Zdecydowanie łatwiej. System gospodarki odpadami znam od podszewki zarówno z perspektywy sektora publicznego, jak i prywatnego. Dlatego mówię wprost: to, co dziś nazywa się reformą Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP), grozi cofnięciem rozwoju rynku o lata. Polski sektor odpadowy przeszedł ogromną metamorfozę właśnie dzięki mechanizmom konkurencji. To firmy prywatne inwestowały, wdrażały nowoczesne technologie i systematycznie poprawiały jakość usług. Odpad przestał być wyłącznie problemem – stał się surowcem i realnym paliwem dla gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ). Dziś próbuje się to zastąpić centralnym sterowaniem, sztywnymi instrukcjami i urzędniczą kontrolą. To nie jest modernizacja, to głęboka centralizacja.
Tu leży sedno problemu: w praktyce tworzymy w ten sposób państwowy monopol na pieniądze i decyzje. A monopol - niezależnie od tego czy dotyczy rynku, czy strumieni finansowania - ma jedną stałą cechę: generuje wysokie koszty i zabija motywację do efektywności. Zamiast presji konkurencji dostajemy inercję urzędniczą, a wraz z nią opóźnienia, przewlekłe procedury i narastającą biurokrację. Państwo może i powinno pilnować reguł, ale nie może udawać, że zastąpi rynek w optymalizacji kosztów. Jeśli ten model wejdzie w życie, konsumenci zapłacą więcej - tylko że rachunek przyjdzie później: w cenach produktów i w opłatach za gospodarowanie odpadami.
Wiemy doskonale, jak ogromne są potrzeby inwestycyjne w tym sektorze. Zgodnie z Krajowym Planem Gospodarki Odpadami (KPGO) w najbliższej dekadzie konieczne będą wielkie nakłady na budowę nowoczesnych instalacji do przetwarzania i recyklingu. Szacuje się je na dziesiątki miliardów złotych.
Właśnie dlatego nie wolno eksperymentować z centralnym sterowaniem. Infrastruktura powstaje tam, gdzie zapewniony jest kapitał, przewidywalność i mechanizmy rynkowe. To sektor prywatny posiada kompetencje, dynamikę i know-how niezbędne, by takie inwestycje zrealizować, a następnie efektywnie nimi zarządzać. Zadaniem państwa nie jest budowanie fabryk, lecz zapewnienie stabilnego prawa, sprawnych decyzji administracyjnych oraz warunków do uczciwej konkurencji.
W niedawnym wywiadzie dla DGP wiceprezes NFOŚiGW, Paweł Augustyn stwierdził jednak, że to właśnie Narodowy Fundusz będzie finansował budowę instalacji recyklingowych.
Finansować - tak, ale jako instrument wsparcia, a nie główny inwestor i „właściciel rynku”. NFOŚiGW powinien dofinansowywać, gwarantować i kredytować projekty realizowane przez podmioty rynkowe, rozliczając je z uzyskanych efektów. Jeśli państwo zacznie samodzielnie budować i zarządzać instalacjami, wrócimy do niebezpiecznej logiki, w której „urzędnik wie lepiej”. A w tak skomplikowanej branży to gotowy przepis na marnotrawstwo pieniędzy. O sukcesie powinny decydować kompetencje operacyjne, efektywne technologie i rzetelna ocena ryzyka, a nie decyzje polityczne.
Nie wystarczą – i widać to wyraźnie w obecnym podejściu rządu do finansowania inwestycji. Minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wspomniała niedawno o zmniejszeniu puli pożyczek z KPO o 20 mld zł. Podkreśliła przy tym, że część tych środków dotyczyła projektów możliwych do sfinansowania komercyjnie, a mniejsza pożyczka oznacza niższe koszty obsługi i mniejszą presję na budżet. To jest dokładnie ten kierunek myślenia, który powinien obowiązywać także w gospodarce odpadami: inwestycje tam, gdzie to możliwe, powinny być finansowane rynkowo, a środki publiczne mają je jedynie uzupełniać, a nie zastępować. Dlatego zarządzanie przez NFOŚiGW całym strumieniem opłat od producentów uważam za kierunek ryzykowny. To instytucja stworzona do programów dotacyjno-pożyczkowych, o rozbudowanych procedurach i innej dynamice niż system, który musi reagować w czasie rzeczywistym. Fundusz może zbudować strumień finansowania, ale niekoniecznie taki, który będzie uruchamiany szybko i celowo tam, gdzie realnie poprawi selektywną zbiórkę oraz poziomy recyklingu.
Prezes Augustyn twierdzi jednak, że opłaty od producentów będą „pieniędzmi znaczonymi”, przeznaczonymi w całości na finansowanie systemów gminnych: od selektywnego zbierania, przez transport, aż po sortowanie odpadów.
Sam fakt, że pieniądze są „znaczone”, wcale nie gwarantuje ich celowego i efektywnego wydatkowania. Znamy to z praktyki - z wydatkowania funduszy pochodzących z handlu uprawnieniami do emisji CO₂, opłat za torby foliowe czy programu „Czyste Powietrze”. Jeśli wrzucimy te środki do jednego worka i oddamy do redystrybucji rozbudowanej strukturze administracyjno-rozliczeniowej, znaczna ich część zostanie pochłonięta przez obsługę systemu: procedury, kontrolę i sprawozdawczość.
Pilne wdrożenie ROP w gospodarce opakowaniami jest dziś absolutnym priorytetem. Równie ważne jest jednak to, jak te pieniądze zostaną wydane i jakie bodźce stworzy cały system. Wbrew temu, co twierdzi prezes Augustyn istnieje alternatywa. Od dawna bowiem na urzędowych biurkach leży model nazwany „Sprawiedliwy ROP”, wypracowany przez reprezentatywne środowiska branżowe i samorządowe. Zakłada on przejrzyste zasady rozliczeń, realną kontrolę efektów i kierowanie środków tam, gdzie faktycznie poprawiają selekcję i recykling - bez tworzenia kosztownej, scentralizowanej machiny redystrybucji.
Poza tym miejmy też na uwadze, że sam ROP nie rozwiąże wszystkich problemów. W Unii Europejskiej systemy te działają od lat, a mimo to recykling w wielu miejscach przechodzi obecnie kryzys opłacalności, co zmusza niektóre instalacje do zamknięcia. To wyraźny sygnał, że musimy nie tylko dofinansowywać system, ale przede wszystkim uszczelniać prawo i stabilizować rynek surowców wtórnych - zarówno na poziomie krajowym, jak i unijnym. Nie wolno udawać, że wystarczy przestawić wajchę na „państwowy przelew”.
Po pierwsze: tak, w 2024 r. system zamknął się deficytem ponad 1,1 mld zł, ale nie jest to „żelazna reguła” – jeszcze w 2022 r. odnotowano nieznaczną nadwyżkę w wysokości ok. 10 mln zł. Po drugie: musimy uczciwie wskazać źródła tego deficytu. Pierwotna zasada ustawowa była jasna: system ma się bilansować z opłat wnoszonych przez mieszkańców. Tymczasem w praktyce samorządy zaczęły traktować stawki opłat jako narzędzie polityczne. Ponieważ jest to kwestia wrażliwa społecznie, opłaty były często „zamrażane” pomimo realnie rosnących kosztów obsługi systemu. Po trzecie: mamy problem z elementarną ściągalnością należności i uczciwością deklaracji. Z danych Krajowej Rady Regionalnych Izb Obrachunkowych wynika, że zaległości mieszkańców w opłatach za odpady w skali kraju w 2024 r. przekroczyły 943 mln zł. Do tego dochodzi zjawisko zaniżania liczby mieszkańców w deklaracjach „śmieciowych” - samorządowcy przyznają, że w niektórych gminach poza systemem może się znajdować nawet do 30% mieszkańców.
W tym kontekście ROP nie może być traktowany jako „kroplówka”, która ma po prostu przykryć niską ściągalność, zaniżone deklaracje i błędy zarządcze. Zadaniem ROP jest zapobieganie powstawaniu odpadów opakowaniowych i ograniczanie ich masy, a także finansowanie gospodarowania odpadami opakowaniowymi - a nie łatanie wszystkich dziur w systemie komunalnym. Jeśli ktoś wmawia opinii publicznej, że centralizacja i redystrybucja naprawią te fundamentalne problemy, to sprzedaje złudzenie. Centralizacja nie uzdrowi systemu - ona jedynie przeniesie koszty na inny poziom, czyniąc je mniej widocznymi. Rachunek ostatecznie i tak zapłaci obywatel.