę obiegu zamkniętego (GOZ) – co do tego jest zgoda rządzących, organizacji ekologicznych i unijnych decydentów. Jeszcze kilka lat temu niemal jednogłośnie temu kierunkowi zmian przyklaskiwała też branża odpadowa, widząc w nim zapowiedź nieuchronnego i oczekiwanego ucywilizowania rynku. Szansę, by zreformować nieszczelny, szkodliwy dla środowiska i mało efektywny system, w którym miliony ton odpadów zamiast być przetwarzane, lądowało na składowiskach, czyli – upraszczając – trafiało do ziemi. W Polsce branża i samorządy zacierały też ręce na nowe inwestycyjne rozdanie europejskich funduszy, które miały pomóc zniwelować technologiczną przepaść między nami a krajami „starej” UE – chociażby w kwestii biogazowni, spalarni odpadów czy doposażenia sortowni. Dziś po tym entuzjazmie nie ma śladu, a krajobraz po pierwszych bitwach wygląda zupełnie inaczej, niż przewidywaliśmy. Zamiast szybkich zwycięstw i sprawnie wprowadzanych reform mamy trwające latami oblężenia i długie legislacyjne marsze, które zdają się prowadzić donikąd.
Chaos krajowych przepisów pogłębia się z miesiąca na miesiąc, opór społeczny przed zmianami (i rosnącymi cenami usług komunalnych) jest większy, niż się tego spodziewaliśmy, a wiele kluczowych inwestycji stoi w miejscu. Mimo głośnych zapowiedzi zakłady recyklingu wciąż czekają na wyższe stawki opłat, które powinni płacić producenci opakowań, by – jak w całej UE – realnie partycypować w kosztach sprzątania środowiska po swoich produktach. Reforma systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP) wlecze się jednak w ślimaczym tempie od kilku lat. Wkrótce mamy poznać kolejny już projekt ustawy, w którym ma zostać uwzględniona część postulatów zgłoszonych w trakcie konsultacji społecznych. To dobrze, bo to zbyt ważna reforma, by wdrażać ją bez ogólnej zgody. Ale i źle, bo wrócimy do punktu wyjścia, przez kolejne miesiące debatując nad konkretnymi zapisami.
Zniechęcone są też samorządy, dla których odpady od kilku lat oznaczają tylko kłopoty. Koszty systemu rosną z roku na rok – w dużym stopniu niezależnie od działań lub zaniechań konkretnych włodarzy. Mimo to podwyżki opłat trzeba komunikować obywatelom, co często staje się zarzewiem sporu radnych z władzami miasta – ci pierwsi stają zawsze po stronie mieszkańców. Ci z kolei doświadczają szoku, że za śmieci nie płacą już kilku, tylko nawet kilkadziesiąt złotych od osoby (w 2019 r. średnio płaciliśmy 9 zł – wynika z wyliczeń Forum Gospodarki Odpadami; podwyżki wyniosły 200–400 proc. w różnych miejscach kraju).
Rozwiązaniem, które ulżyłoby wszystkim, byłoby doinwestowanie obecnych lub budowa nowych zakładów. Ale i z tym jest problem, bo niemal każda taka inicjatywa to nie tylko kilkuletnia droga przez biurokratyczną mękę, lecz także niesłabnący – niekiedy podżegany przez organizacje społeczne – konflikt z mieszkańcami terenów, w których sąsiedztwie miałby powstać taki obiekt. Wielu samorządowców boleśnie przekonało się też, że samo rozstawienie na osiedlach kubłów w pięciu kolorach to za mało, by poprawić selektywną zbiórkę. Blisko 70 proc. naszych śmieci wciąż ląduje w czarnym (dane GUS za 2020 r.), z którego nawet najlepsze sortownie są w stanie wydobyć maksymalnie kilkanaście procent wartościowych surowców.
Dzięki szybkiej zmianie przepisów rząd odsunął w czasie kary za niewywiązywanie się z poziomów recyklingu, rozkładając kolejne pułapy na nadchodzące lata. Wymagany poziom 55 proc. gminy mają osiągnąć w 2025 r. Sankcji nie będzie jednak można unikać w nieskończoność. A będą to niebagatelne kwoty, bo każda brakująca tona ma kosztować 270 zł. W sumie w skali kraju może to być ponad 1 mld zł rocznie.
W grupie nie raźniej
Marnym pocieszeniem jest to, że zadyszkę łapią też kraje, w których odpady zbiera się selektywnie nie od kilku, lecz kilkudziesięciu lat (np. Szwecja, Niemcy, Francja) i gdzie infrastruktura do ich przetwarzania jest o wiele bardziej rozbudowana niż w Polsce. Z ostatnich oficjalnych statystyk Eurostatu (za 2017 r.) wynikało, że na dobrej drodze do osiągnięcia jednego z ekologicznych kamieni milowych, czyli poddania recyklingowi 50 proc. swoich odpadów komunalnych w 2020 r., było zaledwie dziewięć państw (a pięć – Austria, Belgia, Niemcy, Holandia i Słowenia – ten poziom przekraczało). Ile ostatecznie osiągnęło ten cel? Nie znamy jeszcze oficjalnych statystyk europejskich. Wśród dobrze rokującej dziewiątki nie było Polski, która zgodnie z danymi GUS za 2020 r. poddała recyklingowi ok. 29 proc. swoich odpadów. Eurostat podawał, że w 2017 r. było to 34 proc.
Skąd ta różnica? Przynajmniej po części wynika ona z różnych metod obliczania w krajach członkowskich i na poziomie administracji UE. Mechanizm liczenia wkrótce ponownie się zmieni. Będzie bardziej rygorystyczny, ale też prostszy i bardziej wiarygodny, bo nie będzie zawierał tylu zmiennych co obecny. Wzór ma wyglądać następująco: masa odpadów poddanych recyklingowi dzielona na całkowitą masę wytworzonych odpadów i mnożona przez 100 proc. To ograniczy kreatywną księgowość i powszechne w całej UE zawyżanie statystyk w sprawozdaniach, co pozwalało wielu krajom kultywować biurokratyczną fikcję.
– W Austrii żużel i odpady po spalaniu są składowane, choć proces ten nie jest klasyfikowany jako składowanie, tak jak jest to w Polsce. W efekcie w statystykach wychodzi na to, że jesteśmy dużo bardziej w tyle, choć różnice wynikają bardziej z odmiennych sposobów sprawozdawania. Jeżeli nie zaczniemy uczciwie i otwarcie rozmawiać z Brukselą o realiach rynku, to przez kolejne lata będziemy się tylko przerzucać statystykami. Tylko czy o to nam chodzi? – mówił podczas sesji otwierającej tegoroczny Kongres Envicon Tomasz Uciński, prezes Krajowej Izby Gospodarki Odpadami.
Sygnały, że na drodze w kierunku gospodarki obiegu zamkniętego nie wszystko idzie zgodnie z planem, dochodzą nie tylko ze strony gmin i przedsiębiorców. Rok temu Europejski Trybunał Obrachunkowy (ETO) zakomunikował, że UE może nie osiągnąć celów recyklingu opakowań z tworzyw sztucznych na lata 2025 i 2030 (wynoszą one kolejno 50 i 55 proc.). W Unii udało się w 2018 r. osiągnąć średnią 41 proc. (w Polsce 34 proc.). To mało, a przy tym, jak zauważył ETO, jest to zawyżona statystyka oparta na starym – korzystniejszym – sposobie liczenia poziomów recyklingu, który realnie powinien być o kilkanaście procent niższy.
Trybunał zwraca też uwagę, że recykling w wielu krajach UE przez lata polegał na przetwarzaniu tylko najczystszych frakcji, wysyłaniu nieopłacalnych śmieci do Chin i spalaniu pozostałości (choć trudno je tak nazywać, skoro w niektórych krajach przekraczają 50 proc. zebranych odpadów). W zestawieniu krajów, które wiodą prym w tym modelu, wymieniono (i krytycznie oceniono) m.in. Niemcy, Francję, Holandię i Zjednoczone Królestwo, czyli państwa, które dotychczas stawiano za wzór – z funkcjonującą od lat obowiązkową selektywną zbiórką, systemami kaucyjnymi i dużo sprawniej działającymi mechanizmami ROP. Mimo tych narzędzi państwa te przez lata przodowały w eksporcie swoich śmieci na drugi koniec globu. Jak wylicza ETO, do 2018 r. głównym miejscem przeznaczenia wywozu odpadów było Państwo Środka, do którego trafiło 77 proc. (2,4 mln ton) wszystkich odpadów tworzyw sztucznych wywożonych z UE. Jeszcze w 2012 r. było to „zaledwie” 43 proc. Po wprowadzeniu przez Chiny embarga na import odpadów ich miejsce zajęły Tajlandia, Tajwan, Turcja, Malezja i Indonezja. „Sugeruje to, że państwa członkowskie UE są w dużym stopniu zależne od recyklingu poza UE. Komisja szacuje, że UE dysponuje infrastrukturą do recyklingu jedynie połowy swoich całkowitych odpadów tworzyw sztucznych” – ostrzega ETO.
Dwa stopnie naraz
Czy to nie powinien być kubeł zimnej wody dla UE? Czy nie zapędziliśmy się z ambitnymi planami, a nie mamy pomysłu na to, jak je zrealizować? Wiele tych obaw zostało wyrażonych w dwóch listach środowisk branżowych (podpisało się pod nimi dziewięć organizacji, w tym Municipal Waste Europe, CEWEP, Euroheat & Power) adresowanych m.in. do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von den Leyen i wiceprzewodniczącego KE Fransa Timmermansa. Jednym z postulatów było „wznowienie opartej na faktach dyskusji o odpadach, których nie można poddać recyklingowi”.
„Nikt w branży nie kwestionuje hierarchii postępowania z odpadami. Priorytetami zawsze muszą być zapobieganie ich powstawaniu, ponowne użycie i recykling. Brakuje jednak wskazówek i wytycznych, jak kraje członkowskie, w których dziś dominującym sposobem zagospodarowania odpadów jest składowanie, mają osiągnąć postawione przed nimi cele” – przekonują sygnatariusze. I podkreślają, że zdecydowana większość państw Wspólnoty łączy recykling ze spalaniem odpadów, któremu w 2018 r. poddano ponad 42 proc. odpadów z tworzyw sztucznych. „Jednocześnie UE udaje, że termiczne przekształcanie z odzyskiem energii nie istnieje i oczekuje, że mniej rozwinięte kraje w kilka lat przejdą ze składowania do recyklingu, bez etapu pośredniego” – przekonują autorzy.
W Polsce tą metodą w dziewięciu specjalistycznych spalarniach zagospodarowywanych jest ok. 1,1 mln ton z ok. 13 mln ton wszystkich odpadów komunalnych. W całej UE takich instalacji jest ponad 520, z czego najwięcej we Francji (121) i Niemczech (100).
– Jako branża oczekujemy jedynie szansy na wyrównanie dysproporcji w dostępie do technologii, które są powszechnie stosowane w wielu krajach UE. Z praktycznego punktu widzenia brakuje nam możliwości zagospodarowania odpadów resztkowych, które przez cały czas wytwarzamy. I to się szybko nie zmieni, bo wizja świata bez odpadów jest piękna, ale mało realistyczna, nieważne, jak bardzo zaklinalibyśmy dzisiaj rzeczywistość – mówi Tomasz Uciński, prezes KIGO.
Odsiecz na horyzoncie?
Ambitne cele UE nie są oczywiście niczym nowym – branża wiedziała o nich od lat i nie powinna być dziś zaskoczona, że Komisja Europejska domaga się ich egzekwowania. Sęk w tym, że dotychczasowe mechanizmy, które miały przyspieszyć transformację w kierunku GOZ, przyniosły jak na razie fragmentaryczne i co najwyżej umiarkowane rezultaty.
Jednym z takich narzędzi miało być ekoprojektowanie, czyli zestaw wytycznych, jak łączyć ze sobą różne elementy, a jakich materiałów lub połączeń unikać, by produkt można było łatwo naprawić lub rozmontować i poddać recyklingowi. Dlaczego wciąż pozostaje ono jednak bardziej hasłem niż realnym systemem, który przynosiłby wymierne i powszechnie odczuwalne rezultaty? Brakuje woli przemysłu? Przepisów, które wyznaczyłyby standardy i premiowały bardziej ekologiczne rozwiązania? I jednego, i drugiego. Świadoma wyzwania, jakim jest uregulowanie tego rynku, jest sama Komisja Europejska. W jednym z dokumentów roboczych, na które powołuje się Europejski Trybunał Obrachunkowy, czytamy, że „bardziej kompleksowe opracowywanie opakowań z tworzyw sztucznych z myślą o zapewnieniu zdolności do recyklingu napotyka wiele przeszkód związanych z procesami produkcji, zwyczajami i brakiem dialogu w całym łańcuchu wartości oraz między różnymi podmiotami”.
Nadziei na poprawę tej sytuacji wielu upatruje we wdrożeniu ROP. Doświadczenia innych krajów pokazują jednak, że wbrew temu, co często słyszymy, nie jest to panaceum na wszystkie problemy odpadowe. Nie żeby zastrzyk funduszy od przedsiębiorstw był zbędny. Przeciwnie. Czy jednak wysokie stawki w Niemczech i Austrii faktycznie skłoniły tamtejszych producentów, by przeprojektowali swoje opakowania pod kątem ułatwień dla recyklingu? Jak wiele firm przypartych do muru przez zaporowe opłaty postawiło na opakowania wielokrotnego użytku? Konkretnych danych brakuje, ale nic nie wskazuje, by było ich wiele. Wciąż bardziej opłaca się produkować nowy plastik niż odzyskiwać już istniejący. I wreszcie: skoro systemy komunalne w całej zachodniej Europie były od lat tak świetnie dofinansowane dzięki ROP, to dlaczego wciąż bardziej opłacało się wywozić odpady do Chin i reszty Azji?
Trzeba przyznać, że wiele zmian dopiero przed nami. Na przykład do 1 stycznia 2025 r. państwa członkowskie będą musiały ustanowić osobny system zbierania tekstyliów i odpadów niebezpiecznych z gospodarstw domowych. Pozwoli to ograniczyć ilość trudnych w dalszej obróbce ubrań – często niejednolitych materiałowo (np. bawełna z dodatkiem poliestru) i zabrudzonych – w odpadach zmieszanych.
W najbliższych tygodniach powinna zostać przedstawiona propozycja nowelizacji dyrektywy opakowaniowej (Packaging and Packaging Waste Directive – PPWD). Znaleźć mają się w niej obowiązkowe poziomy udziału surowca z recyklingu w większej liczbie produktów, nie tylko w plastikowych butelkach na napoje, jak to przewiduje (wciąż niewdrożona w Polsce) dyrektywa w sprawie ograniczenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko (dyrektywa SUP od ang. single-use plastics – red).
– Po raz pierwszy mamy zobowiązanie Komisji Europejskiej, że w ramach dyrektywy opakowaniowej naprawdę skupi się na tym, by zapobiegać tworzeniu odpadów. To ogromna szansa, by zmniejszyć ilość opakowań i odpadów, która w Europie jest teraz największa w historii – mówił w rozmowie z portalem euractiv.com Jean-Pierre Schweitzer z Europejskiego Biura ds. Środowiska (EEB). W UE trwają też dyskusje nad objęciem systemem kaucyjnym baterii i sprzętu elektronicznego. Czy to jednak wystarczy, by urealnić plany UE?
Wierzchołek góry lodowej
Niewykluczone, że prawdziwa konfrontacja realiów i oczekiwań branży z rozpędzoną zieloną machiną UE dopiero przed nami, choć w Polsce główny spór nie musi dotyczyć odpadów. Dziś powoli zaczynamy już odczuwać przedsmak kosztów czekającej nas transformacji gospodarki. Przy podwyżkach cen prądu, gazu i paliw płynnych szokujące niektórych w ostatnich latach wzrosty opłat za odpady mogą się okazać burzą w szklance wody, gdy na horyzoncie rośnie już fala tsunami.
Czy unijne społeczeństwa są gotowe zaakceptować ten stan i na ile poparcie dla ekologicznych polityk utrzyma się, gdy UE zacznie wystawiać rachunek i egzekwować wykonywanie przepisów? Możliwych scenariuszy jest wiele, ale warto wyróżnić dwa, oba na swój sposób niekorzystne.
W pierwszym UE nie ustępuje nawet o krok ze swoich ambitnych planów i rygorystycznie wymaga ich realizowania. W efekcie sypią się kary, które mogą zdyscyplinować państwa członkowskie do realnych, a nie pozorowanych zmian. Ale mogą też zniechęcić do ochrony środowiska kolejne grupy potencjalnych wyborców, wpychając ich w ramiona antyekologicznych i antyunijnych populistów, dla których liczyć się będą tylko doraźne korzyści i wstrzymanie wzrostu cen. W drugim scenariuszu nacisk państw, które nie wyrabiają się z osiągnięciem celów, jest tak duży, że KE zaczyna przymykać oko na niedociągnięcia w sprawozdaniach i kreatywne liczenie poziomów recyklingu, by nie eskalować i tak już napiętych nastrojów społecznych. A my – uspokojeni – przestajemy robić cokolwiek, by zapobiec katastrofie.
Jeżeli UE będzie dogmatycznie trzymać się raz obranej drogi, Polska, mimo starań, nie uniknie wielomilionowych kar. Będzie to dla niej kubeł zimnej wody, ale nie ma żadnej gwarancji, że zainicjuje on przełomowe zmiany, które pozwolą samorządom uniknąć kar w następnych latach. Nowe instalacje nie powstaną bowiem z dnia na dzień, a z uszczuplonych gminnych budżetów trudniej będzie modernizować sortownie czy doinwestowywać infrastrukturę do selektywnej zbiórki. W efekcie zagospodarowanie odpadów będzie coraz droższe, ale nie bardziej efektywne. Ale poluzowanie standardów UE też może nie wyjść nam na dobre. Przymykanie oka na zakłamywanie rzeczywistości w statystykach będzie bowiem cementowaniem fikcji, która sprzyja rozwojowi szarej strefy i uderza w uczciwych przedsiębiorców. W końcu papier wszystko przyjmie, podobnie jak składowisko, na które trafiać mogą zbyt trudne i kosztowne odpady.
Zostaje nam czarnowidztwo? Dopóki nie przerwiemy zamkniętego kręgu nadprodukcji (włącznie z nagminnym niszczeniem niesprzedanych towarów, np. ubrań), na niewiele zdadzą się kolejne ekologiczne deklaracje i śmiałe plany Komisji Europejskiej. Świat bez odpadów będzie możliwy wyłącznie wtedy, gdy finansowy koszt ich wytwarzania okaże się tak nieopłacalny, że w interesie wszystkich – nie tylko wąskiej grupy ekologów – będzie radykalna zmiana modelu sprzedaży, konsumpcji i związanych z nią nawyków (np. rezygnacji z pakowania wszystkiego do jednorazowych torebek). A to musi się wiązać nie tylko z powstaniem nowych zakładów recyklingu, lecz także radykalnym wzrostem kosztów produkcji najbardziej szkodliwych dóbr, co naturalnie wywołuje ogromny opór. Nie tylko środowisk biznesowych, lecz także konsumentów.
Takie zmiany są możliwe, co widać na przykładzie Francji. Tamtejszy rząd był w stanie, mimo oporu wielu środowisk, zakazać niszczenia niesprzedanych ubrań i sprzętu elektronicznego, wyrzucania przeterminowanej, choć dobrej jakościowo żywności, pakowania owoców i warzyw w plastikowe torebki. I wymusić, by od 2030 r. nie można było wprowadzać na jej rynek produktów nienadających się do recyklingu. Czy rozwiązuje to wszystkie problemy gospodarki odpadami Francji, gdzie wciąż funkcjonuje najwięcej spalarni odpadów w całej UE? Jak widać, nie. Ale jest to sygnał, że jeśli konkretne zmiany są wprowadzane z wyprzedzeniem i konsekwentnie, to mogą się powieść. Bez naiwnego marzycielstwa, że jedna lub dwie regulacje uzdrowią cały system.
Nie uzdrowią. Czeka nas dłuższa walka, ale wymierne korzyści z pierwszych wygrywanych bitew – otoczenie bez walających się śmieci, mniej mikroplastiku w środowisku, koniec pożarów odpadów – możemy odczuć szybciej niż dopiero w 2035 r., gdy powinniśmy poddawać recyklingowi 65 proc. odpadów komunalnych. Czy warto tak długo czekać? ©℗
Prawdziwa konfrontacja realiów i oczekiwań branży i konsumentów z rozpędzoną zieloną machiną UE dopiero przed nami. W Polsce główny spór nie musi dotyczyć odpadów