Odebrałby pan głos samorządom przy wyborze szefa instytucji, za którą płacą?

To kolejny stereotyp wykorzystywany przez organy prowadzące. W sprawie wyboru dyrektora zabrałbym im monopol. Bo to, że mają decydujący głos, prowadzi do patologii. Burmistrz dzwoni i wydaje polecenia, choć nie ma do tego prawa. Szkoła jest i musi pozostać niezależna od jakiejkolwiek, choćby samorządowej władzy. Znam przypadki dyrektorów, którzy sprawują funkcję od 25 lat, a tylko raz stawali do konkursu. Burmistrz dużego miasta na Śląsku powiedział mi z rozbrajającą szczerością: ten dyrektor jest na stanowisku od 14 lat, więc po co mam robić konkursy, wiem, jaki jest. Niestety, nie zawsze wygrywają najlepsi. Często samorządy wybierają osoby, o których wiedzą, że będą im uległe. A dyrektorzy mają świadomość, że ich los nie zależy jedynie od jakości uczenia w szkole, lecz także od relacji, jaka łączy ich z wójtem czy burmistrzem.

Mogę się zgodzić z panem, że przekazanie szkół samorządom nie było dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza dla samorządów, które przez oświatę stoją na skraju bankructwa.

To błędne przeświadczenie. Moim zdaniem to był dobry pomysł i będę go bronił. Ustanowienie samorządu gospodarzem, który będzie się opiekował placówką i w nią inwestował, zdało egzamin. Jest ogromna różnica w tym, jak wyglądały szkoły kiedyś, a jak wyglądają dziś.

A więc samorząd powinien dawać pieniądze, ale już niczym więcej się nie interesować.

Powinien być gospodarzem, natomiast kwestię nadzoru pozostawić instytucjom, które się na tym znają, czyli np. kuratoriom.

Jeśli ktoś za coś płaci, to chciałby mieć na to wpływ. A subwencje państwowe na oświatę nie starczają, niektóre samorządy dopłacają do niej kwoty, które w skrajnych przypadkach stanowią 70 proc. ich budżetu.

Średnio to 20 proc. Reszta to manipulacja medialna. Gmina ma trzy zadania własne: dowożenie dzieci, oświatę i przedszkola. I samorządy wkładają je do jednego worka. Stąd postulujemy np., żeby przedszkola były finansowane z budżetu. Bo raz, że edukacja przedszkolna jest integralnym elementem systemu oświaty, a dwa, że samorządy nie są w stanie przedszkoli utrzymywać, budować i prowadzić. A to także elementy polityki prorodzinnej państwa.

Zaczyna się likwidacja szkół: z powodów demograficznych i ekonomicznych. Przepisy Karty przyspieszają ten proces – wymienię tylko niskie pensum przy gwarantowanych tym dokumentem zarobkach. Jak obliczono, polski nauczyciel spędza przy tablicy 162 minuty dziennie.

Te badania OECD nie uwzględniają 40-godzinnego tygodnia pracy, jaki faktycznie nauczyciele mają. Oni mogą i chcieliby pracować więcej, tylko trzeba im dać szansę.

Może nauczyciele powinni poszerzyć kwalifikacje i pracować w kilku miejscach zamiast w jednym?

Kiedy w 1998 r. minister Handke wprowadzał reformę, apelowaliśmy: zastanówmy się, czy gimnazja są potrzebne. Trzeba zmienić model kształcenia nauczycieli na taki, który pozwoli jednemu pedagogowi uczyć kilku przedmiotów, pracować z młodzieżą do 19. roku życia i z dorosłymi. Ale cóż, cała para poszła w gimnazja i dzisiaj powraca dyskusja o ich reformie.

Zgodzę się z panem bez zastrzeżeń.

Mówiliśmy już wtedy, aby zająć się programami nauczania, zastanowić, jak powinna wyglądać szkoła za 40 lat, jaka wiedza będzie w przyszłości potrzebna dzieciom, a jaka nauczycielom. Ale to był odosobniony głos. Zresztą moim zdaniem także dziś nie ma dobrej współpracy pomiędzy MEN a Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Tegoroczny maturzysta skończy studia pedagogiczne w 2017 r. i będzie musiał pracować ponad 40 lat. Już teraz powinno się myśleć, w jaki sposób go edukować, jak nauczyć samokształcenia, aby był wartościowym pracownikiem w 2060 r. Należałoby się też zastanowić nad weryfikacją do pracy w zawodzie, zanim jeszcze młody człowiek pójdzie na studia nauczycielskie, aby wychwycić osoby, które się do tego nie nadają. Kolejne szczelne sito trzeba by stworzyć przed przestąpieniem przez nauczyciela progu szkoły.