Tak w ogóle… historia to przedmiot, by tak powiedzieć, „z potencjałem”, a uspołecznianie szkół ma wiele sensu. Oba te pomysły warto jednak omówić dopiero wtedy, kiedy zobaczymy, czego o edukacji nie powiedziano. Przede wszystkim pominięto prościutką, a jednak rewolucyjną dzisiaj myśl: szkoła ma służyć kształceniu człowieka umiejącego dojść do własnego ładu – ze sobą i z innymi ludźmi. Europejska tradycja – podkreślam, że tradycja, a nie nowinka, a już zwłaszcza nowinka lewacka – zakłada, że możliwie wysoki poziom wiedzy o świecie pomaga w realizacji tego zadania. Stąd wynalazek powszechnej oświaty. Umiesz rozumować, oddzielać prawdę od fałszu, czytać tzw. teksty kultury, wyciągać logiczne wnioski, pojąć, czemu maszyna lata, a brak dzikich pszczół zmniejsza nasze szanse dotrwania do XXII wieku? Łatwiej dojdziesz do własnego ładu i lepiej odnajdziesz się w świecie złożonych relacji społecznych. W ciągu trzydziestu lat transformacji wymyślaliśmy rozmaite nowe hasła objaśniające sens edukacji. A to „kształtowanie postaw demokratycznych”, a to „kształcenie na potrzeby rynku pracy”, a to „budzenie kompetencji miękkich”, a to „ofertę usług edukacyjnych”, a to „umacnianie narodowej tożsamości”. Wszystko fajne, ale fundament jest właśnie najważniejszy, a nim jest osoba ludzka, nie założony produkt. Kochaj bliźniego swego jak siebie samego… To przesłanie mobilizuje: jeżeli nie cierpisz siebie, nie będziesz cierpiał innych, jeżeli obdarzysz się ślepą miłością, nie udadzą ci się relacje z kimkolwiek innym. I tak dalej.
Akurat nauczanie Jezusa („Kochaj bliźniego…” nie wymyślił Marks) mogłoby być PiS bliskie. Niestety, bliższa jest mu postawa instytucjonalnego lęku. Tak zatem podwojone nauczanie historii ma być naszą polską odpowiedzią na obce wpływy multikulturalizmu. A społeczne rady – dodatkową zaporą dla seksdeprawatorów.
Rozumiem, że hipotetycznie polska edukacja mogłaby wiele skorzystać na uczeniu historii w dużej dawce. Równie dobrze mogłoby się tak stać, gdybyśmy uczyli dużo logiki albo dużo biochemii, a może matematyki czy odbioru sztuki. Po prawdzie, najważniejszy jest pomysł – i wykonawca. Jak kraj długi i szeroki od lat powszechnie krytykuje się nadmiar treści, które szkoła ma wmusić uczennicom i uczniom. Najbardziej oczywista, bo wynikająca z doświadczeń, konstatacja Polskiego Ładu powinna być zatem taka, że tzw. podstawa programowa zostanie zmniejszona o połowę, za to nauczycielki i nauczyciele będą w większym stopniu twórcami treści programowych, nie zaś przemęczonymi odtwórcami. To zadziwiające, jak w wielu szkołach (generalnie obwinianych o „nudziarstwo” i szablonowe uczenie) zaktywizowali się w ostatnich dekadach twórczy pedagodzy, jak wiele powstało pomysłów edukacyjnych i jak (relatywnie…) wiele zrobiono. Najnowszy z polskich ładów przez wszystkie przypadki odmienia słowo „rozwój”. Chyba warto, aby w szkole rozwój opierał się na ludziach, którzy rozwinęli już sporo, tak siebie, jak otoczenie. Tak się wszelako składa, że rządowa większość wierzy w wielkie inwestycje w gospodarce, nie zaś w milion drobnych przedsiębiorców – i analogicznie w edukacji wierzy, albo udaje, że wierzy, w państwowy program edukacji historycznej. W ogóle przyznanie, że ktoś tak sam z siebie, bez państwowych szablonów, dobrze sobie radzi, boli obecne władze…
Nietrudno przewidzieć następne kroki. Nowa, centralna podstawa programowa, jeden święty i niepodzielny podręcznik, być może obowiązkowy test historyczny na zakończenie podstawówki. I kolejny jak zawsze udany minister edukacji, który będzie olśniewał na konferencji prasowej slajdami „w minionym roku przeprowadziliśmy w szkołach trylion osobominut lekcji historii, dwa razy tyle, co w czasach rządów Tuska…”.
Ta pasja centralizmu kładzie się też cieniem na pomyśle napomkniętych półgębkiem społecznych rad w szkołach. One będą wspierane przez ministerstwo, dopóki będą realizowały wytyczne władz oświatowych. Sorry, taki mamy klimat. Od lat wielu edukatorów i działaczy społecznych nawołuje do wieloaspektowego okrągłego stołu w sprawie przebudowania zasad działania polskiej edukacji. Zebrało się naprawdę wiele przemyśleń oraz, co tu ukrywać, wiele rozgoryczenia. Jest o czym i po co gadać, jest co (wspólnie) ustalać. „Polski ład” nie wskazuje takiego kierunku, co, prawdę mówiąc, nie zaskakuje. ©℗