Nie ma już wątpliwości, że jako kraj wpadliśmy w pułapkę średniego rozwoju. Do dziś Polska osiągnęła stosunkowo łatwe cele rozwojowe i wykorzystała proste czynniki wzrostu gospodarczego. Dość dobrze rozwinęliśmy rynek finansowy i umiejętnie wykorzystujemy różnorodne formy pozyskiwania kapitału. Mamy zliberalizowany i otwarty rynek, brak barier wobec przepływu towarów i usług oraz wysoką mobilność ludzi (chociaż głównie wyjeżdżających za chlebem na Zachód).
Reklama
Rodzi się pytanie, dlaczego po otwarciu tych wszystkich kanałów polska gospodarka rozwija się zbyt wolno jak na kraj mający do pokonania ogromny dystans, zaś obywatele nie mają satysfakcji z osiągniętego poziomu rozwoju. Jedną z głównych barier dalszego wzrostu stanowi niedostosowanie profilu szkół wyższych do zaawansowanej gospodarki. Nasze uniwersytety kształcą studentów do wykonywania prostych zadań, w żargonie biznesowym nazywanych back office.
Firmy zagraniczne przychodzące do naszego kraju szukają przeważnie pracowników do wykonywania zadań niewymagających szerokiej wiedzy technicznej. Bardzo rzadko zatrudniają absolwentów naszych uczelni tam, gdzie ma miejsce tworzenie intelektualnej wartości dodanej. Oczywiście, zdarzają się pojedyncze polskie perły, znakomite talenty, zatrudniane w finansowych i inżynierskich centrach świata. Ale to są samorodki – albo wykształcone na znakomitych uczelniach zagranicznych, albo mające doświadczenie kilku czy kilkunastu lat ciężkiej pracy w najlepszych firmach świata.
Nasza cywilizacja wkracza w epokę czwartej rewolucji przemysłowej, w której kluczową rolę będą odgrywały innowacyjność gospodarcza oraz zupełnie nowe technologie, by wymienić tylko sztuczną inteligencję, robotykę, internet rzeczy, autonomiczne pojazdy, druk 3D, nanotechnologię, biotechnologię, inżynierię. Nie jest tajemnicą, że nasza gotowość do sprostania tym wyzwaniom nie jest oceniana wysoko (gdzieś między Rosją a Kazachstanem). Te innowacje technologiczne nie pozostaną bez wpływu na rynek pracy i gospodarkę. Automatyzacja produkcji i usług, a także systemy sztucznej inteligencji bez wątpienia wywrą ogromny wpływ na gospodarki wschodzące oraz kraje rozwijające się.
Tylko szeroko pojęta elastyczność, czyli umiejętność szybkiego dostosowania się, może uchronić całe kraje przed negatywnymi skutkami tej rewolucji. Większość ekspertów wskazuje na fundamentalny problem, z jakim boryka się nasz kraj, mając na myśli słabość kapitału ludzkiego i społecznego (nieufność, kombinatorstwo, brak zaangażowania w interes grupy). Mamy wprawdzie kadry pracowników z pozoru nieźle wykształcone w kilku dziedzinach, ale system prawny, edukacja i ogólna struktura rynku pracy wykazują się zbyt niskim potencjałem do dynamicznego reagowania na przyszłe wyzwania.
Można zaryzykować tezę, że głównym hamulcowym dalszego rozwoju Polski jest mało efektywny system edukacji, głównie na poziomie wyższym. Nasze osiągnięcia pozornie wyglądają dobrze i często wprowadzają opinię publiczną i niektóre gremia polskich uczonych w błogi nastrój. Statystycznie w spektakularny sposób podnieśliśmy poziom wykształcenia ogółu społeczeństwa. Jeszcze nigdy w historii nie mieliśmy tylu absolwentów wyższych uczelni (licencjatów, magistrów, a także doktorów). Główny problem polega jednak na tym, że rzadko zastanawiamy się, ile warte są te dyplomy i czy mają one sens z punktu widzenia potrzeb nowoczesnej, wysoko rozwiniętej gospodarki.
Nasze uczelnie borykają się z wieloma problemami, jednak przede wszystkim w licznych przypadkach utraciły poczucie misji kształcenia postaw i charakterów młodych ludzi. Zamiast wpajać studentom etyczne postawy, nagminnie zdarza się naszym uczelniom tolerowanie bylejakości, niesłowności i kombinatorstwa. Powszechnie przyjętą normą jest przymykanie oczu na ściąganie czy niską jakość prac dyplomowych. Dopiero studenci wyjeżdżający do brytyjskich i amerykańskich uczelni odkrywają, że ściąganie jest równoznaczne z opuszczeniem uniwersytetu, zaś napisanie pracy dyplomowej wymaga kilkuset godzin spędzonych w bibliotekach.
Nasze uczelnie nie potrafią sprostać tym zadaniom, ponieważ same ugrzęzły w świecie ilościowego wyrobnictwa. Środowisko akademickie doskonale wie, w jak absurdalnej sytuacji się znalazło po serii reform, zwłaszcza z lat 2008–2015. Zmiany miały przynieść poprawę sytuacji, a stało się dokładnie odwrotnie. Najgorsze, co mogło się stać, to dopuszczenie przez poprzednich szefów szkolnictwa wyższego do dramatycznego upadku autorytetów akademickich (nie liczy się jakość prac naukowych, ale ich liczba). Nie ma już prestiżu naukowca, bo mozolnie ciuła on punkty, aby biurokracja podtrzymała mu zatrudnienie. W środowisku nie mówi się o tym, co wartościowego napisał doktor czy profesor, ale za pomocą jakich zabiegów uzyskał maksymalną liczbę punktów.
W takim stanie rozchwiania moralnego trudno oczekiwać od środowiska wpajania studentom najwyższych standardów etycznych. Z przykrością trzeba stwierdzić, że mamy często do czynienia z brakiem odpowiedzialności za jakość kształcenia wykładowców, pochłoniętych dorabianiem lub mających poczucie niemożności i bezsilności działania w aktualnym systemie edukacyjnym. Odrębną sprawą jest to, że uczelni na ogół nie stać na zapraszanie na gościnne wykłady wybitnych ekspertów ze światowej praktyki gospodarczej – przedstawicieli firm i najlepszych ośrodków badawczych.
Tymczasem w dobie globalizacji procesy produkcji są bardzo skomplikowane, wymagają bardzo wysokich umiejętności zarządczych i zdolności do kooperacji. To nie są już czasy łódzkiego kapitalisty Izraela Poznańskiego, który własnym talentem i sprytem zbudował fabryki. Dzisiaj powodzenie firmy, jej innowacyjność i perspektywy rozwoju zależą od całego zespołu sprawnie kooperujących ludzi, czyli kadry zarządzającej na najwyższym poziomie merytorycznym, cechującej się rzetelnością, solidnością i umiejętnością obdarzania się zaufaniem i wzajemnym szacunkiem.
Jako społeczeństwo nie dysponujemy kadrami zarządzającymi z prawdziwego zdarzenia. Przykładem jest słabość takich firm jak KGHM na arenie globalnej. Bycie graczem globalnym wymaga bowiem dysponowania umiejętnościami zarządczymi najwyższej jakości, które mają wysoką zdolność koordynowania całego skomplikowanego procesu produkcyjnego w skali światowej. Takich kadr nasze uczelnie po prostu nie są w stanie wykształcić. Nasze magisteria i MBA są światową trzecią ligą.
Te polskie firmy, które jakimś cudem osiągnęły sukces na rynkach światowych, często są zarządzane przez wybitnych przedsiębiorców lub menedżerów, którzy zdobywali wiedzę poza polskim systemem edukacji, na zagranicznych uczelniach i kursach czy też dzięki osobiście zdobytej literaturze i wypracowanej praktyce w świecie. Wiele krajów z grupy średniego rozwoju (np. Brazylia, Chiny, Meksyk czy Tajwan) już dawno doszło do wniosku, że jedynym skutecznym rozwiązaniem jest wysyłanie najlepszych studentów do elitarnych uczelni zagranicznych, by tam zdobyli solidne wykształcenie, i ich poźniejsze zatrudnienie w na nowo zorganizowanych jednostkach naukowo-badawczych.
Nietrudno udowodnić, że tylko państwa o zróżnicowanej gospodarce, infrastrukturze, posiadające systemy edukacji, które stawiają na wykształcenie szerokich kompetencji, oraz aparat legislacyjny, dynamicznie dostosowujący prawodawstwo do bieżących wymagań, odniosą sukces w zaawansowanej gospodarce. Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym zadecyduje nie tylko o losie studentów i kadry nauczającej, ale przede wszystkim o tym, czy uda nam się wejść na ścieżkę przyspieszonego rozwoju, czy też na całe dekady pozostaniemy na europejskich peryferiach.