Największa liczba studentów była w latach 2004–2010, gdy przekraczała 1,9 miliona. W minionym roku akademickim było ich już tylko niecałe 1,7 miliona. Teraz te liczne roczniki sprzed kilku lat kończą studia, więc co roku mamy prawie 500 tysięcy absolwentów. A ponieważ gospodarka nie tworzy miejsc pracy netto i ten stan rzeczy utrzyma się jeszcze przez jakiś czas, wkrótce możemy mieć potężną, być może ponadmilionową rzeszę młodych ludzi z wyższym wykształceniem, którzy albo będą bezrobotni, albo wyjadą, albo będą musieli podjąć pracę kelnera.

Niektórzy nie akceptują tego stanu rzeczy i podejmują studia doktoranckie. O ile na początku transformacji mieliśmy ponad 2000 doktorantów, obecnie ich liczba przekracza 42 tysiące. Ponieważ szkolnictwo wyższe się kurczy, nie będzie pracy dla tych nowych doktorów w nauce, zatem albo trafią do sektora prywatnego, albo będziemy mieli kelnerów z doktoratami.

Niż demograficzny już zaczął demolować niepubliczne uczelnie wyższe, liczba studentów w tych uczelniach spadła z 660 tysięcy w latach 2006–2008 do 460 tysięcy obecnie. Tak silny spadek spowodował straty finansowe, wiele uczelni jest zamykanych, inne się łączą, żeby ograniczyć koszty. Szacuję, że z prawie 350 uczelni niepublicznych pod koniec tej dekady przetrwa mniej niż sto. Już teraz straty uczelni niepublicznych wynoszą 20 mln zł rocznie i będą szybko rosły.

Na razie uczelnie publiczne – jako sektor – wypracowały prawie 200 mln zł zysku dzięki finansowaniu z budżetu i dzięki temu, że obniżyły standardy naboru, zabierając część studentów uczelniom niepublicznym. Ale za kilka lat studentów będzie tak mało, że uczelnie publiczne również zaczną wykazywać potężne straty, widać to już obecnie po silnym spadku liczby słuchaczy studiów podyplomowych na uniwersytetach, z 45 tysięcy do 33 tysięcy.

Warto też zwrócić uwagę na potencjalne potężne marnotrawstwo pieniędzy publicznych i unijnych. W czasach dramatycznego spadku liczby studentów uczelnie publiczne zwiększyły wydatki na inwestycje z około 1,5 miliarda z 2003 r. do prawie 5 miliardów rocznie w latach 2010–2011. Trzeba zadać pytanie, po co budujemy nowe budynki uczelniane i akademiki w czasach, gdy liczba studentów tak dramatycznie spada? Kto będzie tam studiował? Kto pokryje straty uczelni publicznych za kilka lat wynikające z wysokich kosztów utrzymania tej nowej i bardzo drogiej infrastruktury? W jednostkowych przypadkach można się bronić przed spadkiem liczby studentów, zwiększając rekrutację zagraniczną. W mojej uczelni liczba studentów zagranicznych wzrosła z 50 trzy lata temu do 1300 obecnie. Ale w skali całego kraju taka strategia jest niemożliwa do realizacji.

Już za kilka lat te same procesy będą odczuwalne w całej gospodarce. Bardzo liczne pokolenia wyżu powojennego przejdą na emeryturę i zamiast obecnych pensji otrzymają głodowe emerytury. To będzie oznaczało dramatyczny spadek popytu na wiele dóbr i usług, i wzrost popytu na usługi zdrowotne, na co niestety będzie brakowało pieniędzy publicznych. Jak poradzi sobie z tym sektor prywatny? Po co budujemy kolejne setki supermarketów, skoro wydatki konsumpcyjne zaczną spadać i będą spadały przez dekady. Wiele firm, które nie uwzględnią demografii w swoich długoterminowych strategiach, znajdzie się w takiej sytuacji, jak obecnie uczelnie wyższe.

W najbliższych latach czekają nas masowe zwolnienia kadry dydaktycznej na uczelniach, a pod koniec tej dekady, o ile nie dojdzie do zmiany modelu rozwoju Polski, to samo będzie się działo w wielu innych sektorach gospodarki. Jedyną skuteczną metodą obrony przed demograficznym tsunami jest silna ekspansja polskich firm na rynkach zagranicznych. Warto o tym pamiętać, planując rozwój swojej firmy w najbliższych latach.