Najbardziej szkoda mi młodszych kolegów, którzy są na początku kariery i aby jej nie zwichnąć, muszą mieć wenę non stop i muszą produkować, i to tam, gdzie dają dużo punktów.
Dosyć konsekwentnie unikałem odniesienia się do sytuacji polskich uczelni. Zarówno w dyskusji przed uchwaleniem ustawy z 20 lipca 2018 r. o szkolnictwie wyższym i nauce, jak i po jej wejściu w życie. Powodów miałem bez liku, nie chcę się do nich odnosić, bo to już przeszłość. Ale przecież cała legislatura okołouczelniana jest ogromnie ważna, gdyż wpływa na kilkaset tysięcy osób zatrudnionych, a jeszcze więcej, gdy dodamy do tego rodziny. Dotyczy też przyszłości polskiego społeczeństwa. Nie chciałbym się powtarzać, ale nazwanie ustawy o szkolnictwie wyższym i nauce konstytucją dla nauki to normalne brednie. Nie tylko w jej kontrowersyjnym kształcie. Natomiast w związku z „wchodzeniem” w życie ustawy, co jest zaplanowane (i słusznie) na pewien okres, warto się odnieść do niektórych kwestii przez nią regulowanych. Liczba zagrożeń związanych z ustawą jest naprawdę duża. Na przykład amerykański pomysł rad uczelni.
Już dziś widać, że powołując nowy organ, jakim jest rada uczelni, nie wzięto pod uwagę mogących się pojawić braków personalnych w obsadzie tych organów. Analizując skład tych gremiów, można niektórym uczelniom po prostu współczuć. Prezes lokalnej spółdzielni na czele rady uczelni zatrudniającej kilka tysięcy, a kształcącej ok. 30 tys. osób? Cóż, każdy ma to, na co zasłużył.
Drugie zjawisko, co prawda praktyczne, które przyjąłem z zaskoczeniem, to przygotowanie statutów uczelni będące w pewnym sensie wynikiem treści ustawy. Okazało się, że wcale nie tak mało było ich opracowywanych poza szkołami wyższymi, gdyż czynności te zostały zlecone na zewnątrz. I to również tam, gdzie są prężne wydziały prawa. W wielu uczelniach ostatecznie senaty przedwakacyjnym rzutem na taśmę przyjmowały statuty z pominięciem – co chyba najbardziej boli – dyskusji akademickiej. Projekt zewnętrzny, jakieś uwagi komisji senackiej, bardzo krótki okres konsultacji, brak wpływu na ostateczny kształt i… jest statut.
Reklama
W jednym z uniwersytetów na uwagę pracowników protestujących przeciwko złamaniu zasad demokratycznego wpływu pracowników na życie uczelni usłyszeli oni, że do tematu będzie można wrócić, ale po uchwaleniu statutu. Niestety długiej dyskusji nad ustawą z 20 lipca 2018 r. przed jej uchwaleniem nie towarzyszyła taka sama debata już na samych uczelniach. Do tego dochodzą rozbudowane kompetencje rektorów. Widmo socjalistycznej zasady jednoosobowego kierownictwa jest już tak bliskie, że dotykalne.
Zapowiadane szumnie zmiany w strukturze uczelni często kończą się tym, że np. dotychczasowi dziekani po wyczerpaniu limitu dwóch kadencji stają się nowymi dziekanami, dyrektorami wydziałów, instytutów itd. Nowe nie przyszło.

Reklama
Innym zjawiskiem zwalającym z nóg jest problem „ewaluacji” jakości działalności naukowej. Ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce postawiła sobie za cel poprawę jakości nauki w Polsce, tak aby polskie uczelnie zdominowały tzw. listę szanghajską czy choćby jakąkolwiek inną. Mają temu służyć standaryzacja, ewaluacja, punktacja i kategoryzacja. Po pierwsze uczelniom, wbrew ich wielkiej różnorodności, próbuje się narzucić wspólne standardy funkcjonowania. A więc już nie inność, lecz uniformizacja standardów tworzonych w Ministerstwie Szkolnictwa i Nauki staje się cechą polskich uczelni. Narzucone standardy powodują, że np. wydziały prawa w Polsce przestają się między sobą różnić.
Ewaluacja to z kolei wprowadzone Rozporządzeniem Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z 22 lutego 2019 r. rozwiązania, które – zgodnie z myślą przewodnią tego aktu – mają uporządkować, zunifikować i zbudować działalność naukową i artystyczną. Czynione jest to m.in. przez punktację, aby na samym końcu dojść do kategoryzacji uczelni i wydziałów. Najważniejsze obecnie stało się przygotowanie do oceny, która ma nastąpić za bodaj dwa lata, kiedy to szkoła wyższa czy wydział otrzyma ocenę A+, A, B+ i będzie „happy”. Ale już ocena B to prawdziwe „be”, bo wiążą się z nią przykre konsekwencje dla dyscypliny naukowej w postaci utraty określonych uprawnień, od nadawania stopnia doktora aż po zakaz używania nazwy „uniwersytet” i status uczelni zawodowej. Nic dziwnego, że wszyscy wzięli się za punktację (może lepiej punktozę?).
Punkty są ważne. Ale jak je osiągnąć? To już jest prostsze, gdyż istnieje przygotowana, oczywiście arbitralnie w ministerstwie, lista periodyków, w których należy, można – a w konsekwencji i tych, w których nie ma sensu – publikować. Wydawnictw, w których publikacje są brane pod uwagę przy ocenie pracowników i ewaluacji (sic!) poziomu nauczania. Nie będę wymieniał konkretnych tytułów, ale proszę mi wierzyć, niezbadane (a może wręcz przeciwnie) są wyroki boskie (tu jako bóg wystąpił resort). Choć nie. Może warto jednak przytoczyć te czasopisma, których nie ma na liście. Jeśli wierzyć informacjom z ministerstwa („Polityka” nr 35/2019), choć mnie się nie chce w to wierzyć, na nowej liście nie znalazły się żadne z wiodących wydawnictw prawniczych: Wolters Kluwer i C.H. Beck ani tak renomowane periodyki, jak „Palestra”, „Prokuratura i Prawo”, „Studia Prawnicze”, „Przegląd Sądowy”, „Europejski Przegląd Sądowy”, „Samorząd Terytorialny”, „Orzecznictwo Sądów Polskich” czy „Zeszyty Naukowe Sądownictwa Administracyjnego”. Jeśli tak będzie w rzeczywistości, to granice głupoty zostaną po raz kolejny przekroczone. Wśród czasopism prawniczych za to punktują i dominują te, których nie boję się nazwać niszowymi i nowo odkrytymi. Właśnie z listy poznał je cały prawniczy świat. Nic już nie znaczy rzeczywista ranga czasopisma, którą przecież jesteśmy (i byliśmy) w stanie ocenić. Dzisiaj ważne jest, że takie czasopismo ma więcej punktów, podobnych do hotelowych gwiazdek, które spadły chyba z nieba.
W związku ze wspomnianą kategoryzacją (parametryzacją) jednostek uczelni tworzy się na wydziałach system wymogów i oceny dla pracowników. Zapytany o moje plany publikacyjne na najbliższy rok grzecznie o nich poinformowałem. Ale okazuje się, że błądzę. Nie mogę bowiem przygotować kolejnej wersji podręcznika, bo liczą się tylko pierwsze wydania. Kolejne, mimo niezbędnego wkładu merytorycznego spowodowanego permanentną zmianą prawa handlowego, już się nie liczą i są „z parametrycznego punktu widzenia” najmniej wartościowe! Podobnie mało wartościowe okazały się rozdziały w opracowaniach zbiorowych. Zupełnie nieprzydatny z tego punktu widzenia jest więc udział w księgach pamiątkowych przygotowywanych dla uhonorowania jakiegoś uczonego, które moim zdaniem właśnie zawierają najwięcej wysokiej jakości prac, bo udział w takim przedsięwzięciu nie dość, że honorowy, to ze względu na jubilatów i sąsiadów na stronach wymaga szczególnego intelektualnego wysiłku.
Nie mogę nie wspomnieć o redakcji dzieł. One również są słabo punktowane. A mnie się wydawało, że przy redakcji naukowej, takiej prawdziwej, bo taką staram się uprawiać (por. P. Słowik: „Profesor Kidyba jest już nudny”, DGP nr 166/2018), można czegoś nauczyć młodszych kolegów, a czasem też tych, którzy tego potrzebują. Metodologii, logiki, systemowego podejścia. Ale nie. Okazało się więc, że moje propozycje „nie punktują”. Co więcej, chyba jestem mało wydajny. Uczelnia znalazła jednak sposób, aby to zmienić, i w związku z ewaluacją, punktacją, kategoryzacją, parametryzacją itd. zaproponowała mi, abym zamiast tych wszystkich głupot, które planowałem wydać, napisał w ciągu dwóch lat: cztery artykuły lub trzy artykuły i monografię z sugestią, że najkorzystniejsze byłyby dwa artykuły za co najmniej 20 pkt każdy. Jest z tym pewien kłopot, który polega na tym, że mam określone zobowiązania wydawnicze, ale może także przez chwilę nie mam weny i niewiele ciekawego mam do powiedzenia. Nie: cztery artykuły, nieważne jakie. Nie mogę więc wypełniać slotów, co w nowomowie oznacza rodzaje publikacji, które są brane pod uwagę przy parametryzacji. Jeden slot, dwa sloty. Horror.
Najbardziej szkoda mi młodszych kolegów, którzy są na początku kariery i aby jej nie zwichnąć, muszą mieć wenę non stop i muszą produkować, i to tam, gdzie dają dużo punktów. Już dzisiaj widzę, że gdy chodzi o glosy czy artykuły, w niektórych czasopismach tworzy się kolejka jak kiedyś na autostradzie w Strykowie koło Łodzi. A czas ucieka i mogą nie zdążyć.
W związku z kategoryzacją ma miejsce jeszcze jedno zjawisko: wypychania na etaty tylko dydaktycznie tych, którzy „słabiej punktują”. Pracowników dydaktycznych próbuje się ukryć przed systemem kategoryzacji, gdyż nie są oni brani pod uwagę przy ocenie jakości działalności uczelni mającej wpływ na kategorię naukową (P. Szewioła „Sposób na reformę Gowina”, DGP nr 132/2019).
No, ale dla samodzielnych pracowników naukowych awanse to nie tylko publikacje. Ważne są również inne wymogi. Na przykład wpływ na rozwój kadry naukowej. W tym wyścigu ostatnio na jednej z rad wydziału otwarto siedem przewodów doktorskich pod auspicjami przyszłego – jednego – promotora. Siedem na jednej radzie wydziału. Tak, proszę Państwa, nie chodzi o prace magisterskie, ale o doktorskie. Trzeba też było widzieć wyścigi, aby zdążyć ze złożeniem dokumentów awansowych do umierającej śmiercią naturalną Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów przed 30 kwietnia 2019 r. (do tej daty można było składać dokumenty), aby załapać się na „starą” procedurę.
Sam byłem świadkiem wniosku o tytuł profesora (na szczęście odrzuconego, choć pewnie „wypłynie” on znów, może gdzie indziej), składanego w ostatni poniedziałek kwietnia, po obronie pracy doktorskiej rozpoczętej dwa dni wcześniej w piątek o godz. 14.00, a zakończonej pewnie około godz. 16.00. Wnioskodawca sam ocenił, że jego wkład w rozwój kadry jest wielki, bo jeden 72-godzinny doktor wystarczy, aby taki wniosek złożyć. Bez jakiejkolwiek oceny rad naukowych, komisji. A to, że recenzentem w przeprowadzonym piątkowym przewodzie doktorskim był syn proponowanej jako recenzentki w poniedziałkowym przewodzie profesorskim, to nic. Ustawodawcy wydawało się, że nepotyzm, kolesiostwo i kumoterstwo rozwiązał już zupełnie, a art. 118 ustawy jest wystarczający.
Nie chciałbym być posądzony o krytykanctwo, a więc zechcę jednak pokazać, co mi się w nowej ustawie podoba.
Przede wszystkim podoba mi się art. 190 pkt. 6, zgodnie z którym „Promotorem nie może zostać osoba, która w okresie ostatnich 5 lat: 1) była promotorem 4 doktorantów, którzy zostali skreśleni z listy doktorantów z powodu negatywnego wyniku oceny śródokresowej, lub 2) sprawowała opiekę nad przygotowaniem rozprawy co najmniej dwie osoby ubiegające się o stopień doktora, które nie uzyskały pozytywnych recenzji (…)” rozpraw doktorskich. Ciekawy jestem, co będą czuli ci, którzy opiekują się 20 doktorantami.
Podoba mi się art. 222 ust. 10 ustawy, który uniemożliwia awanse habilitacyjne osobom, które miały dwie negatywne recenzje. Przejdzie do historii słynny już przypadek rady wydziału, która podjęła uchwałę o nadaniu stopnia doktora habilitowanego osobie, która w postępowaniu uzyskała wszystkie negatywne recenzje (3), a komisja habilitacyjna jednogłośnie (7 osób) była przeciw nadaniu stopnia. Rada wydziału przegłosowała jednak te wnioski w drugą stronę. Miejmy nadzieję, że ten nowo odkryty rodzaj naukowca, podobnie jak rada wydziału, przejdzie do historii. Bo ci, którym się ta sytuacja nie spodobała, nie mieli legitymacji do zakwestionowania takiej uchwały rady wydziału, ci zaś, którzy ją mieli, nie byli tym zainteresowani, gdyż naruszałoby to ich prawdziwe interesy związane ze sprawą. Obecnie dwie negatywne recenzje zamykają procedurę habilitacyjną, a trzech z czterech recenzentów powoływać będzie Rada Doskonałości Naukowej. Dlatego cieszę się z art. 222 ustawy, bo święte krowy zostaną w Indiach.
Podoba mi się wyznaczenie trzykrotnie większej liczby recenzentów w stosunku do wymaganej liczby, a następnie ich losowanie.
Podoba mi się art. 222 ust. 13 ustawy, zgodnie z którym „w przypadku wycofania wniosku po powołaniu komisji habilitacyjnej ten sam wniosek nie może być podstawą ubiegania się o nadanie stopnia doktora habilitowanego w innym podmiocie habilitującym, a także wnioskodawca nie może ubiegać się o nadanie stopnia doktora habilitowanego przez okres dwóch lat”. Przypomnę więc o przypadku, gdzie po negatywnie zakończonym postępowaniu habilitacyjnym autor zmienił okładkę i tytuł pracy (zawartości już nie) i wszczął postępowanie przed inną radą wydziału.
Podoba mi się też przepis art. 228 ust. 10 ustawy, zgodnie z którym „osoba ubiegająca się o tytuł profesora może wystąpić z ponownym wnioskiem o wszczęcie postępowania w sprawie jego nadania po upływie co najmniej 5 lat w przypadku: ostatecznego postanowienia o odmowie wszczęcia postępowania oraz ostatecznej decyzji o odmowie wystąpienia do Prezydenta RP o nadanie tytułu”.
Podoba mi się, że w naukach humanistycznych, społecznych i teologicznych przywrócono kolokwium habilitacyjne. Dotychczasowy sposób oceny jedynie dorobku bez możliwości dyskursu naukowego wyprodukował rzesze profesorów niemowy.
Wydawało mi się, że maksyma, którą mam przed oczami na moim biurku, „Scire tuum nihil est nisi partipatione fit” (twoja wiedza jest niczym, jeżeli się nie staje udziałem innych), coś znaczy. Tak, pod warunkiem że dodamy do niej na końcu „i nie uzyskasz określonej liczby punktów we wskazanych periodykach”. Moja wiedza jest w związku z tym niczym.
Już dziś widać, że powołując nowy organ, jakim jest rada uczelni, nie wzięto pod uwagę mogących się pojawić braków personalnych w obsadzie tych organów