‒ Klasy są przetrzebione o połowę, w niektórych nie ma większości uczniów ‒ mówi Ryszard Sikora, dyrektor SP w Krakowie. Podobnie jest w placówkach w innych miastach. Znaczenia nie ma też już, czy jest to szkoła podstawowa, czy ponadpodstawowa. Choć w tych pierwszych frekwencja spadła bardziej.
‒ Klasy mają po 30 uczniów. Tyle dzieci przyszło jednak tylko w pierwszym tygodniu. Dziś liczą maksymalnie kilkanaście lub nawet kilka osób ‒ dodaje dyrektor szkoły podstawowej w Warszawie, zaznaczając, że z każdym dniem sytuacja się pogarsza. ‒ Pracuję w publicznej szkole, a mam ośmioro dzieci w klasie ‒ mówi nauczycielka polonistka z jednej z warszawskich podstawówek. Normalnie jest ich ponad 20. ‒ W klasie mojej córki nie ma około jednej trzeciej uczniów‒ mówi matka uczennicy z krakowskiej podstawówki.
Pełne oddziały i przychodnie
Reklama
Spustoszenie w szkołach nie jest spowodowane przez COVID-19, choć i on wyłącza coraz więcej placówek, tylko przez inne wirusy. ‒ Zwykle sierpień i wrzesień był czasem wyciszenia. Infekcje zaczynały się w październiku. Tymczasem dziś oddziały pediatryczne są pełne ‒ mówi Paweł Grzesiowski, specjalista pediatra, immunolog, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z COVID-19. Na razie nie ma statystyk, to głównie obserwacje rodziców, lekarzy i nauczycieli. Nie wszędzie tak jest ‒ w szpitalu w Krakowie nie widać wzrostu przyjęć, ale lekarze mówią, że są dzieci w cięższym stanie po zwykłych infekcjach niż w poprzednich latach.
Są takie przychodnie, jak te na Pomorzu, które przyjmują 50‒60 małych pacjentów dziennie, czyli dwa razy więcej niż zwykle, a i tak nie są w stanie rozładować kolejki. ‒ Ta fala rośnie z każdym dniem. Dzieci zgłaszają się z katarem, kaszlem i gorączką. Niestety nie zapisujemy z wyprzedzeniem do lekarza, tylko każdego dnia od rana można wziąć numerek. Powodem są braki kadrowe ‒ mówi pracownik Przychodni Lekarskiej na ul. Madalińskiego w Warszawie. Jedna z lekarek w stolicy przyznaje, że z jej obserwacji wynika, iż rodzice chuchają na zimne i przychodzą z byle katarem.

Reklama
Osłabiona odporność
Część ekspertów stawia tezę, że wybuchła właśnie bomba z opóźnionym zapłonem. Jak tłumaczą, przez ponad rok dzieci przebywały w zam knięciu, wręcz w szklarniowych warunkach, nie będąc tym samym narażone na wirusy. Teraz, gdy wróciły do szkół, zostały masowo wystawione na ich ekspozycję. ‒ Przez to, że uniknęły infekcji w poprzednim roku, nie odświeżyły swojej odporności. Tym samym są łatwiejszym celem ‒ mówi Paweł Grzesiowski. Nie brakuje jednak wśród naszych rozmówców opinii, że taka teza jest przesadzona.
Mimo dużej absencji, dyrektorzy nie mogą wprowadzić zdalnej nauki. A to oznacza, że wielu uczniów już na starcie będzie miało zaległości. ‒ Zdalne nauczanie jest możliwe tylko wtedy, gdy w szkole jest COVID-19 i z tego powodu konieczne jest zamknięcie placówki ‒ mówi Ryszard Sikora.
Poza tym dyrektorzy przyznają, że nawet gdyby chcieli pomóc tym dzieciom, które są w domu z powodu choroby, to nie mają kogo do tego oddelegować. Powodem są braki kadrowe. Warszawa mówi o 1,7 tys. wakatów. ‒ W poznańskich szkołach nieobsadzonych pozostaje wciąż ok. 298 etatów. Dyrektorzy szkół nadal rekrutują nauczycieli ‒ potwierdza Katarzyna Plucińska, kierownik II Oddziału Organizacji Szkół i Placówek Oświatowych Wydziału Oświaty UM Poznania.
Nie zamkną szkół
Wzrasta też liczba placówek, które są atakowane przez COVID-19. Panaceum miało być m.in. szczepienie w szkołach. Jednak zgłaszalność jest znikoma ‒ zgłoszeń na szczepienia w szkołach było ok. 50 tys. W sumie w grupie wiekowej do 17. roku życia zaszczepionych jest 1,4 mln osób, to ok. 30 proc. tej populacji.
Czy wzrost liczby przypadków i brak szczepień przełoży się na zamknięcia szkół? Na razie zarówno resort zdrowia, jak i minister edukacji przekonują, że nie ma obaw i takich planów nie ma. Nawet jeżeli będą wprowadzane ograniczenia czy lokalne lockdowny, szkoły na pewno nie będą im poddawane w pierwszej kolejności. ©℗
Dzieci zgłaszają się z katarem, kaszlem i gorączką. Ta fala rośnie z każdym dniem

Lubuskie i Podkarpackie są najbardziej zagrożone wprowadzeniem antycovidowych ograniczeń

Liczba przypadków zakażenia rośnie szybciej, niż się spodziewano: wczoraj odnotowano ich 760, co oznacza wzrost zachorowań o 40 proc. w porównaniu do poprzedniego tygodnia. Resort zdrowia ostrzega, że to już nie żółte, ale czerwone światło ostrzegawcze. Rośnie też liczba hospitalizowanych. Jest ich niemal 800, podczas gdy dwa tygodnie temu było to 456 osób.
Obecnie największa liczba przypadków koronawirusa w przeliczeniu na liczbę mieszkańców jest w powiecie janowskim: wskaźnik to 2,2 na 10 tys. osób. Obostrzenia mogą wejść w przyszłym tygodniu. Jak mówią nasi rozmówcy, będą wprowadzane w powiatach, a nie jak planowano pierwotnie w województwach. Wciąż jednak trwają dyskusje, czy do limitu osób wliczać osoby zaszczepione czy nie. Rząd się skłania ku temu, by były wyłączone.
Czwartą falę widać nie tylko w Polsce, ale i innych krajach. Na całym świecie we wrześniu zeszłego roku w połowie września było 218,5 tys. przypadków dziennie. Obecnie wykrywanych jest 512,5 tys. Wzrosła też liczba zgonów. Rok temu było ich 6,3 tys. dziennie, obecnie 8,9 tys. W Polsce wczoraj zmarło 21 osób. Jeszcze w tym tygodniu lub przyszłym, czyli wcześniej niż się spodziewano, może być przekroczona granica 1 tys. zachorowań dziennie. ©℗