Rodzice dzieci ze specjalnymi potrzebami mogą liczyć na wsparcie samorządowych poradni psychologiczno-pedagogicznych. Tam mogą zapisać ucznia lub przedszkolaka np. na terapię ręki (jeśli maluch nie potrafi trzymać ołówka i pisać), zajęcia z neurologopedą, terapię integracji sensorycznej oraz otrzymać innego rodzaju pomoc psychologa i pedagoga. Przynajmniej w teorii, bo opiekun, który uda się do samorządowej poradni, szybko się dowie, że nie ma wolnych miejsc i trzeba czekać nawet kilka miesięcy. Gdy dziecko potrzebuje niemal natychmiastowej pomocy, rodzicom pozostają prywatne poradnie, w których takie wsparcie otrzyma od ręki, ale za to godzina terapii kosztuje tam od 100 zł do 200 zł (w zależności od specjalisty).
Kodeks zamiast karty
Remedium na ten stan rzeczy ma być przygotowany przez Ministerstwo Edukacji i Nauki (MEiN) dokument „Edukacja dla wszystkich”. Na jego podstawie planowane jest m.in. powołanie centrów dziecka i rodziny, które mają być miejscem zapewnienia kompleksowego wsparcia rodzinom. Centra mają powstawać na skutek połączenia powiatowych centrów pomocy rodzinie i poradni psychologiczno-pedagogicznych.
Reklama
Część ekspertów uważa, że tego typu zmiany będą niekorzystne i dla rodziców, i dla pracowników poradni. Nauczyciele z samorządowych placówek obawiają się, że podzielą los wychowawców domów dziecka, którzy jeszcze kilka lat temu byli zatrudnieni na podstawie Karty nauczyciela, a teraz pracują na podstawie kodeksu pracy.

Reklama
– Jeśli nowa placówka powstanie z połączenia dwóch starych, z pewnością nauczyciele z samorządowych poradni będą musieli przejść z Karty nauczyciela na kodeks pracy. Oczywiście przy zachowaniu okresu przejściowego – przyznaje Beata Patoleta, adwokat i ekspert ds. prawa oświatowego.
Dziś nauczyciele zatrudnieni w samorządowych poradniach mają 20 godzin pensum, ale – jak podkreślają – jest to czas przeznaczony na pracę z dzieckiem. Pozostałe 20 godzin z 40-godzinnego tygodnia spędzają na wykonywaniu innych obowiązków (patrz infografika).
Beata Patoleta uważa jednak, że nie można porównywać pracy nauczycieli tzw. tablicowych uczących 25 lub więcej uczniów jednocześnie z indywidualną pracą w poradni z dzieckiem.
– Jeśli resortowi uda się doprowadzić do przejścia nauczycieli z poradni na kodeks pracy, z pewnością zwiększy się dostępność do tego typu specjalistów – przekonuje prawniczka.
Kwestia pieniędzy
W wielu samorządowych poradniach jest tak, że pracujący tam specjaliści po przepracowaniu kilku godzin wychodzą z placówki i rozpoczynają zajęcia w niepublicznych ośrodkach. Zmiana formuły zatrudnienia mocno skomplikowałaby takim osobom możliwość dorabiania.
– Tu nie chodzi o dorabianie, ale o różnicowanie statusu nauczycieli. Nie może być tak, że część z nich pracuje na podstawie kodeksu pracy, a do tych zatrudnionych w szkołach lub przedszkolach stosuje się Kartę nauczyciela – oponuje Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Uważa, że w resortowych zmianach wcale nie chodzi o stworzenie kompleksowej pomocy dla rodzin. – Pod płaszczykiem zmian przeprowadzi się ograniczenie wydatków na uczniów z różnego rodzaju dysfunkcjami – tłumaczy.
Większa (nie)dostępność
Eksperci uważają, że takie rozwiązanie wcale nie musi oznaczać łatwiejszego dostępu do specjalistów w poradniach. – Jeśli resort edukacji rzeczywiście chciałby poprawić dostępność w samorządowych poradniach, wystarczyłoby, aby zwiększył subwencje i doprowadził do stworzenia większej liczby etatów. Tymczasem obecnie ok. 40 proc. szkół nie ma nawet psychologa ani pedagoga – mówi Ewa Tatarczak, przewodnicząca Związku Zawodowego „Rada Poradnictwa”.
Według niej efektem zmian będzie to, że terapia sensoryczna lub terapia ręki staną się dostępne tylko odpłatnie, bo centra będą mieć inne zadania.
– Propozycja resortu to niepotrzebne mieszanie pomocy społecznej ze wsparciem edukacyjnym. Uderzy to w finanse powiatów. Urzędnicy ministerstwa wskazują, że dzieci ze specjalnymi potrzebami jest ok. 3 proc., tymczasem subwencja oświatowa na ich cel pochłania aż 17 proc. z 52 mld zł – dodaje.
Finansowanie reformy
Samorządy na razie czekają na projekt. – Znamy obawy pracowników centrów i poradni. Model przedstawiony przez MEiN jest jednak tylko zarysem. Nie znając szczegółów warunków organizacyjnych, trudno oceniać, czy te rozwiązania są złe czy dobre. Nie wiemy np., kto kogo będzie przejmował – mówi Katarzyna Liszka-Michałka, ekspert ze Związku Powiatów Polskich.
Dodaje, że dla nauczycieli praca przez 40 godzin tygodniowo oczywiście będzie niekorzystnym rozwiązaniem, ale może być korzystna dla rodziców i dzieci.
– W modelu resort ledwo porusza kwestie finansowe, nie ma np. podanego źródła finansowania, tymczasem ta reforma wymaga sporych nakładów. Nie ma naszej zgody, aby robiono to w ramach aktualniej subwencji oświatowej – zaznacza Katarzyna Liszka-Michałka.
Sławomir Wittkowicz, przewodniczący branży nauki, oświaty i kultury w FZZ, uważa, że całe zamieszanie wynika z tego, iż od 2016 r. resort edukacji realizuje unijny projekt „Wsparcie podnoszenia jakości edukacji włączającej w Polsce” i właśnie powinien być realizowany drugi jego etap.
– Obecne działania mają pokazać, że coś robimy, bo inaczej Unia zabrałaby nam pieniądze. Problem w tym, że realizacja założeń programu powinna się odbywać na podstawie analizy potrzeb, a resort po prostu przedstawił propozycje zmian w prawie – mówi związkowiec.