Trwa mobilizacja, aby osiągnąć zadeklarowany wiele lat temu przez najzamożniejsze państwa cel 100 mld rocznie tzw. finansowania klimatycznego. Termin tej obietnicy upłynął w 2020 r., ale według ostatnich wyliczeń do jej spełnienia nadal brakuje co najmniej 10 mld dol. Do połowy dekady kraje rozwinięte powinny nadgonić zaległości, tak aby łączne wsparcie za pięciolatkę przekroczyło próg 500 mld dol.
Według nieoficjalnych doniesień jeszcze przed rozpoczynającym się za niecałe trzy tygodnie szczytem klimatycznym w Glasgow zwiększenie wsparcia dla transformacji w krajach rozwijających się mają ogłosić Hiszpania, Norwegia i Szwecja. Nad nowym celem pracują też Włochy, zaliczane do największych skąpców w tej dziedzinie, pełniące funkcję współorganizatora przyszłorocznego COP26. Niedawno kolejne podwojenie funduszy zadeklarował prezydent USA Joe Biden. Od 2024 r. Waszyngton ma wpłacać 11,4 mld dol. rocznie. Dzięki tym deklaracjom próg 100 mld może zostać osiągnięty w przyszłym roku. Nie jest jednak jasne, czy i w jaki sposób demokrata przekona amerykański Kongres do tak radykalnego zwiększenia tych zobowiązań - zwłaszcza w przypadku, gdyby w przyszłorocznych wyborach utracił parlamentarną większość.
Kwota nieco ponad 11 mld dol. pozostaje też daleka od spełnienia oczekiwań wobec Stanów Zjednoczonych. Dość odnotować, że UE już dziś przeznacza na pomoc klimatyczną prawie 25 mld dol. rocznie, a podobny do Amerykanów cel (ponad 11 mld funtów w ciągu pięciu lat) zadeklarowała znacznie mniejsza Wielka Brytania. Według szacunków ekspertów, biorąc pod uwagę wielkość amerykańskiej gospodarki i historyczne emisje gazów cieplarnianych, za które odpowiada, „sprawiedliwy udział” USA w kosztach światowej transformacji to ponad 40 mld dol. rocznie.
Reklama
Deklaracja Bidena pomoże zmobilizować do zwiększenia pomocy kolejnych darczyńców. Oprócz USA do maruderów w tej dziedzinie zaliczane są m.in. Australia i Kanada, które przeznaczają na pomoc klimatyczną mniej niż połowę swojego „sprawiedliwego udziału”. Krytykowani są także Brytyjczycy, który jako gospodarze konferencji klimatycznej wzywają bogate państwa do zwiększenia finansowania klimatycznego, ale w związku z pandemią sami ograniczyli wydatki pomocowe.
Pieniądze te uznawane są za klucz do sukcesu negocjacji klimatycznych. Biedniejsza część świata nieraz sygnalizowała, że kraje, które wzbogaciły się na paliwach kopalnych, muszą zrekompensować im koszty transformacji i bez spełnienia danego słowa w sprawie 100 mld dol. nie widzą możliwości dalszego śrubowania ambicji klimatycznych. A bez zaangażowania państw, które charakteryzują się najbardziej dynamicznym wzrostem populacyjnym i gospodarczym, zahamowanie ocieplenia nie będzie możliwe.
Ochrona klimatu i związana z tym rywalizacja polityczna i wizerunkowa to niejedyny argument za mobilizowaniem środków na zagraniczne zielone inwestycje. To także okazja do podjęcia rękawicy rzuconej przez Chiny, które stały się niekwestionowanym liderem, jeśli chodzi o finansową obecność na Globalnym Południu. Dlatego o planach rozwijania wsparcia infrastrukturalnego dla krajów rozwijających coraz częściej mówią w ostatnim czasie UE, Wielka Brytania oraz G7. Coraz bardziej zaawansowane są plany konkurencyjnego wobec chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku (BRI) mechanizmu zielonego wsparcia infrastrukturalnego tworzone w Waszyngtonie pod hasłem „lepszej odbudowy dla świata” (Build Back Better for the World). Według ostatnich doniesień Biały Dom rozpoczął rozmowy na temat udziału w inicjatywie w Ameryce Południowej, gdzie kilkanaście krajów jest obecnie zaangażowanych w BRI.
Wartość inwestycji zrealizowanych w ramach promowanej pod hasłem „nowego jedwabnego szlaku” inicjatywy Pekinu szacowana jest na ponad 4 bln dol. Obejmowały one m.in. ponad 200 elektrowni węglowych. Wyliczenia think tanków wskazują, że chińskie inwestycje realizowane w ramach BRI odpowiadają za ślad klimatyczny mierzony w setkach milionów ton CO2, a zakładając standardowy okres użytkowania sfinansowanej przez Chińczyków infrastruktury do 2050 r., nawet połowa emisji CO2 może pochodzić z krajów będących beneficjentami BRI. Charakter chińskiej inicjatywy może się zmienić w związku z zadeklarowanym ostatnio przez Chiny wygaszeniem finansowania inwestycji węglowych za granicą. Wsparcie Zachodu może być jednak dla Globalnego Południa atrakcyjną alternatywą, również ze względu na dające się im we znaki ukryte koszty chińskiego wsparcia. Warunki przyznawanych przez Pekin pożyczek przyczyniły się do wpędzania wielu beneficjentów w pętlę zadłużenia. W przypadku kilkudziesięciu z nich dług wobec Chin stanowi ponad 10 proc. ich PKB.

www.gazetaprawna.pl/biznes-i-klimat/