- W trudnych czasach samorządy powinny się skupić na wynegocjowaniu takich zmian w przepisach, które nie byłyby kosztowne dla budżetu – np. dotyczących kształtowania sieci szkół czy bardziej elastycznego podejścia do wynagrodzeń nauczycieli - mówi w wywiadzie dla DGP Grzegorz Pochopień z Centrum Doradztwa i Szkoleń OMNIA, były dyrektor departamentu współpracy samorządowej MEN.
Reklama
Nauczyciele, jako jedna z nielicznych grup zawodowych, otrzymują wynagrodzenie z góry. W efekcie już 1 września ich pensja będzie wyższa o 6 proc. Czy wyobraża pan sobie sytuację, że niektóre gminy nie znajdą na to pieniędzy?
Sporadycznie w przeszłości zdarzało się, że jakiś samorząd miał na tyle istotne problemy z wypłatą wynagrodzeń, że były one przekazane z opóźnieniem. W tym trudnym roku mogę sobie to wyobrazić. Nie ma jednak wątpliwości, że absolutna większość samorządów podwyższone wynagrodzenia wypłaci w terminie. Środków na nie będzie jednak z trudem poszukiwać głównie w dochodach własnych.
A czy w perspektywie kolejnych lat jest takie zagrożenie?
Ze względu na uprawnienia pracownicze byłoby to w zasadzie równoznaczne z bankructwem samorządu w dość krótkim czasie. Z perspektywy strategicznej rosnące wynagrodzenia i ogólnie obciążenia po stronie budżetów oświatowych będą coraz bardziej ciążyły samorządom. Wierzę jednak, że zanim dojdzie do katastrofy, strony rządowa i samorządowa dojdą do kompromisu w zakresie finansowania oświaty na najbliższe lata.
Samorządy podkreślają, że według ich wyliczeń na wrześniowe podwyżki powinny otrzymać 840 mln zł, a nie zaledwie 100 mln zł. Z kolei MEN tłumaczy, że od września ubędzie 7 tys. etatów, a tym samym koszt podwyżek będzie niższy. Do której argumentacji panu bliżej?
Zdecydowanie do tej, że 100 mln zł nie pokryje kosztów podwyżek. Prawdą jest też, że liczba etatów nauczycieli spadła. Problem w tym, że MEN od lat liczy wysokość subwencji, uwzględniając etaty bez godzin ponadwymiarowych. We wcześniejszych latach takie postępowanie nie rodziło znacznego błędu, bo liczba godzin ponadwymiarowych była względnie stabilna i na poziomie mieszczącym się, w skali kraju, w ramach średniego wynagrodzenia określonego w Karcie nauczyciela. Od zeszłego roku, ze względu na reformę w szkołach ponadpodstawowych oraz w związku ze zmianą rynku pracy na korzyść pracowników, liczba godzin ponadwymiarowych przypadających na etat znacznie wzrosła. Proszę zauważyć, że nauczyciel uczący 18 godzin w ramach pensum i bez godzin ponadwymiarowych to formalnie jeden etat, a nauczyciel z 18 godzinami w ramach pensum i z pięcioma godzinami ponadwymiarowymi to też jeden etat, tyle że w tym drugim przypadku uczy 23 godziny. Jeśli nauczyciele mają dużo godzin ponadwymiarowych, to automatycznie potrzeba mniej etatów. Ale wynagrodzenie za godziny ponadwymiarowe jest wypłacane. Jeśli tych godzin jest średnio pięć, to przeciętnie nauczyciele zarabiają więcej, niż wynika to ze średnich wynagrodzeń, co oczywiście jest dla nauczycieli dobre. Problem jednak w tym, że w kalkulacji MEN ta zwyżka godzin umyka. I to przekłada się na mniejszą subwencję.
GUS, podając przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej, bierze pod uwagę całość zarobków, ale jeśli napiszemy, że dyplomowany nauczyciel od września będzie średnio zarabiał 6,5 tys. brutto, wzbudza to ogromne oburzenie w środowisku. Dlaczego tak się dzieje?
Przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej to statystyka, pomiar rzeczywistości. Średnie wynagrodzenie nauczycieli to rzecz administracyjna. One muszą tyle wynosić (oczywiście średnio na nauczyciela dyplomowanego). Wszelkie dostępne dane potwierdzają, że średnie wynagrodzenia określone w Karcie nauczyciela są osiągane w zdecydowanej większości przypadków, a nawet przekraczane. Myślę, że z punktu widzenia nauczyciela system jest nieczytelny, ponieważ pokazuje sytuację wszystkich nauczycieli, w tym przypadku dyplomowanych, na terenie danego samorządu. Konkretny nauczyciel może mieć łącznie wynagrodzenie mniejsze, inny zaś wyższe. Liczy się średnia na etat.
Co we wrześniu poza podwyżkami dla nauczycieli zmieni się w finansowaniu oświaty?
Pod kątem zmian w przepisach o finansowaniu oświaty wrzesień zapowiada się spokojnie. Nie wchodzą w życie żadne istotne regulacje. To dobry rok na poważne przemyślenie przyszłości, choć trochę wymuszone trudną sytuacją ekonomiczną. Kilka lat bez wyborów, w tym samorządowych, umożliwia dokonanie zmian w sieci szkół, począwszy od września 2021 r.
Jak pan ocenia obecny system podziału subwencji oświatowej w kontekście ostatniej nowelizacji rozporządzenia w tym zakresie?
W rozporządzeniu nie widać rewolucyjnych zmian. Dość interesująca jest koncepcja finansowania dzieci wyłącznie w szkołach publicznych, w niezbyt dużych i jednocześnie w niezbyt zamożnych samorządach. Na razie nie są to duże środki na ucznia. Ciekawy jest dalszy rozwój tej idei, która jest dość kontrowersyjna. Generalnie uważam, że czas na bardziej odważną zmianę w zasadach podziału, uwzgledniającą realne wydatki, które ponoszone są przede wszystkim w zależności od liczby godzin zajęć z dziećmi, a więc przede wszystkim od liczby oddziałów klasowych. Czas też najwyższy na bardziej precyzyjne określenie zasad ustalania łącznej wysokości subwencji. W mojej ocenie to najbardziej palący problem.
Wielkim problemem dla dyrektorów, ale też samorządów, był brak regulacji dotyczących wynagradzania w czasie pandemii. Czy od września te kwestie powinny być uregulowane?
Rzeczywiście postawiono dyrektorów szkół i przedszkoli przed poważnymi dylematami. Myślę, że na przyszłość przepisy powinny być bardziej precyzyjne, choćby w zakresie ustalania w tym okresie godzin ponadwymiarowych. Określenie ram dla tych zasad powinien wziąć na siebie MEN.
Spotyka się pan z samorządowcami, dyrektorami placówek oświatowych. Na co najczęściej narzekają? Co w obecnym systemie finansowania oświaty im przeszkadza – i w kontekście pandemii, i ogólnie?
Wśród samorządowców narasta od lat frustracja związana ze stanem finansów. Widząc trudną rzeczywistość, poszukuje się oszczędności w największych pozycjach budżetowych, a te stanowią wynagrodzenia nauczycieli. Coraz bardziej słyszalne stają się postulaty, które są takim krzykiem rozpaczy, dotyczące przejęcia wynagrodzeń nauczycieli przez państwo. Uważam, że pomóc mogłyby reforma zasad ustalania łącznej kwoty subwencji oraz w ślad za nią – reforma zasad jej podziału. Obecnie przeciętny przedstawiciel samorządu nie wie i nie rozumie, dlaczego subwencja została ustalona w takiej czy innej wysokości. Trudno się temu dziwić wobec braku precyzyjnych przepisów. Nie twierdzę, że samo w sobie oznaczać by to musiało polepszenie sytuacji materialnej, ale stałoby się przyczynkiem do dalszej dyskusji, opartej już na mocnych podstawach prawnych.
Jakich zmian oczekują samorządy od resortu edukacji?
Oczywiście króluje postulat zwiększenia subwencji oświatowej. Tak jest od lat. W tym roku jest szczególnie uzasadniony ze względu na podwyżki od września. Kolejny powszechny postulat to zniesienie obowiązku rozliczania średnich wynagrodzeń, a nawet wspomniane wyżej przejęcie wynagrodzeń nauczycieli przez państwo. Nie mam jednak dobrych przewidywań co do możliwości ich spełnienia. Moim zdaniem w tych trudnych czasach samorządy powinny się skupić raczej na wynegocjowaniu takich zmian w przepisach, które nie byłyby kosztowne dla budżetu państwa, a stanowiły realną i często dużą pomoc dla samorządów. Myślę tu przede wszystkim o przepisach dotyczących kształtowania sieci szkół czy też bardziej elastycznym podejściu do wynagrodzeń nauczycieli oraz pensum.
Może to jest prowokujące pytanie, ale jeśli samorządowcy mają pokusy do oszczędzania na oświacie, to jako ekspert, jakie wskazałby im pan obszary? Czy tylko tradycyjne łączenie oddziałów w większe, czy można jeszcze poszukać pieniędzy gdzie indziej?
Na tym etapie, czyli w drugiej połowie lipca, nie ma możliwości zaoszczędzenia istotnych kwot. Można oczywiście jeszcze dokonywać zmian, takich jak łączenie klas w małych szkołach, z tym, że trzeba to robić z dużą uwagą. Warto przeglądnąć zajęcia, które nie mają charakteru obowiązkowego, choć moje doświadczenie wskazuje, że nie ma już ich zbyt wiele w szkołach. Na środki na kształcenie specjalne, które podlegają szczególnemu rozliczeniu, też można spojrzeć bardziej otwarcie. W mojej ocenie trzeba ten rok poświęcić na dobre przygotowanie sieci szkół i przedszkoli na rok 2021 i dalsze lata. Tylko tam jeszcze drzemią istotne pokłady oszczędności. Warto o tym myśleć już teraz, bo w oświacie trudno zrobić coś rozsądnego i trwałego z dnia na dzień.