Nawet kilkukrotnie może wzrosnąć liczba chorych z koronawirusem po otwarciu szkół – wynika z modeli wypracowanych przez zespół współpracujący z rządem.
Ile dokładnie, nie wiadomo – bo nie ma wiedzy, jak dzieci roznoszą wirusa. – Przyjęliśmy kilka modeli, bo nie wiemy, jaka jest transmisja wśród młodych, na pewno znacznie niższa niż wśród dorosłych. Jest potwierdzony przykład chorego nastolatka, który miał kilkadziesiąt kontaktów, a mimo to nikogo nie zaraził – mówi dr Franciszek Rakowski z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania UW.
Epidemiczny krajobraz po powrocie uczniów do ławek może być podobny do tego z kopalni: od ogniska do ogniska. To stanowi zagrożenie dla nauczycieli i innych pracowników szkół oraz uczniów, którzy od początku epidemii byli „zamrożeni” – a więc nie nabyli odporności. Jednak najbardziej narażeni będą starsi pedagodzy i starsi opiekunowie, którzy przychodzą po najmłodszych. Największą niewiadomą jest to, jak i czy dzieci zarażają. Są analizy, że jedno chore dziecko zaraża 1 proc. liczby osób, jaką by mógł zakazić jeden chory dorosły. – Jak zakażalność dzieci i młodzieży szkolnej wyniesie 1 proc., to nic się nie stanie. A jak będzie taka sama jak wśród dorosłych, to możemy mieć wybuch epidemii, takiej, jaka byłaby, gdyby nie wprowadzono żadnych ograniczeń, łącznie z groźbą przeciążenia służby zdrowia – podkreśla Franciszek Rakowski.