Związek Nauczycielstwa Polskiego z początkiem września rozpoczął akcję protestacyjno-informacyjną. Nauczyciele chcą zarabiać więcej i wymusić to na rządzących. Czy te działania nie są tylko pozorowane?
Nie można tak mówić! Nie wiem, na jakiej podstawie takie stwierdzenie się pojawia. Nie jest to na pewno pozorowane działanie. Zaczęło się od tego, co wydarzyło się na Śląsku, czyli akcji, która ma pokazywać, że nie sponsorujemy swojej pracy. W kolejnym etapie będzie edukacyjne miasteczko i pikieta 15 października. Podejmujemy więc konkretne i wymierne działania.
Projekt ustawy budżetowej na przyszły rok jest już w Sejmie. Nauczyciele od stycznia mają otrzymać 7,8 proc. podwyżki, czyli tyle, co pozostali pracownicy budżetówki. Używając terminologii szkolnej, to ostatni dzwonek, aby zawalczyć o wyższe uposażenia dla nich…
To jest z pewnością ostatni dzwonek. Trzeba mieć na uwadze, że w ciągu 30 dni zapisy projektu budżetu uległy zmianie. Pierwotnie zapisana w nim kwota bazowa oznaczała, że nauczyciele od stycznia nie otrzymaliby wyższych wynagrodzeń. W obecnej wersji mają zagwarantowane 7,8 proc. więcej. To jest dalekie od naszych oczekiwań, czyli 20 proc. podwyżek, ani nie rekompensuje galopującej inflacji. Zmiana jest jednak na plus.