Można walczyć z suszą, wysiewając łąkę nasionami wziętymi z automatu. Albo namówić wszystkich w bloku, by robili zakupy do jednej torby.
Magazyn DGP 27.09.19 / Dziennik Gazeta Prawna
W czerwcu mieszkańcy Skierniewic doznali szoku, bo z kranów przestała płynąć woda. Lokalne władze powołały sztab kryzysowy, na ulicach miasta pojawiły się beczkowozy. Prezydent Skierniewic mówił, że czerwiec to najgorętszy miesiąc w roku. Gdy przeciętne miesięczne zużycie wody w mieście wynosi ok. 210–220 tys. m sześc., to w tym miesiącu przekracza nawet 260 tys. Mieszkańcom zakazano podlewania ogródków, mycia aut oraz napełniania przydomowych basenów. „Sytuacja się poprawi, gdy spadnie deszcz” – informowano.
Reklama

Złap deszcz

Aby zapobiec tego typu klęskom, władze Wrocławia namawiają mieszkańców, by na własną rękę magazynowali deszczówkę, choćby do podlewania rabat. Pilotażowy program „Złap deszcz”, uruchomiony na początku sierpnia, zachęca do zakładania studni chłonnych czy zbiorników podrynnowych. Chętni mogą liczyć na dotację do 5 tys. zł. – Początkowo przeznaczyliśmy na program 80 tys. zł, ale zainteresowanie okazało się tak duże, że zwiększyliśmy budżet do 250 tys. Środki wyczerpały się po trzech tygodniach. Dzięki programowi powstaną 92 instalacje do małej retencji. Najczęściej decydowano się na zbiorniki do magazynowania deszczówki, jest kilka projektów ogrodów deszczowych oraz studni – informuje Grzegorz Rajter z wrocławskiego ratusza.

Reklama
W Warszawie niedawno trzy takie zbiorniki zostały zainstalowane na osiedlu Kabaty. Na życzenie mieszkańców, którzy oddali najwięcej głosów w VI edycji programu „Decydujesz, pomagamy” organizowanego przez Tesco Polska. Montaż beczek podrynnowych sfinansowała z grantu na projekt „Deszczówka do zieleni miejskiej” Fundacja Psubraty, która na co dzień zajmuje się ochroną ptaków i ratowaniem dzikiej przyrody.
Duże miasta, takie jak Wrocław czy Warszawa, mają kłopot z odzyskiwaniem wód opadowych przez postępującą zabudowę i zabetonowywanie każdego wolnego kawałka przestrzeni. – W wyniku tych działań zmienia się funkcja rzek. Warszawski Potok Służewiecki wcześniej meandrował łąkami i mokradłami, zbierając duże ilości wody, zanim ta spłynęła do Wisły. Dziś rzeczka zachowuje się jak górski potok, który zbiera wodę opadową spływającą po skalistych zboczach. Po intensywnych deszczach woda w korycie potoku gwałtownie się podnosi, rzeczka występuje z brzegów, ale jej nadmiar nie wsiąka w glebę, bo dawne łąki pokryto betonem, więc woda wlewa się do studzienek kanalizacyjnych – tłumaczy Barbara Grzebulska z Fundacji Psubraty. Dochodzi też do lokalnych podtopień. Trzy lata temu w lipcu, w czasie przejścia potężnych burz nad Warszawą, zgłoszono 500 przypadków zalania piwnic lub ulic.
Trzy zbiorniki małej retencji postawione na jednym osiedlu nie uchronią miasta przed katastrofą klimatyczną, ale mają wybudzić nas z letargu, pokazać, że ten problem dotyczy wszystkich. – Po przelotnym dziesięciominutowym deszczu z dachu o powierzchni 120 mkw. możemy zebrać 180 litrów wody. A więc w połowie zapełnić jeden zbiornik – szacuje Grzebulska.

Nasionomat do wysiewu łąk

Wymuskane trawniki, przycięte równiutko do poziomu krawężnika, to miejski fetysz, który – w obliczu upałów zamieniających zieleń w wypłowiały step – ustępuje obywatelskiej rozwadze. Wysoka trawa przeciwdziała przesuszaniu ziemi, pochłania dwutlenek węgla i oddaje tlen, obniża temperaturę powietrza. Stąd w wielu polskich miastach pojawiają się pomysły wysiewania łąk. A z nimi automaty z nasionami.
Mieszkańcy Warszawy mogą wpaść do siedziby stołecznego Zarządu Zieleni i bezpłatnie wziąć paczkę z nasionami (m.in. maciejki, rumianku, maku polnego). Potem każdy może zostać ogrodnikiem. Trzeba tylko pamiętać, aby wysiewać nasiona na spulchnionej, niepodmokłej glebie. Doglądać, podlewać i czekać na efekty – w dużym skrócie. Kwietna akcja ma już kilkuletnią tradycję, a powstałe dzięki niej łąki można spotkać w kilku stołecznych dzielnicach. W Łodzi wybrano już 20 ha pod przyszłe łąki. Miasto nie chce do tej akcji dopłacać – po prostu przestanie w tych miejscach kosić trawę.
Katowiccy radni Koalicji Obywatelskiej też chcieli, by automat z nasionami stanął w miejskim Zakładzie Zieleni. Jednak władze miasta odrzuciły pomysł wysiewania łąk. Upadły inne proekologiczne inicjatywy, jak utworzenie wysp zieleni na dachach przystanków komunikacji zbiorowej (za wysokie koszty i techniczne przeciwskazania) czy zorganizowanie miejskich punktów zbiórki elektroodpadów (bo do przyjmowania zużytego sprzętu AGD zobowiązane są punkty sprzedaży). Miasto broni się, że podejmuje wiele innych działań na rzecz zwiększenia świadomości ekologicznej mieszkańców. Od roku działa aplikacja „wCOP drzewo” (jej nazwa nawiązuje do szczytu klimatycznego ONZ – COP24, zorganizowanego pod koniec ubiegłego roku w Katowicach), która pozwala każdemu wskazać lokalizację na terenie Katowic, gdzie mogłoby zostać posadzone nowe drzewo (w 2018 r. zakwalifikowano do realizacji ponad 600 nasadzeń). Z kolei w ramach działającego od sześciu lat konkursu „Plac na Glanc” mieszkańcy mogą zgłaszać wymagające rewitalizacji podwórka. Ponadto w planach są nowe parki.
Prezydent Katowic Marcin Krupa przyznaje, że nie wierzy w szybką i skuteczną walkę ze smogiem, choć kilka miesięcy temu powołał radę ds. poprawy jakości powietrza, a co roku osobom samotnym miasto dopłaca 900 zł do zakupu opału dobrej jakości. Zdaniem Krupy nawet gdyby w mieście przestały jeździć wszystkie samochody, smog nadal będzie odczuwalny, a radnych z opozycji zachęca do tego, aby każdy z nich namówił chociaż jedną osobę do wymiany kotła węglowego, wtedy powietrze będzie czystsze. Rok temu wymieniono w Katowicach 1071 kotłów – więcej niż w Sosnowcu (571), Tychach (414) czy Rudzie Śląskiej (235).

Połykacz butelek

Poza automatami z nasionami modne stają się butelkomaty. Pierwszy stanął w krakowskim magistracie i za każdą przyniesioną plastikową butelkę, opatrzoną kodem kreskowym, wypłacał 10 lub 20 gr. Postał przez dwa miesiące, połykając w tym czasie 15 tys. opakowań. Prześmiewcy ekonowinek opowiadali, że zapchał się brudnymi butelkami znoszonymi przez bezdomnych, którzy dotąd wrzucali do automatu zużyty plastik, aż butelkomat przestał być wypłacalny. Miał też być zawalidrogą dla petentów i pracowników urzędu.
– Cieszył się powodzeniem – nie zgadza się z tymi zarzutami pomysłodawca postawienia butelkomatu radny Łukasz Wantuch z klubu Przyjazny Kraków. – I spełnił rolę, bo nauczył ludzi segregacji odpadów oraz nakłonił bezdomnych do sprzątania miasta z plastiku w poszukiwaniu legalnego źródła zarobku. Przestał działać, bo skończyły mu się pieniądze. Był zasilany z prywatnych środków: sam zainwestowałem 1 tys. zł, kolejne 500 zł dołożył jeden z mieszkańców. Chodziło mi o sprowokowanie dyskusji na temat ekologii i osiągnąłem zamierzony cel, ponieważ trwają prace nad ustawą, dzięki której tego typu rozwiązania będą odgórnie regulowane przez państwo – dodaje.
Wantuch nie ukrywa, że patent na butelkomat podpatrzył w Niemczech. U naszych zachodnich sąsiadów to standard. Aż 96 proc. plastikowych butelek jest oddawanych do skupu, bo przy kupnie trzeba zapłacić kaucję w wysokości 25 eurocentów. Nikomu więc nie opłaca się wyrzucać opróżnionych opakowań po napojach, bo traci na tym pieniądze. – Moja mama myje każde opakowanie po jogurcie, zanim odda je do recyklingu. W Niemczech nie ma odpadów na ulicach ani problemów z ich segregacją. Każdą plastikową rzecz można zwrócić do specjalnego kontenera i otrzymać za to zwrot pieniędzy. Gdybym w Polsce za każdego podniesionego i wrzuconego do worka śmiecia dostawała choć symboliczną opłatę, byłabym dzisiaj zamożną osobą – żartuje Ulrike Fuhrmann, która podczas leśnych przechadzek bezinteresownie sprząta Polskę.
Ulrike przyjechała do Warszawy z Bawarii. Była doradcą finansowym w Deutsche Banku, ale po przeprowadzce z mężem do Polski zajęła się głównie ekologią. Nie w teorii, tylko w praktyce. Codziennie wychodząc z psem na spacer po lesie, w jednej ręce trzyma smycz, w drugiej plastikowy worek. I przy okazji zbiera pozostawione odpady: puszki, papierki, foliówki, szklane lub plastikowe butelki. Inaczej nie potrafi – porządek wyniosła z domu w Niemczach, więc odkąd zamieszkała w Polsce, próbuje choć trochę ją posprzątać.
Jest wzorem konsekwentnej ekolożki. W domu pije przefiltrowaną kranówkę, a warzywa i owoce ze sklepu przynosi w kartonowych opakowaniach albo w plecaku, jeśli sprzedawca zechce jej przesypać zawartość zakupów, zamiast wszystkie sprawunki popakować w osobną foliówkę. Kiedyś Ulrike uprawiała plogging – biegała po lesie i podnosiła śmieci. Dziś poprzestaje na spacerach ze swoim labradorem, z którym robią razem za pogotowie śmieciowe. Trochę jak pan Waldemar – emerytowany pracownik Poczty Polskiej, który w ciągu pięciu dni wyciągnął pięć ton odpadów z rzeki w Bystrzycy Dolnej. W gminie Świdnica jest lokalnym bohaterem.
O tym, by w Polsce plastik przestał być problemem, marzy Łukasz Wantuch. – Chciałbym, aby system kaucji obejmował także puszki oraz szklane butelki, szczególnie po „małpkach”, których spożycie wśród Polaków jest wyjątkowo duże. Warto skopiować niemiecki system, bo się sprawdza. W małych sklepach kaucję mógłby zwracać sprzedawca, w wielko powierzchniowych tę rolę spełniałby butelkomat. Tylko wysokość kaucji musi być niska, aby ludzie nie utożsamiali jej z nowym podatkiem – wybiega myślami w przyszłość krakowski radny.
Wieść o butelkomatach dotarła też do innych regionów Polski. Władze Gdańska rozważały ustawienie automatów przy lasach i plażach, ale nie na dużą skalę, bo maszyny mogłyby spowodować wzrost cen za wywóz śmieci. Bardziej opłaca się odbierać wszystkie rodzaje odpadów od właścicieli nieruchomości niż tylko jednej frakcji – w tym przypadku plastiku.
„Połykaczem butelek” zainteresował się też Białystok. Ale tamtejszy ratusz też od razu zaczął liczyć koszty. Oszacował, że zakup takiej maszyny to wydatek ok. 20 tys. zł (krakowski butelkomat na użytek eksperymentu został użyczony za darmo), a przecież, aby ktoś wyjmował z niego pieniądze, kto inny musi je tam wsadzić. Tym kimś byłoby miasto, a właściwie podatnicy zasilający wspólny budżet. Ewentualnie Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, ale nie wiadomo, czy dałby dotację.

Torby bumerangi

Fala proekologicznych działań, która do nas przypłynęła, wezbrała poza Polską. Pomysł na butelkomat przywieziono z Niemiec, u Australijczyków podpatrzyliśmy ideę na torby bumerangi. O co chodzi? O zachęcanie kupujących, aby nie pakowali produktów spożywczych do reklamówek foliowych, tylko do toreb wielorazowych, wykonanych z tkaniny lub trwałego tworzywa, zwykle z materiałów z odzysku, i udostępniali je sobie za darmo, bo kupowanie nowych produktów nie jest ekologiczne – lepiej więc pożyczać. Jeśli ktokolwiek ma o jedną taką torbę za dużo, może zostawić ją w osiedlowym sklepie dla kogoś, kto nie posiada ani jednej, ale dzięki sąsiedzkiej życzliwości spakuje zakupy do ekologicznej siatki i nie będzie wspierał nadprodukcji plastiku. A przy następnej okazji zostawi darowaną torebkę dla innego klienta, a tamten dla kolejnego. Tak powstanie obieg używanych siatek, a przechodząca z rąk do rąk torebka wróci w końcu na chwilę – niczym bumerang – do prawowitego właściciela.
Ideę ruchu Boomerang Bags sprowadziła Małgorzata Gęca, współzałożycielka Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste. – Ze trzy lata temu Gosia wprowadziła torby bumerangi do sklepu Kooperatywy Dobrze przy ul. Wilczej w Warszawie – potwierdza Urszulka Dragan, lokalna działaczka, która sama nazywa siebie „ekofeministką”. – Wielokrotnie zanosiłam tam torby, a w maju poszłam do warzywniaka na mojej dzielnicy na Starym Mokotowie, by dalej rozpropagować tę ideę. Właściciel sklepu chętnie zgodził się na ustawienie pudełka na siatki bumerangi. Razem z sąsiadami znosimy tam torby, które mamy w nadmiarze: z materiału, papierowe czy prezentowe. Sklep przyjmuje również wytłoczki po jajkach. Klienci korzystają z tych zasobów. I choć plastikowe torby nadal są w sklepie dostępne, wierzymy, że dzięki naszym działaniom zużywa się ich mniej – opowiada.
Akcja z torbami bumerangami rozniosła się po Warszawie. Na Mokotowie już co najmniej cztery warzywniaki i dwa sklepy spożywcze wprowadziły takie torby. Czekają w pudełku albo jutowym worku. Są także w innych rejonach stolicy, np. na bazarze na Bielanach w warzywniaku „U Wioli”. Pytam właścicielkę, jak schodzą. – Na razie więcej klientów zabiera je ze sobą, niż oddaje, ale akcja wzbudziła ciekawość. Ludzie dopytują, o co chodzi. Ekologia bardziej interesuje młodych. Tacy klienci przychodzą po warzywa z własnoręcznie zrobionymi torebkami na zakupy. Większość, niestety, nadal prosi o foliówki, choć u mnie w sklepie plastikowa torebka kosztuje 30 gr – opowiada pani Wiola.
Modę na torby bumerangi na Bielanach wprowadziły dwie mieszkanki, skutecznie namawiając sklepikarkę na ten eksperyment. Proekologiczne działania poparli też lokalni politycy w osobie radnego i wiceburmistrza dzielnicy, którzy zebrali i przekazali kilkanaście takich toreb.
W torbach wielokrotnego użytku zakupy uczy się robić cała Polska. Podczas obchodzonego 3 lipca Międzynarodowego Dnia Bez Foliówek właściciel targowiska w Pile postawił przed wejściem na bazar skrzynię z takimi bumerangami, a dodatkowo wszystkim handlarzom rozdał po worku papierowych torebek i tabliczki z napisem „jestem eko”. Z kolei uczniowie jednego z liceów w Łapach na Podlasiu otworzyli punkt wymiany toreb bumerangów. W gminnej bibliotece publicznej w Obrazowie (woj. świętokrzyskie) powstała niewielka międzypokoleniowa (złożona z córek, mam, babć) manufaktura do wyrobu proekologicznych akcesoriów zakupowych. W tamtejszym klubie kreatywności „Tańcowała igła z nitką” podczas warsztatów z szycia i haftowania produkuje się bumerangi na masową (a właściwie: lokalną) skalę. Trafiają one później do wszystkich sklepów spożywczych w gminie. Motto akcji brzmi: „Chroń z nami środowisko od nadmiaru reklamówek. Weź torbę – zapakuj zakupy i zwróć, by inni szli w twoje ślady”. ©℗
Wymuskane trawniki, przycięte równiutko do poziomu krawężnika, to miejski fetysz, który – w obliczu upałów zamieniających zieleń w wypłowiały step – ustępuje obywatelskiej rozwadze. Wysoka trawa przeciwdziała przesuszaniu ziemi, pochłania dwutlenek węgla i oddaje tlen, obniża temperaturę powietrza. Stąd w wielu polskich miastach pojawiają się pomysły wysiewania łąk. A z nimi automaty z nasionami