Na niespełna dwa miesiące przed szczytem COP26 w Glasgow kolejną wizytę w Chinach odbył amerykański wysłannik ds. klimatycznych John Kerry. Z kolei wczoraj Państwo Środka opuścił desygnowany na przewodniczącego konferencji Alok Sharma. Brytyjczyk wyraził z tej okazji nadzieję na przedstawienie przez Pekin zwiększonego celu redukcji emisji do 2030 r. i konstruktywny udział tego kraju w nadchodzących negocjacjach. Mniej stonowany był Kerry, który naciskał na Chiny, by zadeklarowały dążenie do zahamowania wzrostu światowych temperatur w granicach 1,5 st. C w porównaniu do epoki przedprzemysłowej, czyli bardziej ambitnego z celów zapisanych w porozumieniu klimatycznym z Paryża, a także określiły harmonogram dekarbonizacji na najbliższą dekadę i wycofały się z finansowania zagranicznych projektów węglowych. Podkreślił również, że chińskie plany na nic się nie zdadzą, jeśli Pekin będzie wciąż przyzwalał na rozbudowę mocy węglowych w kraju.
Intensyfikacja wysiłków dyplomatycznych na chińskim froncie wynika ze szczególnej roli, jaką ten kraj odgrywa w kwestiach klimatycznych. Dość powiedzieć, że Państwo Środka jest największym emitentem i największym spalaczem węgla na świecie. Gospodarka Chin jest tak wielka, a jej rozwój – w ogromnej mierze napędzany węglem – tak intensywny, że – jak pokazują ostatnie dane – Pekin jest w stanie samodzielnie zaprzepaścić skutki dekarbonizacji realizowanej przez resztę świata. Roczne emisje dwutlenku węgla w Chinach są na podobnym poziomie co kolejnych w rankingu USA, UE i Indii razem wziętych. Dlatego liderzy państw zachodnich starają się przekonać prezydenta Xi Jinpinga do przyspieszenia zapowiedzianych w zeszłym roku zmian, a więc przyjęcia celu neutralności klimatycznej już w 2050 r. i jak najszybszego powstrzymania wzrostu emisji. ChRL zadeklarowała, że przekroczy szczytowy punkt w tej dziedzinie w tej dekadzie, ale nie doprecyzowała, w którym roku to się stanie.
Reklama
Pekin nie chce jednak okazać słabości. Kerry usłyszał w zeszłym tygodniu, że Chiny będą w dziedzinie klimatu podążać „własną ścieżką”, zaś rzecznik chińskiego MSZ Wang Wenbin podkreślił, że osiągnięcie emisyjnego wierzchołka zajęło uprzemysłowionym gospodarkom od 100 do 200 lat, zaś Chinom tylko nieco ponad pół wieku. – Okres między szczytem emisji a neutralnością klimatyczną wyniesie 71 lat dla Unii Europejskiej, 43 lata dla USA i 37 lat dla Japonii. Cel, który wyznaczyły dla siebie Chiny, to 30 lat – mówił. Jak dodał, ChRL w rezultacie przyjętych planów zrealizuje największe ograniczenia emisyjności w najkrótszym czasie. Wysłannik klimatyczny USA zapowiedział, że spotka się ze swoim chińskim odpowiednikiem Xie Zhenhua po raz kolejny jeszcze przed listopadową konferencją. Według „New York Timesa” obaj dyplomaci rozmawiali ze sobą już 18 razy. Ale według wielu ekspertów, nawet jeśli Chiny ogłoszą nowe plany w dziedzinie klimatu, nie zrobią tego w sposób, który wyglądałby na ugięcie się pod presją Waszyngtonu.
Pekin jest też sceptyczny wobec amerykańskiej koncepcji, żeby całkowicie oddzielić politykę klimatyczną od innych sfer, w których atmosfera relacji z Waszyngtonem pozostaje lodowata. Szef chińskiej dyplomacji Wang Yi wprost zasygnalizował to w zeszłotygodniowych rozmowach z Kerrym. – Strona amerykańska liczy, że współpraca klimatyczna może być oazą w relacjach Chin z USA, ale jeśli wokół tej oazy będzie pustynia, to prędzej czy później ona także wyschnie – mówił. Z kolei według „Washington Post” Pekin w zamian za zacieśnienie współpracy klimatycznej oczekuje od USA m.in. zniesienia sankcji na chińskich producentów paneli słonecznych. A to nie koniec wyzwań, jakie piętrzą się na ostatniej prostej przed negocjacjami klimatycznymi.
Brytyjscy organizatorzy COP26, którzy naciskali na dotrzymanie listopadowego terminu szczytu oraz na to, by odbył się w realnej, a nie wirtualnej formie, nie radzą sobie z covidową logistyką. Dopiero w tym tygodniu mają zostać wykonane pierwsze z obiecanych szczepień delegatów krajów rozwijających się. Tymczasem z każdym tygodniem koszty ewentualnego udziału w szczycie rosną. Szczególnie trudna jest sytuacja ponad 60 krajów o najwyższej liczbie zachorowań, znajdujących się na czerwonej liście, które obowiązuje kwarantanna.
Według aktywistów z ponad 1500 organizacji z całego świata, którzy wezwali wczoraj do przesunięcia COP, jest już za późno, żeby zagwarantować równy dostęp do udziału w negocjacjach dla przedstawicieli biedniejszej części świata. „COP zorganizowany na żywo na początku listopada de facto wykluczy z udziału wielu delegatów rządowych, aktywistów i dziennikarzy, zwłaszcza tych z krajów globalnego Południa” – ocenili działacze Climate Action Network. Jak przekonują, grozi to zamieceniem pod dywan kwestii kluczowych z punktu widzenia krajów rozwijających się. Londyn odrzucił ich apel, podkreślając, że COP26 jest już odkładany zbyt długo. Alok Sharma zapewnił, że danie głosu tym, którzy w największym stopniu doświadczają konsekwencji ocieplenia, jest priorytetem brytyjskiej prezydencji, i obiecał, że rząd pokryje koszty kwarantanny dla gości z krajów z czerwonej listy.