- Polskiej oświacie przydałoby się nieco stałości i porządek, bo mamy w tej chwili kompletny bałagan w wielu sferach szeroko rozumianego prawa oświatowego. Mniej chaotycznych, przeprowadzonych co kilka lat reform i więcej dbałości o system wynagradzania nauczycieli, promujący doświadczenie zawodowe oraz dający pewność zatrudnienia - uważa Michał Łyszczarz, ekspert z zakresu prawa oświatowego.

Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiada ważne zmiany w oświacie. MEN anonsuje porządki i modernizacje, które miałyby objąć wiele oświatowych przestrzeni, począwszy od odchudzenia postaw programowych, poprzez likwidację prac domowych, a skończywszy na powołaniu rzecznika praw ucznia. Minister Nowacka stwierdziła w rozmowie w "Dzień Dobry TVN", że "szkoła wymaga gruntownych zmian i reform" i zapowiedziała reformę oświatową w 2026 r. Czy porządki i zmiany są w polskiej oświacie niezbędne?

Mamy w tej chwili kompletny bałagan w wielu sferach szeroko rozumianego prawa oświatowego. Do czasu poprzedniej dużej reformy oświatowej, m.in. likwidującej gimnazja i przywracającej ośmioklasowe szkoły podstawowe mieliśmy dwie główne ustawy regulujące działanie oświaty, a mianowicie Ustawę o systemie oświaty i Kartę nauczyciela. W wyniku reformy, która miała w założeniu prowadzić do uproszczenia systemu, do tych dwóch aktów prawnych doszła Ustawa Prawo oświatowe, przepisy wprowadzające Prawo oświatowe oraz nowa ustawa o finansowaniu zadań oświatowych. Tę samą materię mamy zatem rozrzuconą na większą liczbę aktów prawnych. Należy pamiętać, że mówimy o dużej reformie oświatowej, a przecież mieliśmy więcej zmian, w tym od 2017 r. już trzy reformy awansu zawodowego nauczycieli, z czego jedna cofała całkowicie zmiany wprowadzone poprzednią. W efekcie, w przypadku wspomnianego awansu zawodowego nauczycieli, ostatnia z reform wprowadzała już przepisy przejściowe do przepisów przejściowych. Nie wdając się w szczegóły, takie wieczne nowelizowanie przepisów i wprowadzanie kolejnych reform nie służy stabilności systemu. Paradoksalnie doszło do sytuacji, w której zaczęliśmy się przyzwyczajać do myśli, że w oświacie może być tylko gorzej. Do tego dochodzi wspomniane wycofywanie się z raz przeprowadzonych zmian. Wspomniałem o awansie zawodowym nauczycieli, ale przecież mieliśmy wcześniej do czynienia z obowiązkowym obniżeniem wieku spełniania obowiązku szkolnego do sześciu lat, początkowo dla dzieci urodzonych w pierwszej połowie 2008 r., aby po dwóch latach, po zmianie ekipy rządzącej, zmiany te wycofać. Reasumując, sprzątanie jest konieczne, ale nie jestem pewien, czy powinno dotyczyć samego systemu oświaty, tego jak oświata jest zorganizowana, czyli że mamy szkoły podstawowe i ponadpodstawowe itd. Wydaje mi się, że ponowne wprowadzenie czegoś na kształt gimnazjów jest zbędne, bowiem oświata potrzebuje w tych zakresie stałości, okrzepnięcia istniejącego systemu, który powinien pracować na tyle długo, aby przynieść pozytywne efekty. Raczej zmieniałby podstawy programowe, na pewno ograniczyłbym liczbę przedmiotów, w tym HIT, który tak naprawdę jest historią przestawioną z określonego punktu widzenia, którego treści można przekazać właśnie na lekcjach historii, przynajmniej w jakimś zakresie.

Zdaniem Ministerstwa część podstawy programowej jest do wyrzucenia. "Chcemy odchudzić podstawę programową od 1 września b.r. od 5 proc. do 20 proc. treści, w zależności od poszczególnych przedmiotów" – powiedziała, na początku stycznia, w rozmowie w Radiu Zet wiceminister edukacji Katarzyna Lubnauer. Czy rzeczywiście takie posunięcie jest właściwe?

O tym, że podstawy programowe są zbyt rozbudowane mogę wywnioskować, zarówno jako osoba zajmująca się prawem oświatowym, jak i ojciec syna uczęszczającego do szkoły ponadpodstawowej. Szkoła w mojej opinii nie jest obecnie w stanie wypełniać swojego podstawowego zadania, czyli skutecznie uczyć, co nie ma żadnego związku z jakością pracy nauczycieli, a wynika właśnie z przeładowania podstaw programowych. Nawet najlepszy nauczyciel nie może zapewnić odpowiedniego poziomu nauczania, jeżeli na opracowanie tematu ma jedną lekcję. Siłą rzeczy ciężar nauczania został przeniesiony w znacznej mierze na pracę w domu, a więc spada na barki rodziców, lekcje dodatkowe itd. Tymczasem rodzice nie mają czasu na pracę z dziećmi, bo tempo życia na to nie pozwala, lub po prostu nie posiadają umiejętności, aby wytłumaczyć matematykę na poziomie szkoły średniej. To zresztą jest zadanie szkoły.

Michał Łyszczarz, autor komentarza do Ustawy o systemie oświaty, ekspert z zakresu prawa oświatowego i samorządu terytorialnego, wykładowca toruńskiej i bydgoskiej Wyższej Szkoły Bankowej, przez lata tworzył trzon Wydziału Nadzoru Prawnego Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. / Dziennik Gazeta Prawna
Kolejne ministerialne zapowiedzi zmian w oświacie to likwidacja prac domowych. Pomysł o dużym potencjale populistycznym, ale czy dobry?

Jako hasło wręcz świetny, ale możliwy do zrealizowania wyłącznie wówczas, jeżeli uczeń faktycznie uzyska niezbędną wiedzę w czasie nauki w szkole. To wymaga wspomnianego odchudzenia podstaw programowych oraz kompletnej zmiany myślenia o szkole i zasadach jej działania.

Ministerstwo zapowiedziało także powołanie rzecznika prawa ucznia z "szerokimi uprawnieniami", jak to określili przedstawiciele MEN. Czy taki rzecznik jest rzeczywiście potrzebny w polskim systemie oświaty?

W tej chwili instytucja taka nie jest przewidziana przez Prawo oświatowe. Przepisy wskazują jedynie funkcje nauczyciela opiekuna samorządu uczniowskiego, ale w praktyce uprawnienia takiej osoby są symboliczne. Co prawda wiele miast w kraju powołało rzecznika na szczeblu samorządu, ale są to działania, które właściwie nie mają podstawy prawnej, więc i sam rzecznik nie ma konkretnych kompetencji, poza takimi, które można nazwać miękkimi, czyli doradzaniem, informowaniem o prawach itd. Tymczasem, instytucja rzecznika posiadające konkretne ustawowe uprawnienia jest bardzo potrzebna, bowiem nie ma w tej chwili podmiotu, który występowałby ściśle po stronie ucznia. Cóż zatem z tego, że statuty szkół przewidują przykładowo, że nie wolno zadawać lekcji uczniom na weekend lub na święta albo że nie jest dopuszczalne przeprowadzanie więcej niż jednego sprawdzianu dziennie, skoro w praktyce, w razie łamania postanowień statutu, uczeń nie ma się do kogo zwrócić. Rzecznik powinien mieć możliwość przyjmowania zgłoszeń bezpośrednio od uczniów i występowania w ich ochronie mając, np. prawo do bezpośredniej ingerencji w szkole czy możliwość występowania w imieniu ucznia w razie nakładania na tegoż kary statutowej itd.

Trwa ministerialna wymiana kuratorów. Ze stanowisk odwołano już przynajmniej kilkunastu kuratorów. Czy to "dobra zmiana"?

W oczywistych przypadkach jak najbardziej. Przepisy oświatowe wyraźnie określają kompetencje nadzorcze kuratorów i nie ma wśród nich prawa oceny działalności szkół z uwagi na kwestie światopoglądowe. Kurator ma za zadanie obserwowanie procesów kształcenia oraz ich efektów z których dyrektorzy są rozliczani. Ma badać przestrzeganie przepisów prawa oraz udzielać szkołom pomocy, czy jak to ujmuje ustawa – inspirować nauczycieli do poprawy istniejących rozwiązań w procesie kształcenia.

Jednocześnie zapowiadane zwiększenie autonomii nauczycieli i dyrektorów to kolejny postulat MEN dotyczący zmian w oświacie. Czyli kuratorzy idą do kąta?

To zmiana filozofii działania na właściwą obecnej władzy. Ograniczenie kompetencji kuratorów było procesem postępującym prawie dekadę temu i zakładającym, że dyrektorzy szkół oraz samorządy w większości przypadków wiedzą, co robią i nie trzeba nad nimi sprawować ciągłego nadzoru. Z moich doświadczeń wynika zresztą, że takie podejście jest słuszne, a gmina czy powiatowa oświata zawsze jest oczkiem w głowie samorządowców. To efekt prostej zasady, że wyniki działań w oświacie po prostu widać. Braki dofinansowania, błędy w zarządzaniu oraz niegospodarność w szkołach i przedszkolach natychmiast przenoszą się na brak zadowolenia samorządowych wyborców. Mamy zatem do czynienia z systemem, który świetnie się reguluje, a większość samorządów, jeżeli je na to stać, przeznacza nawet większe środki na oświatę, niż wymagają od nich "twarde" przepisy, bowiem każde takie działanie dla wspólnoty samorządowej jest po prostu pozytywnie odbierane. W tym modelu zadaniem kuratora nie jest zatem realizowanie centralnie sterowanej wizji edukacji, lecz dbanie przede wszystkim o przestrzeganie przepisów prawa oraz wspomniane wsparcie.

W poniedziałek, 8 stycznia ZNP złożył wniosek do MPiPS w sprawie wyłączenia godzin ponadwymiarowych i doraźnych zastępstw z minimalnego wynagrodzenia. Gorąca dyskusja wokół tzw. godzin czarnkowych trwa od dawna. Jak jest rzeczywista sytuacja nauczycieli w odniesieniu do ich wynagrodzenia zasadniczego?

Taka, że wymaga ona szybkiej zmiany. Obowiązujące Rozporządzenie w sprawie wysokości minimalnych stawek wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli stanowi, że nauczyciel początkujący posiadający tytuł magistra bez przygotowania pedagogicznego, lub tytuł licencjata z przygotowaniem pedagogicznym ma wynagrodzenie zasadnicze w wysokości 3600 zł. Właściwie tylko nauczyciel dyplomowany, czyli na najwyższym stopniu awansu zawodowego oraz posiadający tytuł magistra z przygotowaniem pedagogicznym ma minimalne wynagrodzenie zasadnicze ustalone rozporządzeniem w wysokości wyższej niż obecna płaca minimalna, bowiem określone w kwocie 4550 zł. Oczywiście do wynagrodzenia zasadniczego dochodzą dodatki do pensji, ale jeżeli nauczyciel znajduje się na początku drogi zawodowej, to może zdarzyć się, że owych dodatków jeszcze nie uzyskał, a więc trzeba mu dopłacać do pensji minimalnej. Wyłączenie godzin ponadwymiarowych i doraźnego zastępstwa z puli wynagrodzenia liczonego do płacy minimalnej na pewno daje motywację do wykonywania tych zadań, bowiem oznacza to po prostu dodatkowe wynagrodzenie.

Przez cały poprzedni rok, a w zasadzie całą kadencję poprzedniego rządu, trwała batalii o podwyżki nauczycielskich wynagrodzeń. Jak realnie przełożyło się to na pensje nauczycieli?

W 2015 r. nauczyciel na najwyższym stopniu awansu z najwyższym wykształceniem miał wynagrodzenie zasadnicze w wysokości 3109 zł, obecnie ma wspomniane wcześniej 4550 zł. Mamy zatem niecałe półtora tysiąca złotych brutto różnicy w wynagrodzeniu na przestrzeni prawie dekady. Sporo w tym czasie się zmieniło, bowiem przeciętne wynagrodzenie w 2015 r. wynosiło niecałe 3900 zł., podczas gdy obecnie, według prognoz, sięgnie ponad 7800 zł., oczywiście brutto. O ile prawie dekadę temu wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela dzieliło od średniej krajowej kilka setek złotych, o tyle obecnie wynagrodzenie to stanowi niewiele ponad połowę średniej. Da się zatem zauważyć, że nauczyciele realnie zbiednieli przez te wszystkie lata. Podwyżki, nawet coroczne, ale od skromnej bazy, nie przenoszą się na realny wzrost wynagrodzeń.

Minister Barbara Nowacka zapowiedziała 30 proc. podwyżki bez zwiększania pensum. Czy będą one satysfakcjonujące dla nauczycieli?

Myślę, że każda podwyżka jest satysfakcjonująca, pytanie tylko o skalę tej satysfakcji. Można by uznać, że 30 proc. podwyżki wynagrodzeń to dużo, ale pytanie jak należy to rozumieć. Realnie, w obecnym stanie prawnym rząd jest w stanie zmienić wyłącznie wspomniane Rozporządzenie w sprawie wysokości minimalnych stawek wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli, a więc podwyższyć stawki wynagrodzenia zasadniczego. Oprócz niego nauczyciel otrzymuje jednak dodatki do wynagrodzenia, o których wysokości decyduje samorząd, więc 30 proc. podwyżki przyznanej przez rząd nie przełoży się na wyższą o prawie jedną trzecią pensję.

Czy zapowiadane przez MEN podwyżki nauczycielskich wynagrodzeń uzdrowią polską oświatę? A co z brakami kadrowymi?

Bez wątpienia podwyżki mogą wyhamować odchodzenie nauczycieli z zawodu. Jeśli dodamy do tego odchudzenie podstaw programowych, to sytuacja kadrowa oświaty może się poprawić.

Podsumowując, co zatem należałoby zrobić, aby w polskiej oświacie działo się dobrze, a przynajmniej lepiej?

Każdy ma swoją receptę na zdrową oświatę. W mojej ocenie polskiej oświacie przydałoby się nieco stałości. Mniej chaotycznych reform, co przełożyłoby się na pewność zatrudnienia i możliwość oddania się pracy. Uważam też, że obecny system wynagradzania nauczycieli nie promuje w wystarczającym stopniu doświadczenia, jakie nauczyciel zdobywa w toku lat pracy. Dodatek za wysługę lat jest stosunkowo niewielki, podobnie jak wzrost wynagrodzenia z tytułu osiągania wyższych stopni awansu zawodowego. Ostatnie zmiany w awansie pogorszyły zresztą tę sprawę, bowiem więcej stopni awansu oznaczało, że przy zdobyciu każdego z nich nauczyciel uzyskiwał pewną, niewielką, ale jednak podwyżkę. Zrezygnowanie ze stopnia nauczyciela stażysty i kontraktowego, którzy obecnie są traktowani jako nauczyciele początkujący, nieposiadający stopnia awansu zawodowego oznacza, że aktualnie nauczyciel przez początkowe lata pracy może nie dostać żadnej podwyżki, co oczywiście zmniejsza motywację. Wydaje mi się, że system powinien w większym stopniu promować pedagogów uzyskujących wraz z latami pracy większe doświadczenie i przekładać się corocznie na zwiększenie uposażenia. Podsumowując, polskiej oświacie przydałoby się nieco stałości i porządek, bo mamy w tej chwili kompletny bałagan w wielu sferach szeroko rozumianego prawa oświatowego. Mniej chaotycznych, przeprowadzonych co kilka lat reform i więcej dbałości o system wynagradzania nauczycieli, promujący doświadczenie zawodowe oraz dający pewność zatrudnienia.

Rozmawiała Beata Anna Święcicka