Coraz bardziej uciążliwym i kosztownym problemem dla mieszkańców są miejskie powodzie. Miasta nie radzą sobie z wodami opadowymi?
Nasilają się sytuacje ekstremalne, czyli powodzie błyskawiczne. W ciągu paru godzin spada 100 litrów deszczu na metr kwadratowy – w Łapanowie było to 150 litrów w ciągu paru godzin. Natomiast w Polsce całoroczna średnia to 600 litrów. Sytuacja robi się dramatyczna, gdy mamy do czynienia z terenami podgórskimi czy górskimi, które są mocno zurbanizowane i wybetonowane. Szczególnie narażone są także miasta z ogólnospławnymi kanalizacjami. Były one projektowane w latach 80., a wykonywane w latach 90. W tym czasie miasta się rozrosły i zabetonowały ponad miarę.
Jednocześnie część miast nie ma komórki, a czasem nawet jednego pracownika, który zajmuje się gospodarką wodami i ściekami. Zrzuciły tę odpowiedzialność na przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne, chociaż zgodnie z prawem to przecież samorządy i włodarze miast odpowiadają za doprowadzanie wody i odprowadzanie ścieków.
Reklama
Efekt jest taki, że gospodarowanie wodami i gospodarką wodno-ściekową jest w miastach niewłaściwie zarządzane.
Co w tym wypadku oznacza niewłaściwe zarządzanie?

Reklama
Podstawowym narzędziem zarządzania inwestycjami i architekturą w mieście są plany zagospodarowania przestrzennego. Po nawalnych deszczach i powodziach miejskich zleciłem analizę planów zagospodarowania przestrzennego i okazało się, że w wielu miastach i miasteczkach takich planów nie ma albo obejmują tylko niewielką część terytorium.
Trudno więc mówić o skutecznym zarządzaniu wodami opadowymi przez włodarzy, jeśli nie mają podstawowego narzędzia, jakim jest plan. Bez planu jest wolnoamerykanka. Deweloperzy mają wolną rękę. W mieście nikt nie przygląda się temu, jak projektowane jest odprowadzanie wody z placów i parkingów. To jest nie do przyjęcia.
Sytuacja jest jednak jeszcze poważniejsza. Budowa jakiejkolwiek inwestycji powinna być zablokowana na terenach zalewowych. Niestety plany zagospodarowania przestrzennego nie uwzględniają pierwszej edycji map zagrożenia powodzią z 2015 r., a przypomnę, że teraz mamy bardziej szczegółowe mapy oceny ryzyka powodziowego opublikowane jesienią 2020 r. – one także powinny zostać wpisane do planów, a nie są.
Samorządy są autonomiczne. Co mogą w tej sytuacji Wody Polskie?
Prawdopodobnie wystąpimy w tej sprawie do wojewodów, którzy nadzorują wykonywanie prawa przez samorządy. Jako Wody Polskie mamy bardzo ograniczone możliwości ingerowania, jednak chcemy, by samorządy respektowały mechanizmy, które mają chronić mieszkańców przed powodziami.
Im uważniej przyglądamy się zarządzaniu wodami opadowymi w miastach, tym więcej widać zaległości i sytuacji patologicznych. Dlatego utworzymy w Wodach Polskich odrębny departament do spraw wodno-kanalizacyjnych. Decyzja zapadła, czekamy teraz tylko na zakończenie procesu uzgadniania taryf, który mocno angażuje pracowników. Zależy mi na tym, by departament zasiliły osoby z wiedzą i doświadczeniem.
Jakie będzie zadanie tego departamentu?
Na pewno przyjrzy się przedsiębiorstwom wodno-kanalizacyjnym. Korzystanie z przelewów burzowych to jeden z przykładów braku kontroli gmin. Spółki mogą korzystać z nich do 10 razy w roku i to w sytuacjach wyjątkowych, np. nawalnych deszczy. Jednak przepisy mają się nijak do rzeczywistości. Nie ma naszej zgody na zrzucanie ścieków komunalnych do zbiorników bez jakiegokolwiek nadzoru. Takie sytuacje muszą się skończyć.
Na posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego mówił pan, że miasta potrzebują osobnej mapy zagrożenia powodziowego przeznaczonej dla powodzi miejskich. Jaka jest różnica między nimi a mapami zagrożenia powodziowego, które już funkcjonują?
Mapy, które opracowują Wody Polskie, dotyczą obszarów w bliskości cieków wodnych, np. rzek, zbiorników, czyli np. jezior czy morza. Obecnie nie uwzględniamy w mapach zagrożeń miejskich powodzi błyskawicznych związanych bezpośrednio z nawalnymi opadami deszczu. Dyrektywa powodziowa przewiduje natomiast procedury ich przygotowania i opracowania. Uważam, że najwyższy czas, by po nie sięgnąć.
Jakie są to rozwiązania?
Zgodnie z europejskim systemem najpierw powinny zostać opracowane mapy ryzyka powodziowego, które pokazują miejsca szczególnie narażone na podtopienia i powodzie. Na tej podstawie powinny zostać przygotowane plany zarządzania ryzykiem powodziowym, czyli wszystkie działania, które ograniczą ewentualne podtopienia. Według tego schematu działamy systemowo jako Wody Polskie, ale uważamy, że także miasta powinny mapy ryzyka powodziowego opracowywać.
W ramach pilotażu przygotowaliśmy mapy dla trzech miast: Krakowa, Katowic i Bielska-Białej. Na Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego pokazaliśmy, że mamy know-how, jak mapy opracować w stosunkowo prosty sposób: wykorzystując mapy cyfrowe, dane historyczne, dane od straży pożarnej. Będziemy tę wiedzę udostępniać zainteresowanym miastom.
Gdy miasta będą już wiedziały, które miejsca są najbardziej zagrożone, powinny zaplanować działania, które te zagrożenia zniwelują. Doświadczenia w realizacji takich inwestycji mają między innymi Gdański i Bydgoszcz.
Jednak w wielu miastach ten temat, mówiąc kolokwialnie, leży. Włodarze zupełnie go odpuścili, o czym świadczy chociażby kwestia przelewów burzowych i kanalizacji ogólnospławnej, która w czasie ulew nie jest w stanie przyjąć tak dużej ilości wody.
Tworzenie map zagrożeń związanych z wodami opadowymi w miastach powinno być obowiązkowe?
To nie Wody Polskie tworzą prawo, ale uważam, że miasta powinny być zobligowane prawnie do tworzenia takich map i planów. Powinno to być obowiązkowym dopełnieniem systemu. Samorządy mają do tego odpowiednią wiedzę i dane. Zarządzanie wodami opadowymi i roztopowymi należy do ich kompetencji.
W konsultacjach społecznych od roku jest projekt specustawy suszowej, który przewiduje m.in. podniesienie i rozszerzenie opłaty za nieprzepuszczalne powierzchnie, czyli tzw. podatek od betonozy. Powodzie błyskawiczne to alarmujące wydarzenia, które powinny skłonić do szybszej reakcji. Dlaczego procedowanie projektu trwa tak długo?
Przepisy specustawy na pewno pomogłyby w kryzysach wywoływanych przez powodzie miejskie. Za ustawę odpowiada pięć resortów. Pytanie o tempo prac należy kierować do ministrów.
Podczas konsultacji pojawiły się głosy gmin: będziemy nakładać nowy podatek (od betonozy) na mieszkańców, a większość środków i tak trafi do Wód Polskich. I pytają, skąd mają mieć pieniądze na zwiększanie retencji.
To słuszna uwaga. Gminy powinny mieć narzędzia finansowania inwestycji, które pozwolą im przeciwdziałać skutkom suszy i powodziom.
Co do opłaty, to proszę zwrócić uwagę, że projekt zwiększa ilość środków, które zostaną w gminie z tytułu z opłaty za utraconą retencję z 10 proc. do 25 proc. Jednocześnie sposób podziału tej puli jest do dyskusji. Z punktu widzenia Wód Polskich mechanizm opłaty za utraconą retencję nie przyniesie znaczących wpływów do budżetu. Wody Polskie nie odczułyby większej straty, gdyby tę pulę podzielić z korzyścią dla gmin.
Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to mechanizm skrojony na pozyskiwanie dodatkowych środków. Filozofia tych przepisów jest taka, że mają stymulować przedsiębiorstwa, firmy prywatne i obywateli do tego, żeby nie ponosili tej opłaty. Wystarczy wprowadzić pewne, dosyć proste mechanizmy zatrzymujące wodę, aby ją znacznie obniżyć.
Od podziału tej puli ważniejsze jest to, żeby przepisy zostały w końcu wprowadzone, by zmniejszyć powszechną betonozę.
Tymczasem część włodarzy funduje swoim mieszkańcom kolejne powierzchnie z betonu, które nagrzewają się podczas upałów, a podczas ulewy nie pozwalają deszczowi wsiąknąć w glebę. Jak zatrzymać tę modę?
Rzeczywiście, koszmarnych inwestycji, do których należy renowacja placu Litewskiego w moim rodzinnym mieście Lublinie, w skali kraju jest dużo. Żeby tę modę zmienić, potrzebne są mechanizmy prawne jak opłata za utraconą retencję.
Wszyscy musimy dostosować się do zmieniających się warunków klimatycznych. Jeśli tego nie zrobimy, za chwilę będziemy doświadczać takich dramatów, jak w Niemczech, Holandii czy Belgii, a są to kraje, które inwestowały mocno w gospodarkę wodną.
Co do zasady wodę opadową powinno się łapać tam, gdzie ona spada, by nie spływała do kanalizacji. Wykorzystuje się do tego najróżniejszego rodzaju retencję, w tym zbiorniki podziemne i naziemne oraz powierzchnie biologicznie czynne: trawniki, zadrzewienia, zielone dachy. Być może należałoby umożliwić miastom nakładanie opłaty na podmioty, które zrzucają wody opadowe do kanalizacji ogólnospławnej. To kwestia do przedyskutowania z miastami.
Co z inwestycjami przeciwdziałającymi skutkom suszy?
Dzięki innowacyjnym inwestycjom Wód Polskich, które zwiększają retencję na małych ciekach i doprowadzają wodę przez rowy melioracyjne na pola uprawne, udało na się zatrzymać dodatkowo ponad 60 mln m sześc. wody. Trzyletni program, którego koszt wynosi 160 mln zł, umożliwia zwiększenie retencji w Polsce do poziomu 7 proc. A przez ostatnie kilkadziesiąt lat barierą nie do przekroczenia było 6,5 proc. zatrzymywania wód opadowych w naszym kraju. Inwestycje w retencję korytową będziemy kontynuować. Staramy się także o środki z nowej perspektywy, z Krajowego Planu Odbudowy. Mam nadzieję, że na gospodarkę wodną będzie ich sporo, bo mamy zaległości w tym obszarze w stosunku do krajów zachodnich.
Trwa proces uzgadniania taryf. Ile wniosków rozpatrzono?
Wpłynęło do Wód Polskich ponad 2600 wniosków. Udało nam się zatwierdzić ponad 1070. Jesteśmy więc w połowie tego żmudnego procesu.